Fargo (1996)

Ciężka zima w Minnesocie. Młody człowiek wpada na genialny pomysł fikcyjnego porwania swojej żony. Ooferuje porywaczom samochód i połowę pieniędzy z „okupu”, który wyłudzi od bogatego teścia. Niestety – nie ma czegoś takiego jak „łatwa robota”. Sprawy szybko się komplikują, a trupów przybywa. Tak w skrócie przedstawia się fabuła jednego z najlepszych filmów braci Coen.

Film podstępnie wprowadza w nastrój autentyzmu umieszczając na początku notkę o prawdziwości wydarzeń. Kolejne sceny, sploty okoliczności i wkraczające na scenę postacie budują powoli niesamowitą atmosferę filmu.

Bardzo długa zima w Fargo

Trudno powiedzieć, co mnie tak urzekło: może to ciężarna pani komendant, która ze stoickim spokojem prowadzi śledztwo w wyjątkowo krwawej sprawie. Może to wszystkie te lakoniczne rozmowy, które prowadzą ze sobą postacie, co drugie słowo mówiąc przeciągłe „yyeeeea”. Może to ten śnieg, może to sama fabuła, która w pewnym momencie zaczyna ocierać się o filmy Tarantino…

Tak, mamy tu dużo tarantinowskiej „pulp fiction” czyli przemocy bez sensu, pokazanej bez jakiegoś szczególnego celu. Praktycznie brak muzyki, jakby wszystko zjadał wszechobecny śnieg, uderza ona tylko w naprawdę dramatycznych momentach. Śledztwo toczy się własnym rytmem, brak tu napięcia i dramatyzmu. Nawet nagłe olśnienia policjantki są jakieś takie zwyczajne, są częścią pracy, a nie niezwykłej błyskotliwości, tak kłującej mnie w oczy w większości filmów kryminalnych*. Zwyczajność wyziera z każdego kąta i to właśnie zwyczajność i spokój zwyciężają z krwawą ohydą.

Siła leży w rozmowie

Mocą tego filmu są dialogi – nieśpieszne, lakoniczne, takie… zwyczajne. Nijaka policjantka, która po prostu patrzy i kiwa głową, powtarzając nieśmiertelne „yeeeaa” potrafi z człowieka wyciągnąć każdą tajemnicę. Wielkie braw dla Frances McDormand, która stworzyła zapadajacą w pamięć kreację głównej bohaterki oraz dla charakterystycznego pana Buscemi, który łypie oczkami jak rasowy psychopata.

W filmie występuje wiele nieścisłości (na przykład zmieniają się plamki krwi na twarzy bohatera w jednej i tej samej scenie), które nie są aż tak widoczne, ale sprawiają, że umysł rejestruje coś niepokojącego, coś, czego nie powinno tam być, powinno być inne. Nie wiem, czy to celowy zabieg, czy nie, ale na mnie podziałało…

Gdzieś pomiędzy gatunkami

Dla kogo ten film? Cóż, wielbiciele rasowych kryminałów mogą poczuć się zawiedzeni, a miłośnicy Tarantino – niedokarmieni. Jeśli macie ochotę na nietuzinkowy film i nie boicie się widoku krwi, to koniecznie musicie obejrzeć. I nabrać dziwnego zwyczaju powtarzania „yea” co drugie zdanie.

*słowo daję, kiedyś napiszę rozprawkę na temat rozciągliwości doby u psychopatycznych morderców. I niezwykłej umiejętności konstruowania zagadek tak, żeby tylko jeden facet był w stanie się domyślić, o co mu chodzi w zagadce z bambusem, kłaczkiem i kawałkiem gazety wciśniętej w dziobek martwego kurczaka podrzuconego na miejsce zbrodni…

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Email this to someone
email

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Gliniarz (The Guard) « Kawa z Cynamonem Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
trackback

[…] na prostym zderzeniu dwóch charakterów i stylów prowadzenia śledztwa. Jest raczej połączeniem Fargo Wachowskich i Przekrętu Ritchiego, niż komedyjką kryminalną. Ma niezwykle inteligentny humor, […]