Mr. Sunshine (serial)

Tytuł może być rozumiany dwojako – Sunshine to olbrzymie centrum rozrywki, a główny bohater to główny zarządzający całym tym bajzlem na kółkach, taki „człowiek od wszystkiego”… albo całkiem sarkastyczne określenie gościa, który ciągle się wkurza i wszyscy chcą mu się zwalić na głowę z kłopotami. Niemniej pan Słoneczko daje z siebie wszystko. Uzbrojony w niezawodny miecz złośliwości, okryty pancerzem cynizmu kroczy przez chaos wypełniony klaunami, smerfami  i bezdomnymi na łyżwach. Choć zdarza mu się zgubić słonia.

Są takie role, które przyklejają człowiekowi łatkę na całe życie, szczególnie, jeśli grało się je przez 10 lat i sezon za sezonem trzeba się było wygłupiać. Charakterystyczny Chandler z „Przyjaciół” jednak świetnie daje radę jako Ben, choć jego niepowtarzalna mimika i sposób mówienia mogą faktycznie kojarzyć się z panem Bing. Ja jednak zawsze uważałam, że więcej Matthew Perry w Chandlerze, niż odwrotnie i z łatwością kupuję pracoholika Bena Donovana, który zmaga się z wiecznie naćpaną szefową-rasistką, asystentką, która być może czyha na jego życie, seksowną koleżanką, która być może jest „tą jedyną”… oraz z uczuciem pustki i samotności.

Serial nie jest oparty na humorze słownym czy sytuacyjnym, a okazji do szaleńczego śmiechu nie ma zbyt wiele, jednak jest w nim coś niesamowicie ciepłego i sympatycznego. Postaci, choć na pierwszy rzut oka urwały się z choinki w domu wariatów, są naturalne, niewymuszone i, cóż poradzić, pokochałam każdą z nich. Może dlatego, że ich dziwność nie jest oparta na jednej, rozdmuchanej cesze, ale składa się z całej masy drobiazgów, zdarzeń, sytuacji (Heather, czy to jest zdjęcie Unabombera, tam na twoim biurku? O tak, czyż nie jest świetne, z autografem!).

Dodatkowo miejsce akcji, arena cyrkowa, lodowisko i stadion w jednym, olbrzymia machina która może się zepsuć w jednej chwili – ot, choćby rozkapryszona gwiazdeczka nie chce wyjść na scenę, właścicielka postanawia zaśpiewać prawie-że rasistowską piosenkę na rozdaniu nagród dobroczynnych, psuje się klimatyzacja, no i gubi się słoń. Jak w takim zamieszaniu w ogóle nawiązać jakiekolwiek normalne ludzkie kontakty (zwłaszcza, gdy jest się z natury egoistycznym, narcystycznym samotnikiem)? Ben próbuje i średnio mu to wychodzi. Na szczęście ma swoją pracę i – nie ukrywajmy – jest w niej cholernie dobry.

A wszystko okraszone świetnymi dialogami, z lekkim sarkazmem w tle. Matthew Perry wyrzuca z siebie kolejne cięte riposty, ale daleko mu do bezczelności takiego na przykład House’a. Może dlatego, że pozostali bohaterowie nie są mu dłużni, szczególnie Crystal, szefowa o specyficznym podejściu do pieniędzy i sukcesu. Jak mówiłam, nie są to co prawda kwestie w stylu „zatykaczy”, które mają wbić w ziemię partnera konwersacji, raczej rozmowy bardzo inteligentnych ludzi, którzy przypadkiem mają dość dużo władzy. Nawet postacie „głupie” (choć ja wolę określenie „poczciwe”) nie denerwują, raczej wywołują uśmiech. Może dlatego, że nie są tępe jak dowcipy z „Familiady”, tylko zwyczajnie… inne.

Rzadko zdarza się serial, gdzie bym polubiła wszystkie, ale to wszystkie postaci bez wyjątku już po pierwszych dwóch odcinkach. Owszem, są takie, gdzie kocham wszystkich, ale zazwyczaj trochę musiało to potrwać – na przykład polubienie Teda z „Jak poznałem waszą matkę” zajęło mi ze dwa sezony… Tutaj praktycznie od pierwszego kopa zapałałam sympatią do większości postaci, a reszta dotarła się po drugim odcinku. Mało tego, pamiętam imiona większości, co samo w sobie jest wystarczającą rekomendacją, jeśli chodzi o Szyszkę.

Ta słodka perełka wśród seriali ma jedynie 9 odcinków. I tyle. Więcej nie będzie, bo ABC zdejmuje serial. Nie spełnia ich oczekiwań i jego miejsce w ramówce zajmie inny, z lekko lepszą oglądalnością. Cóż, mamy kolejny przykład złej reklamy (ostatnio wspominałam o tym tutaj, a Miranda tutaj), bo z zapowiedzi wynikało wyraźnie, że serial będzie stał humorem sytuacyjnym. Ludzie nastawili się na „Hotel Zacisze” z nutką przemyśleń w tle – końcu bohater postanawia się „nawrócić” na drogę przyjaźni i serdeczności, na pewno będzie popełniał jakieś gafy, prawda? Owszem, popełnia, ale są one tak zwyczajne  i ludzkie, że każdy z nas by mógł je spokojnie zaliczyć.

Zachęcam Was do obejrzenia tego sympatycznego serialu, który faktycznie potrafi wywołać odrobinkę słoneczka zza chmur. Teraz, jesienią, takie promyczki są jak najbardziej na czasie. Szczególnie, że sama piosenka otwierająca odcinek  potrafi wywołać rogala na twarzy. Nie mówiąc o przeuroczym Jorgu Garcii, który jest chodzącym puchatym uśmiechem.

Mr. Sunshine, 2010
liczba odcinków 9
wyst. Matthew Perry, Jorge Garcia, Allison Janney

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Email this to someone
email

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
liritio Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
liritio
Gość

O, jak pięknie 🙂 Po skończeniu „Studio 60 on the Sunset Strip” płakałam, że nie dość, że skończył mi się cudowny serial (polecam bardzo), to jeszcze skończyła mi się główna rola Perry’ego w Studio 60, gdzie jest zadziwiająco niepodobny do Chandlera… No dobra, w miarę niepodobny 🙂
A oto kolejny serial z nim! I też dobry, jak miło…
Szkoda, że je zdejmują tak szybko, Studio 60 też tylko jeden sezon zaliczyło i koniec.
Zgubić słonia, intrygujące 🙂