Outlander sezon 1 (spojlery) cz.2

Kawa z Cynamonem - Outlander sezon 1

Skoro już wiemy, o czym jest Outlander, to teraz przyjrzymy się, dlaczego jest równocześnie zachwycający i wołający o pomstę do nieba. Zaczniemy od plusów.

Mozecie też skoczyć do CZĘŚCI PIERWSZEJ wpisu.

Historia na plus

Autorka książek, Diana Gabaldon, jest historyczką. Jest też konsultantką przy serialu. I wiecie co? To się czuje. Być może jest parę jakiś przekłamań, ale nie jestem w stanie ich zauważyć (przekonałam się o tym ostatecznie, oglądając sezon drugi – akurat ten kawałek historii Francji mam dość dobrze opanowany). Serial nie udaje, że dzieje się w konkretnych czasach, a wręcz można postawić go na równi z produkcjami parahistorycznymi w stylu Tudorowie czy Rzym. A nawet powiedziałabym, że idzie krok dalej, bo Claire wciąż myśli o swojej teraźniejszości jako o „czasach historycznych”, więc często ma nieco inne spojrzenie na wydarzenia.

Autorka niesamowicie zręcznie wplata informacje o obyczajach i pracy codziennej ówczesnych ludzi. Fenomenalna moim zdaniem scena barwienia tkanin przez szkockie kobiety służy temu, by wyjaśnić to i owo o sytuacji politycznej, dodać dynamiki między głównymi postaciami, zapewnić trochę akcji – a przy okazji jest świetną okazją, by ucieszyć uszy tradycyjnymi pieśniami.

Takich momentów jest więcej i przyznam, że czasem interesowały mnie bardziej, niż to, co się dzieje z główną bohaterką. Ale może to dlatego, że generalnie ja nie mam zainteresowania romansami.

Ach ta muzyka!

Mnie muzyka generalnie nie rusza, a wręcz nie słucham jej na co dzień. A tu mi było miło w uszy, w sensie zwróciłam uwagę, że jest i to jest ładna. Bardzo ładna. Ma się ochotę do niej kolebać. Ponieważ muzyki opisywać nie potrafię, to po prostu sobie posłuchajcie:

Jest na co popatrzeć

Widziałam wiele ładnie zrealizowanych seriali, z budżetem przekraczającym PKB średniego państwa afrykańskiego. Muszę jednak powiedzieć, że Outlander należy do ścisłej czołówki. Począwszy od strojów, poprzez krajobrazy aż do twarzy aktorów, wszystko jest po prostu piękne. Nie plastikowo, nie jak spod noża chirurga i z photoshopa, ale naturalnie, pieczołowicie piękne.

Oczywiście najbardziej mnie zachwycają brudni, zarośnięci Szkoci o krzywych zębach. Muszę jednak przyznać, że nie wyobrażam sobie lepszej obsady głównych bohaterów. Claire nie jest słodką, gładziutką dziewczyną – jest dojrzałą kobietą, po przejściach wojennych, z surową, stanowczą twarzą, która rozjaśnia się, kiedy się uśmiecha. Też bym dla niej straciła głowę.

Kiedy zaś patrzę na Jamiego, to mam wrażenie, że jest on rezultatem genetycznego spisku natury, żeby kobietom eksplodowały z podniecenia jajniki. Zastanawiam się, ilu kandydatów musiano przemielić, by znaleźć faceta, który wygląda równocześnie chłopięco i poważnie, seksownie i niewinnie, szkocko i neutralnie. I mówi z takim akcentem, że kolana miękną. Przyznam, że wybór był nadzwyczaj trafny, bo postać Jamiego to parada skrajności, jak się autorce napisało, taki on jest.

Na szczęście nie tylko na seksownych męskich kolanach, wyzierających spod kiltów, się opiera uroda serii. Wszystko tam jest dopracowane, mroczne w jednych, oniryczne w innych momentach, tu zalane żółtym światłem świec, tu rozjaśnione surowym szkockim słońcem. Nie tylko plenery zachwycają, ale również wnętrza: dopracowane do najmniejszych zakamarków, faktycznie wyglądające jak miejsca, gdzie ludzie żyją, mieszkają, pracują.

Seks

Jak w porządnym romansidle, seksy muszą być. Poza tym nie ukrywajmy – pewne rzeczy się czyta i ogląda praktycznie tylko dla „momentów”. A tu mamy ich całkiem sporo. I to jakie!

Wyjątkowość seksu w Outlanderze polega na tym, że nie jest kręcona z pornoperspektywy. Wyjaśnię, o czym mówię. Otóż rozwój pornografii przyzwyczaił nas do pewnego standardu, z którego nie zdajemy sobie sprawy. Polega on na tym, że najczęściej pokazuje się rozkosz kobiety i aktywność mężczyzny. Czesto brak elementarnej czułości między bohaterami, odchodzi jakaś akrobatyka, a kamera robi wszystko, by w jednym ujęciu złapać zarówno drżące piersi partnerki jak i falujący tyłeczek partnera.

