Łowcy – Miroslav Žamboch

Zacznijmy od tego, że jestem koszmarnie niewyspana, bo czytałam prawie do rana. I tak dobrze, że postanowiłam iść spać, a nie pisać na gorąco, bo uwierzcie mi, sensu to by nie miało – chyba,  że lubicie recenzje, które opierają się głównie na słowach „jeeeeeeeeeeeej” i „ale faaaaaaajna”.

Fani „mocnego wejścia” mogą się nieco rozczarować, bo autor tym razem postawił na powolne rozwijanie akcji, zakładając, że wrzucenie bandy myśliwych w mezozoik jest wystarczającą zabawą. Nie mam pojęcia, jak on to robi, że ja, która strzelbę trzymałam raz, na zajęciach z PO, zupełnie nie miałam problemów z przebrnięciem przez opisy kolejnych giwer i pukawek, ponadto nigdy w życiu sama nie byłam na polowaniu i średnio łapię całą ideę, a czytało się to niezwykle płynnie i soczyście.

Wszyscy wiedzą, że chodzi o dinozaury i nikogo nie zaszokuję spojlerem? No dobra, więc ja się przyznam, że dla mnie dinozaur to takie coś, co jest albo pterodaktylem, albo tyranozaurem (ewentualnie smokiem-diplodokiem z Hokusem-Pokusem na plecach). No i mam problemy z wyobrażaniem sobie bardzo dużych rzeczy. Żamboch pięknym kopem władował mnie w świat, o którym kompletnie nie miałam pojęcia i przyznaję bez bicia, że po iluś tam stronach zaczęło mnie to męczyć, że akcja rozwija się trochę jak w książce Szklarskiego. Na szczęście autor dokładnie w momencie, kiedy zaczynałam się poddawać, rzuca w czytelnika mięchem najlepszej jakości, krwistym befsztykiem, przy którym hektolitry dinozaurzej juchy to mały pryszcz. Spojrzałam wtedy na zegarek, westchnęłam, mruknęłam coś na temat wpływu niedospania na cerę kobiety, uznałam, że mam to w nosie i czytałam dalej, a ostatnie kłapnięcie paszczą zastało mnie, kiedy za oknem ptaki darły się wręcz nieprzyzwoicie.

Opowieść jest bardzo prosta – oto „wspaniali mężczyźni i ich dymiące giwery”, plus jedna nieprzyzwoicie idealna kobieta (i dwie zupełnie marginalne stare prukwy) wpadają na chwilę do mezozoiku, by sobie postrzelać do dużych zwierzaków. Oczywiście, jak to homo sapiens, myślą, że wszystko da się załatwić za pomocą dużego kalibru, a świat im daje pstryczka w nos znanym hasłem, że rozmiar nie ma znaczenia. W dodatku faceci momentami zachowują się jak modelowi naczelni, prezentując postawę „moja padlina, moja samica, mój teren”… ale wiecie, że to zupełnie, ale to zupełnie nie umniejsza cudownej miodności czytania kolejnych akapitów? Wszystko ma swój rytm, uwielbiam żambochową dbałość o szczegóły, które sprawiają, że postacie i wydarzenia są takie prawdziwe, takie realne, takie naturalne, opowieść snuje się nieprzerwanym nurtem, zapewniając czytelnikowi zarówno dziki bieg, jak i odrobinę wytchnienia. Ja tak lubię, kiedy autor tworząc świat nie zapomina o czymś takim jak choćby grawitacja, pogoda, sposób działania głupiej anteny radiowej, strzelb, samochodów, kocham styl, który wtrąca te drobiazgi jakby mimochodem. Zachwycają mnie zdania, które uzupełniają świat i bohaterów, pozwalają czytelnikowi poczuć się tak bardzo na miejscu, tam, gdzie ostry zapach gazów wulkanicznych miesza się z zapachem kawy… albo herbaty, bo w końcu nie ustalono, która jest lepsza na upał.

Jak już mówiłam, na prehistorycznych gadach znam się jak kura na pieprzu, więc jeśli chodzi o mnie, to Żamboch mógł w sprawie dinozaurów nałgać jak szatan, a i tak łyknęłam wszystko z pełną wiarą. Mam tylko trochę za złe, że postacie były troszeczkę za mało wyraziste i nieskomplikowane, ale od razu zastrzegam, że zakochałam się po uszy w doktorze Palfrey’u, którego uważam za jedną z bardziej ciekawych i zaskakujących postaci. Głównie dlatego, że rozwój głównego bohatera z gryzipiórka-ofiary w megamacho jakoś można było od samego początku przewidzieć, a pan doktor kryje niejedną niespodziankę…

Siedzę, siorbię sobie kawę i zastanawiam się – jak to jest możliwe, że książka, która ma tyle drobnych niedoskonałości może być tak bardzo wciągająca? Tak koszmarnie, niepoprawnie wręcz wciągająca? Na usta wyłazi mi uśmiech zadowolonego z siebie kota, który właśnie wychłeptał całą śmietankę z dzbanka. Ja już wiem, dlaczego. Teraz kolej na Was, czytelnicy, żebyście poznali sekret mistrza opowieści.

Miroslav Żamboch, „Łowcy”, wyd. Fabryka Słów 2010

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Email this to someone
email

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
zbrElbereth Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Elbereth
Gość

Bardzo fajna recenzja, podsunęła mi pomysł na prezent imieninowy dla mojego Mężczyzny. 🙂 I w ogóle ciekawa strona, z pewnością będę tu częściej zaglądać. Pozdrawiam!

zbr
Gość
zbr

Mam większość książek Żambocha wydanych w Polsce, obecnie czytam Wylęgarnię.
Trochę zdziwiła mnie tematyka „Łowców”, ale skoro się udało to bardzo dobrze 🙂