Rzeź / Carnage (2011)

 

Plakat francuski w pełnej krasie oddaje to, co się dzieje w filmie, ale jego prawdziwy  kunszt dotrze do nas dopiero po obejrzeniu tego fascynującego spektaklu. Oto przeniesiona wprost z desek teatru  przed obiektyw sztuka Yasminy Rezy „Bóg rzezi”. W małym pokoju czworo ludzi. I duch chomika.

Film budzi sporo emocji nie tylko podczas oglądania seansu, ale również poza nim. Można długo dyskutować o przemianach bohaterów, odkrywając na nowo znaczenia dialogów, fragmentów czy całości. Dość, że spotkałam się nawet z recenzją, która ukazywała alegorie między filmem a katastrofą w Smoleńsku, w której autor wyłuszcza symbolikę śmierci pary prezydenckiej w rozsypanych tulipanach (bo jakiś tam gatunek został nazwany na ich cześć). Chłodno przyjęty w USA, które ciągle mają focha na Polańskiego – sugerują oni, że reżyser poprzez umieszczenie akcji w Brooklynie, a nie w Paryżu, zdaje się w szczególny sposób zwracać właśnie Amerykanom uwagę na ich obłudę i zakłamanie.

Moim zdaniem to nadinterpretacja, przecież trudno by było uwierzyć w kłótnię amerykańskich małżeństw w stolicy Francji. Poza tym jej wymowa jest uniwersalna, a dialogi brzmią tak samo wiarygodnie w każdym języku, każdego społeczeństwa, które uważa się za „wysoce cywilizowane”. Oto widzimy grupkę dzieci, kłócących się o coś żarliwie. Wszyscy wyraźnie naskakują na jednego chłopca, który w porywie gniewu uderza swojego oponenta kijem. Kolejne sceny to fascynujący spektakl upuszczania kolejnych masek w wykonaniu rodziców dzieci.

Jesteśmy tacy szlachetni, że aż zbiera mi mdło.

Dwa małżeństwa, cztery osoby. Uwikłani w konwenanse i oklejeni sztucznymi uśmiechami spotykają się, by omówić między sobą postępowanie dzieci. Nancy i Alan, rodzice „napastnika” oraz Penelope i Michael, rodzice „ofiary”, w egzaltowany sposób konwersują, kiwają głowami, częstują się nawzajem herbatką, szarlotką… wszystko było by dobrze, gdyż Nancy jest bardzo ugodowa, a Alan ma wszystko generalnie gdzieś i ciągle rozmawia przez komórkę, gdyby nie delikatne sugestie Penelope, że „może i wszyscy są równi, ale niektórzy (czytaj – oni) są równiejsi”. Jej subtelne wywyższanie się wytrąca z równowagi Nancy, która pragnie opuścić pomieszczenie. I wtedy wypływa historia z chomikiem.

Chomik niefilmowy co prawda, ale tamten pewnie też był taki twardy.

To jest pierwszy moment przełomowy w filmie, kamyczek, który poruszył lawinę. Nancy dostrzega po raz pierwszy fałsz idealnie moralnej rodzinki Longstreetów, zaczyna bardzo nieśmiało się buntować przeciwko byciu popychadłem i matką „agresywnego zwyrodnialca”. Alan nadal bardziej interesuje się sprawami zawodowymi, niż żoną, więc pozwala się wciągnąć w wir wydarzeń. Pojawiają się pierwsze ostrza między kobietami, ale także mężczyźni starają się nastroszyć piórka – szczególnie pozornie misiowaty i niezaradny Michael pokazuje pazurki, zirytowany zachowaniem Alana, który traktuje go z nonszalancją człowieka nawykłego do manipulowania ludźmi.

Zaraz chuchnę i dmuchnę i pufnę…

Niestety bunt to nie jest to, co dobrze wychodzi Nancy – próby wykłócenia się i postawienia na swoim owocują u niej mdłościami. Chwilę potem klasyczny „paw” wstrząśnie wszystkimi – widzami również. I ta ohyda, kontakt z czymś prymitywnym, naturalnym i wstrętnym poluzuje wszystkie maski, które cała czwórka przez resztę filmu będzie rozpaczliwie próbowała przytrzymać, a później – z niesmakiem odrzucać. Poddają się woli boga rzezi, mrocznego, prymitywnego bóstwa agresji i emocji, aż do niespodziewanego finału.

Film stoi dialogami i wybitnymi kreacjami aktorskimi, jednak w żadnym momencie nie jest „przegadany”. Przynajmniej ja, szary widz bawiłam się świetnie, nie tylko z powodu całkiem zabawnych dialogów (które tak właściwie nie są do śmiechu), ale dlatego, że uwierzyłam w te postaci, spojrzałam krytycznie na siebie (i stwierdziłam, żę nie ma ze mną tak źle), spróbowałam dopasować znane mi osoby do tych na ekranie (jedna i pół) i zachwyciłam się teatralnością filmu. Jestem fanką zamykania ludzi w ograniczonej przestrzeni i obserwowania, jak sobie radzą. To takie zboczenie po studiach, wiecie, psychologia, myszy w labiryncie i te sprawy.

Tylko nie moje lukrowane guziczki!

