Musimy porozmawiać o Christianie Greyu

Kawa z Cynamonem - 50 twarzy Greya

Nie jest specjalną tajemnicą, że pasjami nienawidzę Greya – tak książek, jak i samego Christiana. Ale pora chyba wyłożyć jasno i przejrzyście, dlaczego właściwie nie jestem w #TeamGrey i dlaczego ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę, to Keep calm and wish for Christian Grey.

Disclaimer: nie zamierzam stosować żadnych wycieczek osobistych. Ten tekst będzie hejtem na Greya, nie na osoby, które czytały i lubią te książki. Jeśli za bardzo mnie poniesie, to upomnijcie mnie, poprawię się. Poza tym – SPOJLERY. I mając to w pamięci – zapraszam do lektury 🙂

Niewiele jest takich książek, na wspomnienie których pluję i prycham przy każdej nadarzającej się okazji (a czasem i bez niej). Tak na dobrą sprawę to tylko Grey tak na mnie działa – a pisząc „Grey” mam na myśli tę serię całościowo, jako trylogię i jej retelling oczami Christiana. Ach, jeszcze jeden disclaimer: przeczytałam tylko pierwszą część. Nie zdzierżyłam dwóch pozostałych, a samego „Greya” czytałam tylko wycinki. I choć normalnie sama bym się krzywiła na próby hejtowania serii bez jej czytania, to… Mam przemożne wrażenie, że naprawdę niczego nie straciłam. Wystarczy przeczytać kawałek pierwszego tomu, by mieć już całkiem niezłe pojęcie o reszcie. Jeśli uważacie, że się mylę – dajcie znać w komentarzach.

Ale wracając do rzeczy i do moich wyjaśnień. Otóż zaskakująco często, gdy wyrażam swoje niezadowolenie faktem, że te książki w ogóle ujrzały światło dzienne, otrzymuję następującą odpowiedź:

Jak ci przeszkadza, że w książce jest tak dużo nietypowego seksu, to jej nie czytaj!

Taaak… Tylko widzicie, nietypowy seks mi wcale nie przeszkadza. Przeszkadza mi Christian Grey.

Co jakiś czas trafiam na kolejne komentarze, z których wynika, że Christian Grey jest współczesnym rycerzem w lśniącej zbroi, bo przecież wyrwał Anastasię z jej nudnego życia, podarował jej wszystko, co mógł, wypełnił jej życie niesamowitością, wyzwolił ją z kajdan nudy i dziewictwa, pokazał jej świat niebiańskich przyjemności, o jakich nawet nie marzyła…

Dobra, w porządku, ale na pewno czytaliśmy tę samą książkę?

Ładne złego początki

Pozwolę sobie na mały flashback. Nie pomnę, który to był rok, ale było to kilka lat temu. O Greyu w Polsce jeszcze nikt nie słyszał, za to zagraniczny Pinterest już zapełniał się obrazkami pięknych aktorów z podpisami: „Och, on byłby idealnym Christianem Greyem!”. I w końcu taki podpis trafił pod zdjęcie jednego z moich ulubionych aktorów serialowych. Oczywiście zaraz założyłam swój szerlokowy szalik i wyruszyłam na poszukiwania rozwiązania tej zagadki: kim jest Christian Grey? Szybciutko dogrzebałam się do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” po angielsku i pełna nadziei na kolejnego książkowego crusha zaczęłam czytać.

Sam początek był do bólu stereotypowy – super bogaty, jeszcze bardziej super przystojny pan biznesmen i przypadkowe spotkanie. I can work with that. Kilkadziesiąt stron dalej ani śladu jakiejkolwiek fabuły, tylko kolejne scenki, które mają doprowadzić wiadomo do czego. Wciąż, nie ma problemu, hej, w końcu po to tu przyszłam. A potem… Potem dotarłam do tej sceny.

Pierwszy gwóźdź do trumny

Zastanawiacie się, o której scenie piszę? Pierwszy seks? Pierwsze spojrzenie na Czerwony Pokój? Drugi seks? Ten seks w łazience? Nie, nic z tych rzeczy. Chodzi mi o tę scenę:

– Polecimy do Seattle helikopterem?
– Tak.
– Dlaczego?
Uśmiecha się niebezpiecznie.
– Bo mogę. Dokończ swoje śniadanie.
Jak miałabym teraz jeść? Mam lecieć do Seattle helikopterem. Z Christianem Greyem. Który w dodatku chce mnie ugryźć w wargę… Aż skręcam się na tę myśl.
– Jedz – mówi ostrzejszym tonem. – Anastasio, mam problem z marnowaniem jedzenia… Jedz.
– Nie dam rady zjeść tego wszystkiego – Gapię się na to, co zostało na stole.
– Zjedz to, co masz na talerzu. Gdybyś wczoraj porządnie się najadła, nie byłoby cię tutaj, a ja nie musiałbym zdradzać zbyt wcześnie tego, co zaplanowałem.
Jego usta zaciskają się w ponurą linię. Wygląda na rozgniewanego.

Dokładnie w tym momencie zrozumiałam, że od tego pana trzeba uciekać jak najdalej i jak najszybciej. A im dalej czytałam, tym bardziej dosadnie Grey pokazywał mi, że miałam rację.

Ja wiem, że zabrzmię cholernie idealistycznie, ale jednak w moim małym rozumku uparcie tkwi takie przekonanie, że związek – jakikolwiek – powinien opierać się na wzajemnym szacunku. Grey takiego szacunku do Any nie miał za grosz. Jedyne, co do niej czuł, to chęć posiadania i kontrolowania. A Ana, jakkolwiek głupia i naiwna, rzeczą nie była.

