David Niven, Truman Capote, Peter Falk, Peter Selles, Maggie Smith, Alec Guinnes, Eileen Brennan i młodziutki James Cromwell. W dodatku jako najlepsi detektywi świata… książkowego. W klasycznym kryminale w odciętym od świata zamczysku z trupem na zasadzie „mordercą jest ktoś z nas”. W scenariuszu hołdującym najlepszym produkcjom Mela Brooksa. Brakuje tylko jednorożców, żebym całkiem utonęła w tęczy.
Co by było, gdyby w jednym pomieszczeniu spotkali się Herkules Poirot, Sam Spade, Charlie Chan, panna Marple oraz państwo Nick i Nora Charles? Zagęszczenie geniuszu detektywistycznego na metr sześcienny z pewnością przekroczyło by wszelkie dopuszczalne normy. Film owe normy zaiste przekracza, ba, on je przeskakuje i gna szaleńczo w czerń nieskończonego kosmosu. A widz skręca się za śmiechu od konwersacji, które prowadzą bohaterowie, każdy ze swoją wyszukaną manierą, odpowiednim nadęciem wszechwiedzącego geniusza, który po kawałku włosa jest w stanie określić wzrost, wagę i pochodzenie mordercy, a także – co jadł na śniadanie i dlaczego lubi białe motylki.
Instynkt detektywa podpowiada mi, że jedna osoba na zdjęciu wymiata w transmutacji.
Tak, moi kochani, film jest genialną parodią klasycznych kryminałów. Postaci są nieco przejaskrawione, ale gwarantuję, że zupełnie byście nie zwrócili uwagi na ich dziwaczność w normalnym otoczeniu. Ba, właśnie za tę lekką przesadę ich kochamy, prawda? W dodatku scenarzysta upchał w jednym filmie wszystkie ograne chwyty kryminalne w stylu pełzające skorpiony, morderstwo w zamkniętym pokoju, zamczysko na odludziu, burzę, szalonego lokaja, dziwną pokojówkę, zatrute wino, spadające miecze, pułapki, topory, bombę… i szczekającego kota.
Dziewięcioro gniewnych ludzi rozmawia z łosiem. Skandaliczne opóźnienie posiłku!
„Ostatni raz, kiedy zaufałem kobiecie było w roku 1940 roku. Wysłałem ją po butelkę wina, a dwie godziny później do Paryża wkroczyli Niemcy.” Poszukiwaniu na nagim ciele lokaja dziury po kuli.. „o, coś tu jest! … Fałszywy alarm. „Całość aż skrzy się od genialnych dialogów, gry słownej i przepychanek w zaiste flegmatyczno-brytyjskim stylu. „Ojcze, dlaczego ciągle ja mam sprzątać? Bo nie ma tu twojej matki, która by to zrobiła”.
Umarłam.
Prawdziwy sympatyk kryminału dostanie też klasyczne zakończenie. A właściwie kilka zakończeń naraz, do wyboru. Zaginione córki, chciwi księgowi, lokaj (no oczywiście, że lokaj!), oszust, sam właściciel domu… czy wszyscy naraz mogą być mordercą? Okazuje się, że tak, ale to trzeba zobaczyć, a „Morderstwo w Orient Expresie” to pryszcz w porównaniu z tym, co się dzieje w scenie finałowej.
Sir, obawiam się, że jest pan szują. Ależ tak, jestem, dziękuję.
Dodajmy do tego naprawdę, ale to naprawdę dobrą grę aktorską. Ci, którzy nie znają wymienionych przeze mnie nazwisk może i wzruszą ramionami ze zdziwieniem, o co takie halo, ale podpuszczam Was, żebyście zobaczyli, o co mi chodzi. Koniecznie. Czasem się zdarza, że dobrzy aktorzy upchnięci w jednej produkcji kompletnie kładą film. Tutaj czuje się, że wszyscy się świetnie bawili, niejednokrotnie parodiując samych siebie. Jakaś taka serdeczność z nich bije czy coś…
To wszystko składa się na fakt, że po 35 latach film nadal bawi, nie razi „przeterminowaniem”, nie trąci myszką (no, może troszeczkę) i czerpie pełnymi garściami z dobrych tradycji teatru. Zawieszamy na chwilę niewiarę i – dosłownie – zanurzamy się w watę cukrową. Doskonale zamierzony kicz i przesada doprawione świetnymi dialogami, elektroniczny deszcz i mówiący łoś – tego nie można przegapić.
Zabity na śmierć, 1976
reż. Robert Moore
scen. Neil Simon
wyst. David Niven, Truman Capote, Peter Falk, Peter Selles, Maggie Smith, Alec Guinnes, Eileen Brennan, James Cromwell