Jesteśmy tworami cywilizacji i języka, w którym żyjemy, uczymy się manipulacji słowami i maskami. Jesteśmy ofiarami własnej inteligencji i moralności, wiedzę czerpiąc z książek i pseudo psychologicznych poradników. Zaczytujemy się w książkach o skutecznej manipulacji rozmówcą – tak bardzo, że nie mamy czasu naprawdę rozmawiać ze sobą. Odrzucamy agresję jako coś chorego i niedobrego, coś NIEGODNEGO nas, oświeconych ludzi rozumu. Dusimy naszego boga rzezi w sobie. W imię konwenansów ulegamy obojętnemu mężowi, żyjemy obok natchnionej, ale nieczułej żony, zachłystujemy się swoją wspaniałością tak bardzo, że nie zauważam  krzywdy swoich najbliższych. Naiwnie wierzymy, że wystarczy parę uśmiechów i uścisków dłoni, żeby nasze dzieci stały się wspaniałymi ludźmi, tak bardzo jesteśmy zszokowani, kiedy poznajemy je naprawdę.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że tak wiele moglibyśmy się od nich nauczyć. a tego nie robimy, zapamiętali w swej dorosłości. Uczmy się od dzieci. I od chomików. Nie zapominajmy o chomikach.

Rzeź, 2011
reż. Roman Polański
wyst. Judie Foster, Kate Winslet, Christoph Waltz, John C. Reilly

5 Replies to “Rzeź / Carnage (2011)”

  1. Planuję obejrzeć. Głównie dla pana Waltza, który wręcz zauroczył mnie w, jakże by inaczej, Bękartach Wojny. Nie to, żeby reszta obsady była dużo gorsza 😛

  2. A ja pod wpływem wszystkich przeczytanych wcześniej recenzji, wypowiedzi i komentarzy o „Rzezi” nastawiłam się na odbiór prawdziwego arcydzieła filmowego. I po obejrzeniu tego filmu zauważyłam, że jedyne co mi przeszkodziło w jego dobrym odbiorze, to właśnie to nastawienie. I co wyszło? Rozczarowanie.
    Że nie taki dobry, jak to wychwalają. A przecież dobry.
    I na wszystkie seanse postanowiłam od teraz chodzić czysta: bez nastawienia 🙂

  3. Też się tak kilka razy zawiodłam, dlatego teraz nie czytam nic o filmie przed jego obejrzeniem, Kieruję się najczęściej nazwiskami reżyserów i aktorów. 🙂

    „Rzeź” to może nie „arcydzieło”, ale na pewno bardzo, bardzo dobry film. Mnie również podobało się zamknięcie ludzi na małej przestrzeni i teatralność całego obrazu. Może tylko portrety bohaterów były troszkę za mało wyraziste (zwłaszcza Nancy), ale pewnie chodziło o ukazanie takich everymanów, dla łatwego utożsamienia się odbiorcy z postaciami. Chyba każdy widz próbował dopasować do nich siebie i swoich znajomych (ja też, i też mi powychodziły takie „połówki”). W każdym razie film godny polecenia i recenzja też bardzo fajna. 🙂

  4. moim zdaniem wyrazistość Nancy właśnie polega na jej… niewyrazistości. Ona żyje w cieniu męża, na jego koszt, sama zajmuje się dziećmi, jedyne, na co ma tak naprawdę wpływ w swoim życiu to właśnie zawartość jej torebki, jej mały azyl (to i buty :)). Jest tak bardzo nijaka, że właściwie wcale by jej nie musiało być – i o to chodziło.
    Czy film jest arcydziełem? Nie. Czy sztuka jest arcydziełem? Już prędzej, choćby przez to, że swobodnie daje się ją przekładać na realia innych krajów „cywilizowanych”. Był dobry. Nawet bardzo dobry, ze świetnymi kreacjami.

    Podejrzewam, że arcydziełem i przełomem nazwą go wszyscy, którzy mają długi staż małżeński i tzw. sukces na koncie. To zmienia perspektywę, naprawdę.

  5. „Ona żyje w cieniu męża, na jego koszt, sama zajmuje się dziećmi, jedyne, na co ma tak naprawdę wpływ w swoim życiu to właśnie zawartość jej torebki, jej mały azyl (to i buty 🙂 ).”

    Ależ skąd, Nancy pracuje przecież jako pośrednik inwestycyjny, tyle że to zostało tylko raz wspomniane i potem zupełnie się rozmyło w trakcie. Ale pewnie nie dało się zmieścić głębszych portretów w tak krótkim filmie, poza tym tu nie chodziło o indywidualne losy postaci, tylko o diagnozę społeczną, więc ten zabieg jest jak najbardziej uzasadniony. Tak się tylko głośno zastanawiałam, co by było gdyby… 😉

    „Podejrzewam, że arcydziełem i przełomem nazwą go wszyscy, którzy mają długi staż małżeński i tzw. sukces na koncie. To zmienia perspektywę, naprawdę.”

    Hm, nie świadczyłoby to najlepiej o filmie, gdyby mógł być doceniony tylko z jednej perspektywy, przez wąską w sumie grupę ludzi. Moim zdaniem jest wręcz odwrotnie – ten film trafia do każdego, każdy może się w nim odnaleźć, bo mówi o sprawach uniwersalnych (funkcjonowaniu człowieka w społeczeństwie) i to mówi rzeczy dość powszechnie znane (życie polega na odgrywaniu ról, pewne rzeczy trzeba udawać, czasem się w tym dusimy), tyle, że robi to wszystko w sposób świeży i ciekawy, w dodatku jest wspaniale zagrany, dlatego ma u mnie naprawdę wysoką notę. 🙂

Dodaj komentarz