Nigdy nie czytałam duńskich kryminałów, a Danię kojarzę jedynie z książek Joanny Chmielewskiej i nieodmiennie wydaje mi się, że mieszkańcy tego kraju są mili, uczciwi, uczynni i generalnie są wszystkim tym, czym byliby Norwegowie i Szwedzi, jakby mieli więcej normalnego słońca. Tymczasem morderstwo zdarza się wszędzie.
Jestem niezwykle uradowana tym, że Handlarz śmiercią jest pierwszą częścią serii, bo przyznam, że polubiłam detektyw Louise Rick. Nawet bardzo. Jest rzeczowa, cierpliwa, inteligentna, dobra w swojej robocie i nie musi koniecznie udowadniać wszystkim facetom, że jest równie dobra, co oni. Owszem, jest jej ciężko, ale paradoksalnie jej kobieca wrażliwość czyni ją doskonałą osobą do kontaktów ze światkami.
Równocześnie jest tak zwyczajna, że aż wspaniała – ma problemy osobiste, kłóci się z przyjaciółką, denerwuje się na kolegów z pracy, przejmuje się rodzinami ofiar i po prostu próbuje pogodzić życie osobiste z pracą. Zdecydowanie, postać Louise to typ bohaterki, z którą chętnie spędzi się niejeden wieczór.
Jeśli chodzi o wątki kryminalne, to autorka raczej stawia na opis funkcjonowania komendy policji, niż na prywatny proces dedukcji Louise. Nie jest ona typem samotnego jeźdźca, nie musi osobiście włazić do ciemnych uliczek, a większość policyjnej roboty odbywa się w jej głowie. Generalnie więcej jest wyjaśniania, niż roboty śledczej, do jakiej przyzwyczajają nas amerykańskie seriale i powieści – ale dzięki temu książka ma niepowtarzalny urok. Praca w policji to robota, jak każda inna, choć może odrobinę bardziej męcząca psychicznie.
Autorka bardzo zgrabnie daje do zrozumienia, że czasami wielkie przełomy w śledztwie są dziełem przypadku, jednak nie są to nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, od których bolą zęby. Raczej przypadkowa myśl, obserwacja, które naprowadzają umysł na właściwy trop. Może to przeszkadzać wielbicielom genialnych detektywów, którzy mają olbrzymią wiedzę niedostępną śmiertelnikom, ale mnie się to nawet podobało.
Niestety, książka ma jedną wadę, a imię jej jest Camilla. Najlepsza przyjaciółka Louise, reporterka kryminalna, która ma więcej szczęścia, niż rozumu, a na loterii by nie wygrała, jeśli wiecie, co mam na myśli. Jak na twardą, upartą i nieustępliwą reporterkę jest żenująco naiwna, strzela fochy, kompletnie nie widzi związku swoich działań z konsekwencjami, a jeśli już, to jej reakcją jest „to nie fair” i naburmuszenie. Jest kompletnie bezmyślna i aż dziw, kto ją zatrudnił jako reporterkę kryminalną.
Wydaje mi się, że sama autorka ma problem z tą postacią – z jednej strony przedstawia ją jako nieczułą, goniącą za sensacją reporterkę, do której jakby nie dociera to, że zbrodniarze nie są miłymi ludźmi. Być może jej niefrasobliwa znieczulica (hurra, żona ofiary z nikim nie chce rozmawiać, tylko ze mną, super, ale fajnie! Louise, czego się krzywisz, nie wiesz, jaki to dla mnie komplement. Foch!) ma być zabawna, mnie jednak nie śmieszy. Z drugiej strony jej upór jest godny podziwu, a zapał – zaraźliwy i godny pochwały. Nie kupuję tego.
Niestety – obawiam się, że wścibska pani reporter, która wbija sobie różne rzeczy do głowy i nie słucha nikogo, będzie stałym gościem na kartach kolejnych powieści. Tego typu postaci mnie denerwują (dlatego mam problem z oglądaniem serialu Castle czy White Collar).
Z drugiej strony pomyślcie, jak fajna musiała być cała reszta, skoro przeczytałam powieść do końca. Polubiłam uliczki Kopenhagi, miasta, gdzie nawet zbrodniarze są uprzejmi. Mam nadzieję, że będę tam częstym gościem.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i s-ka
Sara Blædel, Handlarz śmiercią
wyd. Prószyński i s-ka, 2012
Zachęcająca recenzja 🙂
Fakt, zachęcająca recenzja, tym bardziej, że chce mi się ostatnio dobrego kryminału jak smok. Możliwe, że spróbuję sobie sprokurować tę książkę 🙂
Pozdrawiam.