Dzisiaj zakończyłam podróż, którą rozpoczęłam niemal dokładnie dwa lata temu. Była to długa i nie zawsze łatwa podróż, ale z pewnością prędko jej nie zapomnę. Czy mnie zmieniła? Oczywiście, jak każda podróż. Ta rozbudziła marzenia i pozostawiła po sobie cichą tęsknotę do świata, który powoli przestaje istnieć.
Zaczęło się niewinnie, bo od książki. Tej otrzymanej w prezencie, ukochanej przez darujące mi ją osoby. A także tej, która zmieniła życie bohaterów Atramentowego serca. Tej, która pochłonęła ich, bez pytania o zgodę. Zmusiła, by stali się częścią historii, która do tej pory, jak im się wydawało, trwała uśpiona na zadrukowanych stronnicach. Ale ta historia żyje, oddycha, rośnie, a w jej żyłach płynie atrament.
Potem zrobiło się niebezpiecznie, bo okazało się, że mnie też pochłonęła opowieść. Wpadłam do starannie tkanej historii i nie miałam ochoty się stamtąd wydostać. Nie w chwili, gdy wokół mnie znajdowały się słowa, tak pięknie opisujące jedno z najlepszych dzieł człowieka, jakim jest książka. Ale przecież nie mogło być inaczej, skoro głównym bohaterem tej opowieści jest introligator. Nie dało się nie pokochać historii, która zaczyna się w domu lekarza książek, wypełnionym po sufit jego pacjentami. Nie było łatwe odłożenie książki, której każdy rozdział rozpoczynał się cytatem pożyczonym z innej opowieści.
W całym domu leżały na podłodze piramidy książek. Książki nie tylko stały na regałach, jak u innych ludzi, ale walały się pod stołami, krzesłami, w rogach pomieszczeń. Były w kuchni i w toalecie, na telewizorze i w szafach ubraniowych – małe sterty, duże sterty, książki grube, cienkie, stare, nowe…
Atramentowe serce, str. 9
Podczas podróży przez Atramentowy Świat poznawałam coraz to nowe postacie, o wiele barwniejsze niż tworzywo, z którego powstały. Niewiele znalazłoby się takich, które nie wzbudzały żadnych emocji. Do wielu z nich czułam sympatię, dla niektórych miałam współczucie, dwie irytowały na potęgę… Była też jedna osoba, którą polubiłam od pierwszych słów, jakie ją opisywały. I to już się nie zmieniło, niezależnie od tego, jak potoczyła się dalej historia.
W tej podróży bywało niebezpiecznie, aż oddech sam zamierał w płucach, jakby mógł zdmuchnąć niosące ratunek słowa. Bywały chwile, w których działo się tyle, że oczy nie nadążały za obrazami, jakie podsuwała wyobraźnia. Ale przyznaję – był też moment, w którym stwierdziłam, że dalej nie idę. Że obrażam się oficjalnie na tę przygodę, siadam na ziemi i tyle. Koniec. Dziękuję, było miło, ale ja już nie chcę. Bo było mi po prostu najzwyczajniej źle. Ale minęło trochę czasu i spod tej urazy zaczęła się przebijać ciekawość. Co będzie dalej? Co się z nimi stanie? Jaki koniec ułożą dla bohaterów atramentowe słowa?
Podjęłam tę podróż i teraz, gdy się zakończyła, mogę z całą pewnością stwierdzić – nie żałuję niczego. Wiem też, że za kilka, może kilkanaście lat znowu sięgnę po tę trylogię. Z przyjemnością wezmę do ręki Atramentowe serce, opuszkami palców pogłaskam zdobioną okładkę, jeszcze raz przeczytam dedykację na tytułowej stronie, a potem będę przewracać strony jedna po drugiej, by nacieszyć oczy ilustracjami Autorki, przypominając sobie o tym magicznym świecie.
Jeśli weźmiesz w podróż książkę (…) wydarzy się coś dziwnego: książka zacznie gromadzić twoje wspomnienia. Potem wystarczy ją otworzyć i znów znajdziesz się tam, gdzie ją wtedy czytałaś. Ledwie przeczytasz pierwsze słowa, wrócą do ciebie obrazy, zapachy, smak lodów, które wówczas jadłaś… Wierz mi, książka jest jak muchołapka. Wspomnienia najlepiej trzymają się kart pokrytych drukiem.
Atramentowe serce, str. 21
Cornelia Funke, Atramentowa trylogia: Atramentowe serce, Atramentowa krew, Atramentowa śmierć, Egmont 2008
PS. Odradzam oglądanie filmu. Ewentualnie dopiero po przeczytaniu pierwszej części trylogii, żeby zobaczyć, jak brutalnie można poprzekręcać porządną historię. I żeby posłuchać czarodziejskiego głosu Brendana Frasera. I zobaczyć, jak Paul Bettany igra z ogniem. Tak… Ale to tylko w ostateczności!
Chyba czeka mnie kolejny cykl do przeczytania na nowy rok – bo przyznaję bez bicia, że do tej pory nie spotkałam się z żadną z książek autorki. Ba! Nawet nie wiedziałam o jej istnieniu. So many books, so little time chciałoby się rzec…
Ja bym Autorki nie znalazła, gdyby mi jej nie polecono i nie wręczono książki do łapy 😉 A z ostatnim zdaniem nie mogłabym się bardziej zgodzić…
O, a ja sobie właśnie wracam do Funke w nowej odsłonie – „Reckless” czeka.;) Mimo iż „Atramentowy świat jakoś we mnie nie wniknął, czuję do niego sentyment, jak do wszystkich książek o książkach.:)
I przyłączam się do odradzania filmu.
Nie jestem pewna, czy sięgnę po „Reckless” – o ile atramentowa historia mi się strasznie podobała, o tyle sam styl pisania już nie do końca. Wybaczyłam to z powodów, które umieściłam w recenzji, ale na tej trylogii na razie kończę przygodę z panią Funke 😉
A zgodzisz się z Autorką, że Mo powinien mówić głosem właśnie Brendana Frasera?
A ja sięgnęłam po książkę, bo były nie chciał iść ze mną na film do kina. Znalazłam na allegro cała trylogię za śmieszne 25zł, przyszła pocztą, zaczęłam i przepadłam. Trochę mnie wkurzało imię „Smolipaluch”, bo nad tym tłumacz mógł się bardziej wysilić, ale poza tym miodzik. Polecam. Film obejrzałam dużo później. Bez przyjemności :(((
Film miał maleńkie, maciupeńkie plusy, które pojawiały się okazyjnie między kolejnymi facepalmami. Obejrzałam go po przeczytaniu tylko pierwszej części i sądzę, gdybym obejrzała go znów teraz, fuczałabym jeszcze bardziej 😛
A co do Smolipalucha… Z początku to imię wydawało mi się dziwne, zwłaszcza, że jego angielska wersja brzmiała tak ładnie – Dustfinger. Ale potem dotarło do mnie, że oryginał jest niemiecki, więc już wolę, by moja ulubiona postać miała na imię Smolipaluch, niż Staubfinger…