Trylogia Grisza – Leigh Bardugo (SPOJLERY!)

Kawa z Cynamonem - Trylogia Grisza

Trylogia Griszy ma już mocno ugruntowaną pozycję wśród czytelników książek spod znaku YA, a Leigh Bardugo została ulubioną autorką wielu. Czaiłam się długo z zabraniem się za tę trylogię, ale w końcu się udało! O wrażeniach zaraz opowiem, ale uwaga – BĘDĄ SPOJLERY ZE WSZYSTKICH CZĘŚCI!

SPOJLERY ze WSZYSTKICH części trylogii!!!

Właśnie, jeśli chodzi o te spojlery… Przeglądając sobie bookstagrama i Tumblra z taką częstotliwością, jak ja to lubię robić, nie miałam szans, by uchronić się przed spojlerami z tej trylogii. Wiedziałam od początku, z kim ostatecznie będzie Alina (bo umówmy się, że jednak to jest najczęściej poruszaną kwestią w dyskusji o Griszy). Jeden rzut oka na mapę w „Języku Cierni” wystarczył też, by wiedzieć, jak zakończy się główna misja tej serii. I właściwie to wszystko niezbyt by mi przeszkadzało, bo przecież w czytaniu chodzi też o przygodę! Tylko właśnie z tą przygodą było trochę problemów…

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie uważam, że to jest zła seria. Raczej… niemrawa. Z dużym, ale niestety w sporej części zmarnowanym potencjałem. Zarówno podczas czytania, jak i już po zamknięciu ostatniego tomu, nie byłam zła (jak chociażby przy „Queen of Shadows” Maas), byłam po prostu… znudzona. I zawiedziona. No, przez drugi tom głównie znudzona, a przez trzeci zawiedziona.

Kawa z Cynamonem - Trylogia Grisza

Zanim jednak zacznę marudzić, porozmawiajmy o zaletach tej serii. O tym małym, złotowłosym słoneczku, o uroczej, inteligentnej i sprytnej cynamonowej bułeczce, której na imię Nikolai 😀 (BTW, nie ma najmniejszych szans na to, bym nazywała Nikolaia „Mikołajem”, tak jak tego chce Tłumaczka. Tak, wiem, że odpowiednikiem rosyjskiego imienia „Nikolai” jest właśnie „Mikołaj”, ale słysząc „Mikołaj” widzę starszego, grubszego pana w czerwonym kubraczku i z białą brodą, więc nie. Po prostu NIE :P) Warto było męczyć się z Aliną i Malem, żeby poznać Nikolaia. Z tak cudowną lekkością wnosił swoją obecnością powiew świeżości w tę całą ponurość, rozpraszając marudzenie Aliny i odwracając uwagę od kija, którego połknął Mal. Od momentu, gdy pojawił się na stronach powieści…

A właśnie, jeśli chodzi o to pierwsze pojawienie się – tu będzie mała dygresja 😉

Jakiś czas temu Leigh Bardugo ogłosiła, że napisze spin-off Griszy – książkę o Nikolaiu. Bookstagram wpadł w euforię niewiele mniejszą od tej, w którą z pewnością by wpadł, gdyby miała się ukazać pełnoprawna powieść o Darklingu. Z nadzieją na poznanie ciekawego bohatera zabrałam się za „Cień i Kość”, ale tam go jeszcze nie było. No cóż, dorwałam więc drugą część, a tam… Tam pojawił się Sturmhond, którego pokochałam w momencie. I za żadne ciastki świata nie mogłam zrozumieć, dlaczego nikt się nim nigdzie nie zachwyca?! Dlaczego… Oj, bardzo się śmiałam, gdy w końcu to zrozumiałam 😀 I tak, moi drodzy, wpadłam po uszy do #TeamNikolai 🙂

Kawa z Cynamonem - Trylogia Grisza

I jeśli chodzi o zachwyty, to na tym właściwie mogłabym poprzestać… Tak, właśnie tak, nie będę się zachwycać Darklingiem. Z jednego, prostego powodu – niewykorzystany potencjał. Ale o tym za moment.

Zajmijmy się najpierw sprawą podstawową, czyli fabułą i akcją. Mam wrażenie, że obie ucierpiały przez rozciągnięcie ich na trzy książki. W pierwszej części mamy trening Aliny i polowanie na jelenia. W drugiej – rozkminy polityczne. W trzeciej – rozkminy militarne, wyprawę po ptaka i jakąś finałową walkę. I jakieś to wszystko było… no, rozlazłe. Jednak spodziewałam się więcej żywej akcji, a mniej opisów przyrody. Tymczasem długi czas nic się nie dzieje, potem nagle wpada Darkling, robi rozróbę, bohaterowie uciekają i znowu długo nie dzieje się nic.

