Mononoke (anime)

Zamiast wstępu: mądre słowo. AMBIWALENCJA – postawa charakteryzująca się jednoczesnym występowaniem pozytywnego jak i negatywnego nastawienia do obiektu. Aż do zeszłego poniedziałku nie wiedziałam, że może ono oznaczać również uczucie doskonałego rozdwojenia jaźni. Oto dwie Szyszki: jedna absolutnie zachwycona serią, druga – uciekająca od niej z obłąkańczym okrzykiem przerażenia.

Szyszka numer jeden pada na twarz przed historiami, folklorem i – poniekąd – obrazami. Szyszka numer dwa najpierw zastanawiała się, czy nie dopaść jakiegoś lokalnego dilera, po czym stwierdziła, że najprawdopodobniej zeszła by na zawał, gdyby obejrzała to dodatkowo „pod wpływem”. Przeżyła także moment wahania, czy będzie w stanie zrozumieć treść nie patrząc na obrazki, tylko ze słuchu.

Najpierw dopuścimy do głosu biedną, skrzywdzoną wizualnie Szyszkę numer dwa. Niech się wygada i ucieka pod wannę. Otóż po raz pierwszy w życiu spotkałam się z animacją, na którą po prostu nie mogłam patrzeć. Nie jestem wrogiem zniekształceń (przeżyłam Dead Leaves i mi się podobało) czy udziwnień, potrafię znieść naprawdę dużo, jeśli chodzi o formę wizualną, bo należę do ludzi, którzy przekładają treść nad formę. Jedyne, co mnie odrzuca „|na oko” to kolaże. Anime jest nimi upstrzone w sposób przekraczający moją tolerancję. W dodatku owe nałożone elementy kręcą się, wiją każdy kard jest naćkany jak obrazek nawiedzonego przedszkolaka z nieograniczonym dostępem do karteluszek, kwiatków, gwiazdeczek, rybek, płatków, brokatu i…  no, nieograniczonym.

Fakt, animacja ma swój styl i teoretycznie da się przyzwyczaić do pokracznych postaci wyciągniętych ze snów transwestyty z niestrawnością. Da się nawet odróżnić postaci od tła. Ba, nawet można z zadowoleniem patrzeć na motywy przewodnie i ich dopasowanie do tajemnicy odcinka. Niemniej dwadzieścia parę minut z „Mononoke” przyrównałabym do oglądania kalejdoskopu na karuzeli. Jeśli można o czymś powiedzieć, że jest zbyt artystyczne, to właśnie o tym serialu. Tak, nie przesadzam, to mniej więcej tak właśnie wygląda jak na załączonym obrazku:

Dla przeciętnego zjadacza chleba przedstawione historie będą dziwne, niezrozumiałe i zagmatwane. Wymagana jest minimalna choć znajomość kultury i mentalności Dalekiego Wschodu, by dać się wciągnąć. To jest jedno z tych anime, które lubi się tym bardziej, im więcej wiemy o tamtejszej kulturze. Tu oddamy głos Szyszce numer jeden, która opowie o fabule. Anime kupiło mnie hasłem „wędrowny sprzedawca leków, który poluje na mononoke, czyli złe duchy”. Pomna na nastrój „Mushishi” zlekceważyłam dzikie ostrzeżenia wizualne… i dobrze się stało, bo to, co wyrabia Sprzedawca Leków zasługuje na wielkie brawa.

Sprzedawca tropi złe duchy i pokonuje je za pomocą swojego nietypowego miecza. Zanim to się jednak stanie, musi poznać Formę mononoke, Prawdę, która się kryje za jego obecnością i Przyczynę, dla której zagnieździło się w ludzkim sercu. Historie stojące za „potworem” są niejednokrotnie smutne i, co mnie się niesamowicie podobało, przypominają zagadki kryminalne. Zanim miecz zostanie dobyty pada wiele gorzkich słów, płyną łzy i strach ściska bohaterów. Za każdym razem równowaga zostaje przywrócona, jak również sprawiedliwości staje się zadość.

