Zabawki diabła – Anna Kańtoch

Domenic Jordan dał się poznać jako powściągliwy, inteligentny nad wyraz młodzieniec o stalowych nerwach. Kolejny tom rozwija nieco tę postać, a także odsłania rąbek tajemnicy jego przeszłości.

Oczywiście przeszłość MUSI być tragiczna, ze zbrodnią w tle – to jest jedna z tych rzeczy, które sprawiają, że niewiastom szybciej biją serca. Jednak zanim do tego dojdziemy, musimy powrócić w rodzinne strony i spotkać się z uroczą Veroniką d’Amat.

W poprzednim tomie, Diabeł na wieży, Domenic bada niezwiązane ze sobą sprawy. Teraz opowieść staje się bardziej zwarta, pojawiają się osoby i motywy, które w istotny sposób połączą kolejne opowiadania. A wszystko zacznie się już podczas podróży na dwór Mandracourt, którym włada starszy brat Domenica, Linus.

Choć sprawa kręci się wokół martwego młodzieńca, już od pierwszej historii wiemy, że tym razem pierwsze skrzypce będą grały kobiety. Wszystkie istotne dla naszego bohatera, choć każda w inny sposób. Trochę trudno jest opisywać fabułę bez zdradzania pewnych faktów, które mogą zepsuć przyjemność czytania – musicie mi wierzyć na słowo, kiedy powiem, że będzie się działo.

I nie mówimy tu o seksach (już wiemy z poprzedniego tomu, że Domenic w tych sprawach jest skrupulatny i rzetelny, a nade wszystko uprzejmy), nie będzie żadnego trójkąta miłosnego ani żenujących scen odchodzenia od siebie  i powrotów z płaczem. Uczucia Domenica są dość porządnie skatalogowane i trzymane na wodzy żelazną ręką. Dotyczy to równocześnie spraw serca jak i decyzji, czy i kiedy pociągnąć za spust. Ale zdradzę Wam, że Autorka biednego chłopaka nie oszczędza, a czytelnik momentami czuje się, jakby ktoś go dziabnął słowami w emocjonalną nerkę.

W tym miejscu pozwolę sobie poubolewać ciężko, że Fabryka (i inni wydawcy) zdecydowani się sportretować Domenica jak chore na zgagę zombie. Albo lekko naćpaną kozę. Przez własnie takie numery Domenic ma zdecydowanie mniej fanek, niż powinien.

Choć więcej jest o miłości, nadal prym wiedzie kryminał. Sprawy są tajemnicze, a czasem zamieszane są w nie siły nieczyste, choć zawsze motorem są ludzkie namiętności. Kańtoch jest wspaniała w tworzeniu subtelnej makabry. Piękno i śmierć splatają się w jej opisach w miłosnym tańcu, lekko i z gracją prześlizgując się po stosach kości. Przepraszam za górnolotne porównanie, po prostu mój mózg nie jest w stanie dobrze funkcjonować przy takich eksplozjach zachwytu nad stylem pisarskim.

W tym miejscu chciałam opowiedzieć Wam o socjopatkach Anny Kańtoch. Jej kobiety – te istotne dla całości fabuły kobiety – są wspaniale kalekie, jeśli chodzi o normalne uczucia. Ma to swoje uzasadnienie – Alais rozmawia z Bogiem i Aniołami, a Veronika z Montserrat. To sprawia, że są okrutne, wypełnione obojętnością, a przy tym nie pozbawione życzliwości. Każda w inny sposób – Alais zabija swoją miłością, a Veronika stara się wypełnić pustkę duszy wyżartej przez moc. I nudę. Tego typu postaci to dość charakterystyczna cecha prozy Kańtoch i wyróżnia ją na tle innych pisarzy fantasy.

Zanim dobrniemy do finału, Domenic będzie się musiał, między innymi, zmierzyć ze sprawą znikających dzieci oraz… ni to weneckim ni to werońskim karnawałem. To drugie opowiadanie jest mi szczególnie bliskie, gdyż dzięki niemu właśnie ostatecznie wykluła się we mnie miłość do Wenecji, Miasta, Gdzie Spadają Anioły. no spójrzcie sami: tajemniczy dwór, który częściowo runął wraz z podmytym falami klifem, obciążona genetycznie rodzina, mroczna przeszłość kochanków-założycieli rodu, opowieści o morskim ludzie… a nad tym wszystkim spocona, rozogniona, dekadencka atmosfera karnawału. Czyta się to z wypiekami na policzkach.

Podobnie jak wcześniej, opowiadania są słodko-gorzkie, a zagadki są pierwsza klasa. Domenic ma olbrzymią wiedzę, ale ani przez chwilę nie czujemy się przez niego upokorzeni. Czytelnik nie jest biednym Watsonem, który truchta za wspaniałym Szerlokiem, bardziej jesteśmy współtowarzyszami podróży z panną Marple. Owszem, Domenic trochę zadziera nosa i lubi trzymać nas w niepewności do samego końca, ale wynika to raczej z tego, że woli mieć absolutną pewność, że ma rację i najpierw zastawić pułapkę na zbrodniarzy. Dopiero potem wszystko nam wyjaśnia. A my chwytamy się za głowę i mówimy „no tak!”.

Tom opowiadań zostawia nas w takim momencie, że mamy ochotę udusić Autorkę (choć z drugiej strony nie możemy, bo chcemy więcej, poza tym podskórnie czujemy, że to zakończenie było DOBRE). Na szczęście Anna była miła i napisała trzy kolejne opowiadania, które są rozrzucone w różnych miejscach. Są to Anatomia cudu, Majstersztyk i Portret rodzinny w lustrze (w zbiorze Światy Dantego). Autorka (uśmiechając się tajemniczo jak dżinn) zapowiada, że będzie tego więcej. No ja myślę.

 

 

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

3 Replies to “Zabawki diabła – Anna Kańtoch”

  1. Niniejszym oświadczam, że czuję się skutecznie zachęcona do lektury, zwłaszcza przez te „kalekie” postacie kobiece. Brakuje mi pełnokrwistych, cudownie nieidealnych bohaterek 😉 Dziękuję za świetną recenzję ;*
    Pozdrawiam serdecznie!

    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa! Mam nadzieję, że czas na lekturze upłynie bardzo przyjemnie 🙂

  2. Bardzo lubiłam opowiadania o Domenicu,szkoda,że Ania je porzuciła.
    „Joanna nie bała się już demonów”.
    „Łaska” też jest dobra, ale to kryminał.”Miasto w zieleni i błękicie’ miało klimat,ale to już dawne dzieje.
    Polecam Agnieszkę Hałas i jej cykl o Krzyczącym w Ciemności (męski fajny bohater i klimat).

Dodaj komentarz