Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe – Robert M. Wegner

Mała Miranda lubiła książeczki. Lekkie, sympatyczne, zabawne. O czarodziejach, o magicznych stworach, o pociągach. Bo były miłe i wesołe. A potem Miranda dostała zbiór ciężkich, momentami niemalże wojskowych opowiadań i zmieniła trochę swój książkopogląd.

Gdy dostałam w swoje ręce pierwszy tom opowiadań, wiedziałam już mniej więcej, czego się spodziewać. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Zwycięstwo w plebiscycie na najlepszą książkę fantastyczną, Zajdel 2009 za najlepsze opowiadanie, porównania do Sapkowskiego… Spodziewałam się tego, do czego przyzwyczaili mnie inni polscy pisarze szeroko pojętej fantastyki. Zdziwienie moje było spore i jakże pozytywne.

Książka podzielona została na dwie części, zgodnie z podtytułem: Północ i Południe. Północ to cztery opowiadania, których trzon stanowi dwójka bohaterów – porucznik Kenneth-lyw-Darawyt oraz jego dziesiętnik Varhenn Velergorf. Należą oni do Górskiej Straży, która, w dużym uproszczeniu, ma pilnować porządku na pograniczu. Z kolei głównym bohaterem opowiadań Południa jest Yatech, należący do plemienia wojowników, w którym wszyscy muszą nosić zasłonięte twarze.

Już w pierwszym opowiadaniu, Honor górala, Autor przedstawia nam wyraźny obraz tego, co nas czeka podczas czytania jego książki. Kilka przeczytanych stron nie pozostawia wątpliwości – będzie mocno i krwawo. Bo wojna to nie przelewki – nawet, jeśli wojna już się skończyła, pokój trzeba utrzymać. Nie ma czasu na spokojne przyzwyczajanie się do innego świata. Wrogowie nadchodzą, a wraz z nimi ich piękne, choć skomplikowane imiona, prastare zwyczaje, wierzenia i… magia.

Dobrze jest złapać oddech po tym mocnym początku, bo kolejne opowiadanie wrzuca czytelnika na bardzo głębokie wody. Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami to opowiadanie w opowiadaniu. Forma skomplikowana i przewrotna, ale Autor poradził sobie z nią świetnie. Momentami wręcz mieniło mi się w oczach od ilości walczących i ginących ludzi, śmigających w powietrzu bełtów, a w uszach huczał szczęk krzyżowanych mieczy. Historia, jaką opowiadał swoim towarzyszom Varhenn, pochłonęła także i mnie. Właśnie za to opowiadanie Autor otrzymał Zajdla.

Szkarłat na płaszczu to opowiadanie o sztuce dyplomacji. I nic to, że wciąż nie do końca nadążałam za nazwami. Obraz, jaki przedstawił Autor, był bardzo wyraźny. Tym razem nie było walki, ale były emocje. Przez całe opowiadanie Autor trzyma czytelnika w napięciu, dając wyraźnie do zrozumienia, że pokojowe rozmowy w mgnieniu oka mogą przerodzić się w krwawą jatkę.

Ostatnie z Północnych opowiadań, Krew naszych ojców, zaczyna się jak fantastyczny kryminał. W pewnej wiosce znaleziono trupy, Górska Straż zostaje wysłana z misją wyjaśnienia sprawy. Oczywiście, nie będzie to prosta sprawa, ale na tym przewidywalność opowiadania się kończy. Autor powoli, umiejętnie tka skomplikowany wzór, który dopiero na ostatnich stronach opowiadania odkrywa przed czytelnikiem, co naprawdę zdarzyło się w owej wiosce.

