Terytorium wroga (2011) – Szajs Tygodnia

Jakiś czas temu mąż opowiedział mi o tym filmie. Streszczał fabułę z werwą i swadą, obrazując co ciekawsze momenty gestami. Podczas tego kwadransa myślałam, że zejdę ze śmiechu i zużyłam dwie chusteczki, roniąc łzy radości. Mięśnie brzucha bolały mnie potem przez godzinę. I ja miałabym się takim cudem z Wami nie podzielić? Uwaga – to jeden wielki spojler.

Zacznijmy od tego, że ARABY SOM ZUE. NO BO SOM. A jak się jakiś dobry trafi, to go ci źli zastrzelą, więc tych dobrych jest coraz mniej i drżą w krzakach – na szczęście dobry biały człowiek przychodzi z misją pokojową. Oczywiście każdy porządny zły Arab musi konkretnie dręczyć kobiety w odpowiednio stereotypowy sposób. Chyba, że jest to śliczna blondynka-dziennikarka, która ma wartość dla całego świata równą swojej wadze w diamentach.

Generalnie pani zostaje złapana przez najgorszego zbira z okolicy, który wręcz poci się mesjanizmem i psychopatią. Aż mi się łezka wzruszenia w oku zakręciła, tak mi to sentymentalnie amerykańskimi filmami klasy B zapachniało. Wiecie, Delta Force i inne takie, z dzielnymi amerykańskimi żołnierzami. I faktycznie – im dalej w las, tym bardziej film przypomina ten gatunek filmowy, a ja tylko czekam, aż członkowie oddziału specjalnego zaczną po kolei umierać bohaterską śmiercią.

Siedem małych Murzy… żołnierzy.

No, ale jesteśmy przy pani. W całej Francji dzwonią czerwone telefony, specjalny oddział komandosów zostaje oderwany od sielskiego klimatu urodzin teściowej (czy jakoś tak) i leci w Pakistan ratować pannę. W tym czasie zuy Arab Zajeb… tfu, Zaief odstawia głęboki pojedynek słowny z panią dziennikarką, który kończy się uduszeniem jakiegoś nieszczęśnika. Po drodze mamy wielce przejmującą scenę egzekucji pani Arabki, która odsłania w manifeście twarz. A żołnierze lecą, od czasu do czasu żartując w swój specyficzny, francuski sposób (znaczy się – kompletnie dla mnie niezrozumiały).

W tle słychać dramatycznie uniesiony głos, który informuje prezydenta Francji o tym, żę akcja musi się udać w ciągu 24h, inaczej będzie katastrofa. Fajno, myślę, będzie się kupę działo w krótkim czasie, wybuchy i te sprawy (lubię wybuchy). Tymczasem na ekranie pojawia się dramatyczny napis. DZIEŃ PIERWSZY.

Po czymś takim można jedynie oczekiwać, że coś się bardzo nie uda – i owszem. Panna uratowana, jeden z przystojnych panów ranny w ramię, snajper wyborowy klasycznie chybia celując w „tego złego” (a potem zaiwania w formie krzaczka po skałach), no i musieli chyba pobiec w inną stronę, bo do miejsca spotkania z helikopterem mają 20 kilometrów i za diabła nie zdążą (kto im planował tę misję?).  Na domiar złego jeden z żołnierzy ma wyjątkowe pretensje do pani dziennikarki, strofując ją na każdym kroku (znaczy się zakochany i pewnie umrze w jakimś romantycznym załomku skalnym broniąc jej do końca życia).

Obowiązkowy wzrok pełen zadumy nad Afganistanem

Nie pozostaje nic innego, tylko drałować w inną, awaryjną strefę odbioru. Ze zuymi Arabami na plecach, bo pan Zaj.. Zaief nie może sobie pozwolić na pozostawienie jej przy życiu. Najwyraźniej zabicie jej pozwoli mu na wstąpienie do tajemniczego arabskiego klubu religijnego (coś jak ofiara z dziewicy), więc zaiwania za naszą grupką na piechotę, a jego podwładni mnożą się jak króliki – na jednego zabitego wyskakuje dwóch kolejnych.

Panowie żołnierze nie mają jedzenia, tylko klasyczne wojskowe lembasy, bo przecież to miała być szybka akcja, ale nic to – postanawiają przejść przez góry, po lodowcu (tu wstaw klasycznie pompatyczną przemowę o wykonaniu misji). Po drodze poznajemy żołnierzy, bo każdy przed panią dziennikarką odkrywa swe dobre, wrażliwe serduszko. Zue Araby co jakiś czas wyskakują i grzecznie umierają pod ostrzałem. Zaief stosuje metodę ataków radzieckich – posyła do przodu chłopstwo czekając, aż obrońcom się skończy amunicja – dzięki temu dowiadujemy się, że Araby som też gupie, bo lecą po prostej, zupełnie omijając kamory, za którymi mogli by się schować i nikt nie trafia w naszych bohaterów.

Zaief jest twardy ziomal, ale nie pogardzi zapasami zostawionymi przez żołnierzy i wciąga ich mleko w tubce. Niestety zostaje to odebrane jako oznaka słabości i pozostali przy życiu podwładni się buntują, podając tyły – nic nie szkodzi, w następnej scenie znowu się namnożą. Tymczasem biedne helikoptery krążą w poszukiwaniu zagubionego oddziału. Ten natomiast niezrażony wbija do wioski, bo pradawny zwyczaj nakazuje podejmować gości –  a my dowiadujemy się,  że te zue Araby porywają dzieci i to się starszyźnie wioski nie podoba.

Jestem taki zuyyyyyy!!

Scena jest całkiem fajna, przypomina filmy podróżnicze z Martyną Wojciechowską… a potem snajper tych zuych robi kuku jednemu z naszych. I tu wyskakuje nasz snajper! Oczywiście zabija tego wstrętnego farfocla, ale cóż, jeden mały Murzynek… znaczy się, żołnierz, już nie żyje, a ja myślę, że moje przewidywania na temat filmu się sprawdzą.  A, no oczywiście, przecież zuy Arab musi jeszcze wytłuc miłą wioskę, bo jest taki okropny i zuy.  Nasi bohaterowie pobawić się muszą w siedmiu wspaniałych i ocalić wiochę – a wszyscy wiedzą, jak się takie akcje kończą.

W międzyczasie snajper postanawia odciagnąć garstkę tych zuych, więc widzimy, jak biegają po górach w militarnej wersji zabawy „raz, dwa, trzy Baba Jaga patrzy”, biegnąc niczym Forrest Gump przez pustkowia, a Arabowie przykucają, kiedy się chłopak odwraca Niech mi ktoś wytłumaczy, CZEMU ONI GO GONIĄ?? I jeszcze… czemu do diaska nikt z tego oddziału 20 chłopa w niego trafić nie moze?? Dobę biegnie! I strzeeeelaa!!! Boromir to neptyk, mówię Wam, umierał tylko przez pięć minut.

Jakbyś wiedziała, jak ja biegam, to byś mnie pokochała, a nie jego…

Tymczasem resztka oddziału.. Jest na lodowcu i radośnie zamarza. NA ŚRODKU CHOLERNEGO LODOWCA! Dramat, kłótnie, o dziwo, ludzie zamarzają, padają hasła o ojcostwie, płodności i odwadze, ludzie, co ja pacze?! W dodatku są owinięci jedynie w kocyki (przypominam, wylądowali w strefie umiarkowanego skwaru, a pani jest w wersji dresik). W sumie to chciałabym mieć taki wojskowy kocyk +100 do ochrony przed mrozem… Ale widoki piękne. Dzień ósmy.

Teraz sie dowiadujemy, że wszyscy wolą być w Holandii. Wiem, ma być wzruszająco i zabawnie, ale nie potrafię uwierzyć w ludzi, którzy przeszli bez sprzętu (no w kocykach) przez  Hindukusz, z babą odmrożoną na plecach. A co na dole? Ano, źli Arabowie, którzy najwyraźniej w pogoni za snajperem obiegli pasmo górskie dookoła. Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej Inkwizycji!!

I co ja robię tu, u-uu…

No, wreszcie ostateczna konfrontacja Zajeba z panią dziennikarką!

Facet ginie od pierwszego strzału. Serio. Przepraszam, że pozbawiłam Was napięcia, pewnie wierzyliście, że będzie długo i dramatycznie. Nie, trwało to z pięć sekund. Tymczasem Murzynków coraz mniej, następuje wzruszające pojednanie z tymi zuymi, pojedyncza łza uroniona nad grobem przyjaciela, dzień dziesiąty.

Lawina. Ja pierniczę, lawina.

Nie, no nie, nie, biegnij, Elisa, biegnij, do granicy, z kompasem dziadka, biegnij, inaczej ich śmierć poszła na marne, biegnij! I Elisa biegnie, jak ta rącza gazela., obsmarkała trochę kamizelki i głowy ostatnich Murzynków, ostatni całus (mówiłam, że będzie romans!) i sru, do granicy. Nie powiem, wzruszyłam się. I deszcz pada. I pustynia jest. Dzień dwunasty.

O, happy end! I jakaś pani ładnie śpiewa na zmianę „Iiii” i „Aaaa”, przeplatane z „Eeee”. Nie powiem, znowu się wzruszyłam.

O rany, fajny film, uśmiałam się do łez. Co prawda założenie twórców z pewnością było nieco inne, ale pani ładna, pan dowódca pięknym panem jest, na paru innych panach też się oko zwiesić dało… ale chyba mam dość tego typu produkcji na długi czas.

Terytorium wroga, 2011
wyst.Diane Kruger, Djimon Hounsou, Benoît Magimel

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Email this to someone
email

5
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
liritioSzyszkaGrzegorz-KonsultantZakladkaDuża Mała Mi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Duża Mała Mi
Gość

No i się obśmiałam, będę musiała to koniecznie zobaczyć, chociaż staram się póki co nic nie oglądać, żeby nie zabijać w sobie wrażeń po Avengersach… dla takiej radochy chyba jednak się skuszę…

Zakladka
Gość
Zakladka

Aha, dzięki, znowu coś co można przy prasowaniu:)

Grzegorz-Konsultant
Gość
Grzegorz-Konsultant

Podobno są też ładne widoki tego ich dzikiego kraju i eleganckie ujęcia gór…
czyli że film podróżniczy?

liritio
Gość

No nie! a ja to chciałam obejrzeć, bo do Benoit Magimela mam słabość wielką 🙂 Ale skoro to takie cudo, to już nie wiem. Chyba nie podołam.
Recenzja przednia 😀