Ja tam się nie będę bronić przed półnagimi mężczyznami…

Serial miał odwagę pokazać seks inaczej – jako rozkosz dla mężczyzny. Zamiast po raz miljonowy pokazywać, jak to kobiecie jest dobrze, bo jej się coś miłego robi,co sprawia, że gro kobiet oczekuje od partnera, że magicznie zrobi jej dobrze (bo przecież na filmach ona robi nic i patrzcie czemu ja tak nie mam, to pewnie jego wina). Śliczny Szkot jest zaskoczony seksem i podczas nocy poślubnej zachowuje się tak, jak zazwyczaj panny. Bardzo odświeżające to i ciekawe było.

Szkoda, że serial błyskawicznie od pełnej radości eksploracji seksualności przeszedł do „a teraz oboje są mistrzami świata w seksie i oglądając ich będziecie im zazdrościć”.

I przepraszam z góry, ale męski gwałt niestety ląduje w kategorii minusowej, ale z zupełnie innych powodów, niż można przypuszczać, bo homoerotykę akurat całkiem lubię.

Wszystkie grzechy serialu Outlander

Przede wszystkim – nieodparte wrażenie, że autorka miała pomysł na fabułę do ślubu Claire i Jamiego, a cała reszta to efekt „kurde, to się podoba, więc muszę szybko wymyślić coś dalej”. Ilość przegięć fabularnych przekracza ludzkie pojęcie, postacie są niestabilne (niezliczone ratunki w ostatniej sekundzie, Jamie wciąż się nie może zdecydować, czy jest dzikusem z gór czy totalnie postępowym facetem wierzącym w podróże w czasie, Claire podejmuje większość decyzji dopiero wtedy, kiedy już nie ma możliwości prześlizgnięcia się przez fabułę jak sztywna kłoda, Randall z jednej strony potrafi stosować fenomenalne techniki perwersyjnego terroru, by po chwili po prostu straszyć swoim przyrodzeniem… i tak dalej i tak dalej).

Właściwie sezon 1 można streścić słowami „wszyscy chcą rozebrać Jamiego, choć z różnych powodów”

Sezon pierwszy jeszcze jako tako trzyma się kupy – na szczęście oszczędzono nam „psychoterapii” Jamiego w wykonaniu Claire (a która polegała na tym, że babka udawała Randalla i pozwoliła się chłopakowi wytarmosić i zgwałcić), którą mieliśmy w książce. Tutaj mniej jest polityki, a więcej dopasowywania się do nowych realiów. Im dalej w las tym mniej to jest opowieść o miłości, a bardziej Moda na Sukces, a im dalej w fabułę, tym gorzej (choć mówię tu o dalszych częściach, jak mówiłam, pierwszy sezon jest jeszcze jakoś strawialny).

Kolejny grzech to dłużyzny. Fabuła jest humorzasta i albo gna na złamanie karku, albo niemiłosiernie długo bije pianę. Fakt, Randall jest fenomenalny, ale czy naprawdę musimy przez 20 minut słuchać o mentalnym orgazmie, jaki miał biczując Jamiego? Szczególnie, że potem mamy powtórkę, tylko z perspektywy drugiego końca bata. Dobrze, że to wszystko takie ładne jest. No i reminiscencje. NIENAWIDZĘ tego zabiegu stylistycznego, a tu jest stosowany nagminnie, a ukoronowaniem jest początek drugiego sezonu, który zaczyna się od powiedzenia widzom, że wszystkie działania bohaterów spełzną na niczym. Ale oglądajcie, proszę.

Na koniec: męski gwałt.

Brutalny, perwersyjny, doskonale skonstruowany wątek, który niewątpliwie zaszokował widzów. Dodajmy – widzów, którzy nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z homoerotyką. Został nam podany w reminiscencjach, więc dla mnie stracił większość swojej mocy. A przecież moglibyśmy z drżeniem serca wierzyć do samego końca, że ratunek nadejdzie na czas, że to nie będzie aż tak okropne… Znowu ukłon w stronę pana Randalla, bo jego czarne, zimne oczy w półmroku celi robiły fenomenalną robotę. Ale reszta? Ech. Takie standardowe bingo ze smutnych mang yaoi.

Potarmoszę, poprzytulam, rękę rozwalę czyli „zupa była za słona”, edycja Szkocja 1745

Jeszcze więcej grzechów

Mam bardzo mieszane uczucia w stosunku do Outlandera. Z jednej strony bardzo bardzo stara się być na serio z elementami mistycznymi, a z drugiej beztrosko przyznaje, że fabuła jest jedynie pretekstem do dowalania głównym bohaterom kolejnymi wydumanymi problemami.

Czytając ten tekst można odnieść wrażenie, że zalet jest więcej, niż wad. Niestety jest mniej więcej po równo i dużo zależy od tego, czy widz lubi wyjadać rodzynki z sernika czy je wydłubywać i odkładać na bok. Można skupić się na zaletach, jednak mnie produkcje w stylu „myśleli że są szczęśliwi, ale to co ich spotkało później wzruszy wasze serca!!!” męczą straszliwie.

Posłużę się metaforą: kojarzycie ten taki przymuł telenowelowaty, który jest plagą większości seriali trwających dłużej niż 4 sezony? Kiedy bohaterom nagle zaczyna odpierniczać, stałe związki się rozpadają w wyniku pierdoły, a dr House operuje własne kolano w wannie? No to Outlander zaczyna odstawiać taką manianę w okolicy 8 odcinka. Na początku delikatnie, ale się rozkręca.

Ja podziękuję.

 

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz