Burza / The Tempest (2010)

„Burza” nie jest typowym dramatem Szekspira. Ilość rozpaczających na skale typów ograniczona jest do minimum, szalone pomyłki i dzikie harce stanowią marginalną część fabuły. Niedoceniana za życia Szekspira, stanowi jedno z jego ostatnich dzieł, długo zapomniana, odrzucana jako mało wyrazista. No tak, brak ponurych młodzieńców babrających się we krwi czy pragnących skraść za wszelką cenę całusa damie…

Ekranizacja z 2010 roku przywraca kinematografii tę bardzo, moim zdaniem, niedocenioną sztukę. Julie Taymor decyduje się na karkołomny krok i w roli Prospera umieszcza rewelacyjną Helen Mirren. I tak oto w moich oczach nieco drętwa postać starego czarodzieja, który niejako „dziadzieje” pod koniec życia, nabiera niespotykanego dotąd smaku. Oto Prospera, tracąca wszystko tylko dlatego, że była kobietą. Oskarżona o czary, dyskryminowana ze względu na płeć, zdeterminowana by zapewnić szczęście córce, zdolna do niezwykłego okrucieństwa i niezgłębionej wielkoduszności. Prawdziwa kobieta.

Oto na małej, jałowej wysepce mieszkają sobie trzy osoby: władajaca magicznymi mocami Prospera, jej córka Miranda i Kaliban, człowiek-demon. Czarodziejka była niegdyś władczynią Mediolanu, jednak na skutek knowań swojego brata zostaje uprowadzona wraz z córką i rzucona w małej łódeczce na gniewne morskie fale. Na szczęście dzięki wiernemu słudze udaje się jej zabrać prowiant, najpotrzebniejsze sprzęty oraz mądre księgi, dzięki którym badała moce natury. Los sprawił, że łódka przybiła do brzegów wyspy, którą kiedyś zamieszkiwała potężna, lecz zła czarownica Sycorax. Prospera bierze pod swą opiekę jej syna, Kalibana, niestety, ten odpłaca się krzywdą za okazaną miłość.

Los sprawia, że u wybrzeża pojawia się statek. Na jego pokładzie znajdują się wszyscy wrogowie Prospery, a także syn księcia Neapolu. Czarodziejka za pomocą wiernych duchów przyrody i miejscowych boginek doprowadza do katastrofy. Teraz wszyscy znajdują się w jej władzy, są zdani na jej łaskę. Kobieta wystawia ich na próbę sumienia, na światło dzienne wyciągając głęboko skrywane sekrety.

Fabuła nie brzmi jakoś porywająco – choćby w porównaniu z takim Makbetem czy Hamletem. Prospera wypada blado, choćby dlatego, że nie wypruwa wrogom flaków, ale puszcza ich wolno. Szekspir ustawia swojego męskiego bohatera na skraju śmierci, niejako pokazując, że u schyłku życia nie warto zajmować się przyziemnymi sprawami. On wybaczając zatryumfował nad wrogami. Wybaczająca kobieta, paradoksalnie, jawi się nam zazwyczaj jako osoba słaba, bo „baby tak mają”. Tak oto coś, co jest męskim tryumfem staje się kobiecą słabością… a może właśnie przez swą zwyczajność staje się czymś naprawdę wyjątkowym? Reżyserka zdaje sie mówić: patrzcie, to, co wy, mężczyźni, uważacie za swoje wielkie zwycięstwo, my, kobiety robimy od tysięcy lat. I nikt nam za to nie dziękuje.

Film jest bajeczny. Surowe krajobrazy wysp wulkanicznych stają się tłem dla magii, barw i miłości. Rewelacyjne kostiumy, przypominające spękaną ziemię, pełne fajerwerków efekty specjalne – to wszystko składa się na przepyszne przedstawienie, przesiąknięte magią teatru. Właśnie teatru, gdzie trzeba zawiesić swą niewiarę, zapomnieć o sznurkach unoszących aktorów i zapadniach. Dodatkowo obcujemy z przepięknym poetyckim językiem i subtelną muzyką. Jeśli chodzi o mnie, to jest to bardzo kobiecy film, choć wyrażony językiem mężczyzn.

Może dlatego nie spotkał się z uznaniem krytyków. Tak, jakby winą reżyserki były postacie i słowa wymyślone przez Szekspira – zarzucano jej wtórność, przeładowanie efektami. Krytycy  wołali o pomstę do nieba za „kastrację” Prospero, mówiąc, że to grzech pozbawiać sztuki całej dynamiki stosunków ojciec-córka. Krzywili się na układ Prospera-Kaliban. Żegnali się znakiem krzyża na widok kostiumów i oskarżali reżyserkę o rasizm* (tak, Kalibana gra Dijimon Honsou, który bardziej czarny być nie może).

Jeśli chodzi o mnie, to ja pluję na takich krytyków.

Nie mówię, że dostałam film doskonały – fakt, momentami był nieco przygaszony, brakowało mu jakiejś… energii, ale te chwile, kiedy coś się działo doskonale to rekompensowały. Dziwaczne kostiumy? Ja tam widziałam raczej wykwity włoskiej mody siedemnastego wieku, a przecież magiczna Prospera, będąca jednym z duchami wyspy, nie mogła być normalnie  ubrana. Symboliczne ubranie „grzecznej” sukni na koniec podkreśla jej postanowienie zerwania z magią. A pstrokaty Trankulo jest dworskim błaznem, nawiązującym w sztuce do tradycji Arlekina… nie, kompletnie nie rozumiem o co tym ludziom chodzi.

Podsumowując – jeśli macie ochotę na niezwykłe widowisko, które wymagać będzie od Was nieco wysiłku i otwarcia umysłu – koniecznie obejrzyjcie tę ekranizację „Burzy”. Jeśli nie – to bawcie się dobrze na sensacyjnej nawalance z renderowanymi wybuchami (nie mówię, ze to coś gorszego, ja się na nich świetnie bawię). Przekonuję jednak, że warto, choćby dla pani Helen, która wlała w moje serce iście szekspirowskiego ducha. Nie mówiąc już o tym, że spojrzenie na relacje Prospery i Ariela nabrały zupełnie nowego, słodko-gorzkiego wydźwięku… Ech, sio, do oglądania!

*badacze Szekspira argumentują, że dramaturg poprzez ten układ chciał pokazać konieczność silnej ręki wobec ludności tubylczej kolonii brytyjskich – my tu im cywilizację, a oni świnie do nas z kijami. Nie ma litości i takie tam. Tutaj mamy do czynienia raczej z dramatem matki, której dziecko buntuje się i żadne środki nie sprawiają, że wraca ono na właściwą ścieżkę, a karanie go sprawia również ból matce. Ale to tylko moja skromna opinia.

Burza 2010 (The Tempest)
reż.Julie Taymor
wyst. Hellen Mirren, Alfred Molina, Dijimon Honsou, David Stratharin
muzyka Elliot Goldenthal

One Reply to “Burza / The Tempest (2010)”

  1. Boże, ten film jest po prostu śmiertelnie nudny! Żadny wysiłek czy otwarcie umysłu tu nie pomoże… A co do zachwytów autorki tej wypowiedzi nad kostiumami – od kiedy to w adaptacji średniowiecznej niemalże sztuki stroje z epoki mają… zamki błyskawiczne?

Dodaj komentarz