Wymyślony przez Bardugo świat był całkiem ciekawy, choć nie porywający. Natomiast im dalej w las, tym bardziej denerwowały mnie te wszystkie prawie-rosyjskie nazwy. Naprawdę nie byłoby ciekawiej wymyślić własne nazwy, własny styl, własny świat? Nie mam nic przeciwko czerpaniu z realnych kultur, ale niech to będzie czynione w sposób pomysłowy… A tutaj ludzie piją kvas, kraina wiecznego śniegu nazywa się Tsibeya, a podejrzany doradca króla jest kompletnie bezwysiłkową kalką z Rasputina. W porządku, przy Ognistym Ptaku Autorka sięgnęła ciut głębiej w rosyjską kulturę, ale tylko ciut.

Aczkolwiek był jeden moment, gdy parsknęłam dzikim śmiechem: kiedy okazało się, że Bardugo nazwała jednego z żołnierzy Priviet. „Priviet” to po rosyjsku „cześć” – tak, takie przyjacielskie przywitanie. Żołnierz miał na imię Cześć. Bardzo chciałabym wiedzieć JAK i DLACZEGO Bardugo uznała, że to dobry pomysł :O

Kawa z Cynamonem - Trylogia Grisza

Dobra, przejdźmy do wisienek na torcie młodzieżowej przygodówki, czyli do bohaterów! Tutaj dopiero zaczną się poważne problemy 😀

Alina. Oczywiście na początek musiała być kompletnie zwyczajną dziewczyną. W pierwszej części Alina nie podjęła chyba żadnej decyzji samodzielnie (okej, wróć, pozostawienie jelenia przy życiu było jej decyzją), pozwalała tylko innym osobom na to, by mówili jej, co robić. Darkling zamruczał, że ma być wybawieniem Ravki? No to będzie wybawieniem Ravki! Bagra powiedziała, że ma wiać, bo Darkling ją zje? No to wiejemy!
Im dalej w trylogię, tym bardziej dziewczyna próbowała myśleć za siebie. Nie był to co prawda poziom kombinatorstwa Celeany, ale jednak jakaś tam kreatywna iskra pojawiła się w Alinie. A potem nadeszła końcówka… Alinie została odebrana cała jej moc i nagle dziewczyna nie musiała już się zastanawiać, co dalej. Dla Darklinga była bezużyteczna, dla Nikolaia właściwie też, został jej tylko Mal. Nie będzie musiała z niczym już walczyć – ani z wrogami, ani z królestwem, ani z własnymi pragnieniami. Nie było mocy, nie było więc problemu, mogła odejść z Malem w stronę zachodzącego słońca.

Mal i Alina nie byli najmocniejszymi postaciami tej serii, co jest przykre, bo jednak byli głównymi postaciami. O ile ciekawszy (i zabawniejszy!) był Nikolai. O ile bardziej intrygujący był Darkling. O ile bardziej interesujące były relacje pomiędzy drugoplanowymi bohaterami: Genya i David, Tamar i Tolya, Tamar i Nadia, Zoya i cała reszta, BAGRA! Cholibka, każde z nich było ciekawsze, niż Mal czy Alina. Mal przez większość czasu albo był święcie zazdrosny, albo święcie przekonany, że musi zginąć W Imię Wyższego Celu, jakim było Bycie Wartym Aliny. Natomiast rzeczona Alina przez większość czasu albo była zazdrosna o Mala, powtarzając, że go nie może mieć, albo smęciła, że jest tylko nic nie wartą sierotką. W trzeciej części zaczęła pokazywać pazur – chociażby w chwilach, gdy odwiedzała Darklinga w wizjach – ale bardzo szybko ten pazur został jej zabrany razem z jej mocą i pufff, wracamy do małej sierotki.

Kawa z Cynamonem - Trylogia Grisza

Zatrzymajmy się na moment przy kwestii trójką… a, nie, toż przecież już czworokąta miłosnego: Alina, Mal, Darkling, Nikolai. Jasne, że gdzieś tak przez pierwszą połowę „Cienia i Kości” kibicowałam Darklingowi, ale… Cóż, potem zabrał się oficjalnie za mordowanie ludzi, a to jednak jest generalnie uznawane za niezbyt szlachetne zajęcie. Oboje z Bagrą twierdzili, że Alina może go uratować, może zapewnić mu odkupienie… No nie bardzo. Mooooże gdyby Alina od małego była zaprzyjaźniona ze swoją mocą, może gdyby nie była zahukaną dziewczynką desperacko szukającą celu w życiu, może wtedy miałaby szansę zostać przeciwwagą dla Darklinga. W swojej obecnej formie nie miałaby na to szans, Darkling zjadłby ją na drugie śniadanie.

Nieco więcej sensu miałby jej związek z Nikolaiem, ale… no, tylko nieco. I znów, gdyby Alina wychowała się w pałacu, gdyby ten świat stał się jej światem, mogłaby startować na bycie królową. Ale Alina nie potrafiła się uwolnić od bycia „tylko szarą sierotką” i mam wrażenie, że wcale nie chciała się od tego uwalniać. Że odebranie jej mocy na samym końcu było jej tak naprawdę ogromnie na rękę, bo odebrało jej tym możliwości, które bała się rozważać. Nie było mocy = nie było potrzeby zastanawiania się nad życiem w pałacu u boku Nikolaia = można spokojnie wrócić do podstawowego marzenia o domku na wsi z Malem.

Więc! Jakkolwiek jestem całym sercem w #TeamNikolai i jakkolwiek nieco rozczarowujący był ostateczny wynik tego czworokąta, to dla mnie tylko takie rozwiązanie było logiczne, biorąc pod uwagę cechy charakteru i pragnienia wszystkich zainteresowanych.

Co nie zmienia faktu, że gdyby Mal jednak umarł tak naprawdę i ostatecznie, zakończenie trylogii mogło być o wiele ciekawsze 😛

Kawa z Cynamonem - Trylogia Grisza

Przykro mi też patrzeć na pewne pomysły Autorki, które wydawały się być świetne, ale ostatecznie zmieniły się w niewykorzystany potencjał. I tak, mam tu na myśli głównie Darklinga. Bo jakby się tak mu przyjrzeć uważniej… To jak na gościa, który żył setki lat i miał być najbardziej niebezpiecznym stworzeniem na całym kontynencie, o wiele zbyt łatwo dawał się przechytrzyć Alinie i jej ekipie. Ta przyjemna niejednoznaczność i tajemnica, jakie otaczały Darklinga na początku trylogii, zostały dość szybko porzucone – ze szkodą dla postaci. A to, w jaki sposób Darkling zginął… To było ździebko niedorzeczne. A nawet bardzo. Podejrzewam, że może tu chodzić o jakąś symbolikę, że Alina pokonała go będąc tylko „sobą”, bez okruszka tej niezwykłej mocy, której Darkling tak pragnął… Ale dla mnie to było bardzo rozczarowujące starcie.

Druga kwestia, która zapadła mi w pamięć, to Nikolai zamieniony przez Darklinga w krwiożerczego potwora. Och, jak mi się to podobało! Ale tylko do momentu, w którym zorientowałam się, że nie będzie to miało praktycznie żadnych konsekwencji. Zupełnie, jakby takie zagranie miało na celu jedynie „wyrzucenie” Nikolaia ze sceny na pół książki. Tak, pamiętam, że to postać jednak drugoplanowa, ale czemu nie dodać tutaj trochę dramatyzmu? Czemu nie odebrać mu władzy nad swoim zniekształconym ciałem, czemu nie pozwolić mu skrzywdzić Aliny, czemu nie zostawić go o krok od śmierci z rąk jego własnych przyjaciół? Oczywiście nie zabijać go całkiem, nie przesadzajmy, nie można zabijać mojej cynamonowej bułeczki! Anyway, jeśli w „King of Scars” Bardugo wróci do tej sprawy, opowie o tym, co Nikolai przeszedł, mając w sobie potwora, to się ucieszę. Ale na ten moment ta akcja jest dla mnie tylko zmarnowanym potencjałem.

Ach, jeszcze jedno! W trzeciej części jeden z członków ekipy miał… kota. Znalazł go gdzieś po drodze i przez wszystkie przeprawy ów kot mu towarzyszył. I… co z tego? Jaki był sens tego zabiegu? Jaki cel miała obecność kota? Do końca miałam nadzieję, że ów kot choć odrobinę wpłynie na wydarzenia, co by wyjaśniało wrzucenie go do książki. A tak? Byłam zawiedziona bezcelowością takiego zabiegu 🙁

TL;DR

Zorientowałam się właśnie, że jak na serię, która pozostanie w moich wspomnieniach jako dość przeciętna, napisałam o niej strasznie dużo 😛 Więc teraz w wielkim skrócie: jestem zawiedziona Griszą. Trochę mniej, niż się spodziewałam, ale jednak. Nie przeczę, że Bardugo miała wiele ciekawych pomysłów, ale miałam wrażenie, że nie potrafi ich odpalić na 100 procent, rezygnując w połowie drogi i zadowalając się ich częściową realizacją. A przecież po lekturze „Szóstki Wron” i „Królestwa Kanciarzy” widzę, że Bardugo naprawdę potrafi dać czadu. Dlatego teraz z niecierpliwością czekam na “King of Scars”, a polecać będę jedynie wronią dylogię, o której zapewne napiszę niebawem 😉

Leigh Bardugo – trylogia Grisza (Grishaverse):
tom 1. – „Cień i Kość” („Shadow and Bone”)
tom 2. – „Szturm i Grom” („Siege and Storm”)
tom 3. – „Ruina i Rewolta” („Ruin and Rising”)
wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2013 / 2014 / 2015

PS. Ale okładki to Grisza ma czaderskie 😀 Zobaczcie tylko na jedno z angielskich wydań – dopiero po lekturze zorientowałam się, że w rysunki na okładkach poszczególnych tomów są wplecione trzy Wzmacniacze! Może to trochę spojlerowe, gdy już się wie, na co zwracać uwagę, ale i tak piękne 😉

Kawa z Cynamonem - Trylogia Grisza

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Email this to someone
email

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Jaga Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Jaga
Gość

Leigh napisała też „Język Cierni” czyli krótkie opowiadania z świata Griszy. Moim skromnym zdaniem są całkiem niezłe.