Wszystko to okraszone niesamowitą, bajeczną dawką japońskiego folkloru, który jest na bieżąco wyjaśniany widzowi. Przypomina to ludowe baśnie, które przestrzegają przed wyrządzaniem zła. W dodatku momenty przemiany Sprzedawcy w zabójcę mononoke dosłownie wbijają w fotel, tym bardziej, że z każdą kolejną historią trwają one coraz dłużej i są bardziej szczegółowe. Chociaż z drugiej strony to pewnie wina mojego upodobania do walczących karteczkami mnichów…

Mamy tajemniczy pokój i kobietę w ciąży, mamy okręt zagubiony we mgle strachu i nienawiści, młodą kobietę prześladowaną przez męża, zawodników w konkursie „wąchaczy” i nawet kota-demona. Specyficzną, przejmującą muzykę, która snuje się gdzieś w tle i delikatnie trąca nerwy. Przepiękny głos Sprzedawcy, który mówi z  manierą tajemniczych samurajów. Oraz, było, nie było, szczęśliwe zakończenia historii.

Niech wystarczającą rekomendacją będzie to, zę obejrzałam je do końca, choć połowa mnie chciała wydrapać sobie oczy. Na koniec – garść cicików na zachętę!

Mononoke TV, 2007, liczba epizodów: 12

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

11
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
SzyszkaAliceżółwSir_AceAneta Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Luiza Stachura
Gość

Jedno z moich ulubionych anime xDD

Pozdrawiam!^^

Aneta
Gość

A ja nie widziałam 🙂 ale obiecuję nadrobić zaległości:)

Sir_Ace
Gość
Sir_Ace

Moją uwagę przyciągnęła właśnie oprawa, bo akurat lubię takie… dziwne cosie. Mimo to seria czeka, aż na jednym wykresie krzywa wolnego czasu spotka się z krzywą chcenia 😉

żółw
Gość
żółw

O gustach się podobno nie rozmawia, ale ja właśnie na rysunki w owym anime napatrzeć się nie mogłam. Właściwie to fabuła byłaby bez tego designu niezbyt czytelna, a tym bardziej brakłoby klimatu, który stanowi (w mojej opinii rzecz jasna) 80% tej serii.

Alice
Gość
Alice

Niestety nie potrafiłaś docenić piękna właśnie tych kolarzów, ani zauważyć głębi czy przestrzeni w tym… tym… to właśnie jest sztuka. Opisałaś to „jakby dziecko napaćkało”, ale sama nie wydajesz się mieć wiele więcej do powiedzenia niż właśnie paćkające dziecko…
Głównym hasłem tej serii jest „sztuka dla sztuki”, prawdopodobnie nie wszyscy to trawią, nie potrafiąc docenić na przykład faktu że postaci nie są powyginane, tylko każda po prostu ma prawdziwą twarz człowieka… są szkaradne, tacy są ludzie… ale każdy był zrobiony z planem… jedynie on jest taki piękny… to jest praktyczny żart, fangirlu, właśnie na takich jak ty!

Alice
Gość
Alice

Och, jak miło! Dyskusja miała być na temat sztuki, a jedyne co potrafisz to wyciągnąć na wierzch błędy językowe osoby która od dawna nie mieszka w Polsce. Gratulacje. Żeby przynajmniej ograniczyć te ostatnie błędy rzucę taki argument dla pani Magister Języka Polskiego: nie mówi się tak samo z „Petersburg” tylko z „Petersburga” więc przestań się już wymądrzać o tym jak by odmienić kilka słów, tylko przyznaj do faktu, że masz dziecinne podejście do anime. Wnerwiła mnie odrobinę twoja odpowiedź, bo bardzo nie lubię kiedy ludzie odbiegają od tematu, tylko żeby się wykręcić od przyznania się do błędu. Jeśli chciałaś zabłysnąć… Czytaj więcej »