Opowiadania Północne są ze sobą dość luźno powiązane, można je czytać w dowolnej kolejności. Inne wrażenie miałam, czytając opowiadania Południowe. Jak wspomniałam, ich bohaterem jest Yatech. Zgodnie z tradycją, twarz ma zawsze zasłoniętą. Gdy ktoś spoza jego plemienia zobaczy jego twarz, przed następnym świtem jeden z nich będzie musiał zginąć. Cztery Południowe opowiadania stanowią ciąg fabularny, każde kolejne jest wynikiem poprzedniego. Dlatego nie będę mówić o każdym z osobna, dla mnie to była po prostu krótsza powieść, podzielona na cztery rozdziały. Rewelacyjna powieść, w której Autor odsłania przed czytelnikiem kolejny kawałek swojego świata, zaskakujące rytuały, nietuzinkowych bohaterów i prawdziwe, głębokie emocje.

Opowiadań tych nie da się czytać „z doskoku”, w przerwie między wykładami, w zatłoczonym autobusie. Przynajmniej ja nie byłam w stanie. Dopiero wieczorem, w ciszy i spokoju, mogłam zanurzyć się w ten fantastyczny świat, skupić całą swoją uwagę na nim, by go w pełni docenić. Nie było lekko – Autor wymagał od czytelnika myślenia, włożenia jakiegoś wysiłku w to, by nadążyć za akcją opowiadań, by nie zgubić się w gąszczu obco brzmiących nazw, kruchych układów, intryg, pierwotnej magii i ludzkich emocji.

Opowieści z meekhańskiego pogranicza są doskonałym przykładem na to, że książka może być dobra, nawet jeśli można się od niej oderwać, nawet jeśli nie da się jej pochłonąć na raz. Polecam lekturę opowiadań Roberta M. Wegnera tym, którzy szukają dobrych, mocnych opowieści, w których rozbudowane opisy walk przeplatają się z równie dobrze przedstawionymi relacjami między bohaterami. Jeżeli szukacie porządnie napisanych, wymagających zaangażowania czytelnika opowiadań, to śmiało maszerujcie do księgarni – meekhańskie pogranicze już na was czeka.

Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury

Robert M. Wegner Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe, seria: Fantastyka z plusem, Wydawnictwo Powergraph 2009

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz

9 komentarzy do "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe – Robert M. Wegner"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy
pablo vel podsluch
Gość

Ma facet talent:) Wśród polskiej ambitniejszej fantastyki jest wręcz bezkonkurencyjny moim zdaniem. Może „Pan Lodowego Ogrodu”… aczkolwiek to chyba jednak już nie ten poziom.

phoca
Gość

Zgadzam się, obecnie Wegner jest bezkonkurencyjny. Druga część, „Wschód – Zachód”, tylko potwierdza talent autora. A także zadziwia wszechstronnością – facet równie porywająco pisze o ludziach gór, pustynnych asasynach, dzikich koczownikach przemierzających bezkresne stepy, tudzież perypetiach młodego łotrzyka-złodzieja, wplątanego w intrygi ludzi i bogów…
Mniam, doczekać się już nie mogę trzeciego tomu (oraz kolejnych :))!

Barbara Silver
Gość

A ja od czasu „Pieśni Łuków” jakoś mam awersje do takiej tematyki książek. Może kiedyś to minie, wierzę jednak na słowo, że takie dobre ;))

Pozdrawiam serdecznie 🙂

enedtil
Gość

Kolejna świetna, zachwalająca „Opowieści …” recenzja. Bardzo lubię taką tematykę i muszę w końcu nabyć te pozycje.

Maks
Gość

Dość późno trafiłem na bloga, ale nie mogłem sobie odmówić skomentowania tej recenzji.
Z tego co zauważyłem „Opowieści…” wręcz nie mogą się odgonić od pochlebnych opinii, a takie jak twoja (liczę że wstęp to prawda, nawet przymrużając oko na pociągi), gdzie czytelnik nie jest / nie był fanem tego typu gatunku są najcenniejsze 🙂

Pozdrawiam

Szyszka
Admin

a ja mam ochotę napisać „Panie Robercie, jam panu butów czyścić niegodna” 😀

wpDiscuz