Powiecie mi, że Grey miał straszne dzieciństwo? Że to wszystko wina jego matki / kochanki / cholera wie kogo jeszcze? W porządku, zgadzam się. Ale w takiej sytuacji Grey powinien iść na terapię, a nie ustanawiać swoim życiowym celem całkowite podporządkowanie sobie Anastasii.

Ale proszę? Że on ją przecież kochał? Aha, i od razu wracamy do kwestii nieistniejącego tutaj wzajemnego szacunku oraz bardzo wyraźnej chęci posiadania. Grey jej nawet nie słuchał, kiedy mówiła, że nie czuje się komfortowo z tym, co chciał z nią robić. To, że się temu poddawała, to osobna kwestia – musiała się temu poddać, jeśli chciała być blisko niego. Ale nad jej wyborami nie będę się tu zastanawiać.

Umówmy się, że zrobisz, co zechcę

Dotarliśmy do kwestii umowy. TEJ umowy. O losie, nawet nie wiem, od czego zacząć… Ta umowa jest tak totalnym sk&$@*#&*stwem, że chyba zaraz przestanę cenzurować brzydkie słowa. Ale dobrze, spróbuję po kolei.

Mówimy o dwójce dorosłych ludzi, którzy zamierzają uprawiać ze sobą seks, tak? No tak, tak mogłoby się wydawać. Tylko że ja tutaj widzę wyrachowanego drania, który podsuwa dziewczynie deklarację zostania jego seks-niewolnicą. Dokładnie tym, niczym więcej. Po tym, jak Ana ją podpisze, Grey „ma prawo” decydować o wszystkim, co dotyczy dziewczyny – o jej ubiorze, o posiłkach, o cholernych pigułkach antykoncepcyjnych i o wyborze lekarza. Pomijam już fakt, że taka umowa jest kompletnie nielegalna i żaden sąd by jej nie uznał – a w każdym razie mam taką nadzieję, choć patrząc po tym, jakie „kary” spotykają gwałcicieli, to jednak nie jestem już taka pewna…

A tak, właśnie, gwałcicieli – bo owa umowa jest fantastyczną zapowiedzią gwałtu. Wyobraźmy sobie, że pewnego pięknego poranka Ana nie chce się bawić z Christianem. Ale Christian chce się bawić Aną, a Ana podpisała przecież umowę, więc Christian może sobie robić z Aną, co tylko chce. Ana nie ma prawa stwierdzić, że dzisiaj się nie bawi. To, moi drodzy, jest już gwałt, a Grey – zamiast na terapię – powinien trafić prościutko za kratki.

I naprawdę nie ma znaczenia, czy Ana w końcu tę umowę podpisała, czy nie (jeśli mnie pamięć nie myli, to ostatecznie tego nie zrobiła, ale nie pomnę, czy „tak wyszło”, czy też miała przebłysk rozsądku). Znaczenie ma fakt, że absolutnie podłym i parszywym ze strony Greya było wymaganie czegoś takiego. Nie „proponowanie”, nawet nie „omówienie”. Wymaganie. Och, oczywiście, że usiadł z Aną i pozwolił jej powykreślać parę zabawek, o których istnieniu do tej pory nie wiedziała. I jakoś kompletnie nie przyszło mu przy tym do głowy, że dziewczyna, która nie wie, co to jest butt plug (a ta nazwa w jej ojczystym języku jest naprawdę wystarczająco obrazowa), niekoniecznie powinna być wciągana od razu w jego perwersje. Które, jak już Ana powiedziała wcześniej, niezbyt jej się podobały.

Proszę? Że nie „od razu”, bo przecież przespał się z nią raz na waniliowo? Oczywiście, w końcu musiał się pozbyć tej niedorzecznej przeszkody, jaką był fakt, że Ana była dziewicą. Jak ona w ogóle tak mogła? Toż to wstyd i kompletna żenada, więc chodź, miejmy to już za sobą i przejdźmy do sznurków.

Jak mówiłam, sk&$@*#&*stwo.

A przecież można inaczej…

Dobra, mamy więc wyjaśniony brak szacunku, kompletne zafiskowanie Greya na przejęciu całkowitej kontroli nad dziewczyną, dochodzimy więc (!) do tego całego, jakże niesamowitego seksu. Jakby Wam teraz wyjaśnić, dlaczego w teorii nie mam nic przeciwko, tylko praktyka mnie odrzuca na kilometr… Pozwólcie, że posłużę się przykładem.

Przykład nazywa się „Sunstone” i jest komiksem. W Polsce – wciąż ku mojemu zaskoczeniu – wydało go już w komplecie Waneko. Natomiast Autor wciąż trzyma całą historię na swoim koncie na DeviantArcie, więc jeśli nie straszny Wam angielski, to możecie się z nią zapoznać całkowicie legalnie i za darmo. Aczkolwiek polecam wersję papierową, bo rysunki są w niej bardziej dopracowane, znajdzie się w niej też parę dodatkowych scen.

Dlaczego wspominam o „Sunstone”? Bo po tym, jak go przeczytałam, zrozumiałam, dlaczego tak strasznie Grey mnie wkurzał. Dlaczego niemal od początku nie znosiłam gościa i miałam ochotę od niego wiać. Dlaczego te jego osławione preferencje mnie odrzucały – nie, nie przez liny i pejcze, a przez postawę Greya i to, jak traktował Anę.

Dla tych, którzy nie mają ochoty czytać „Sunstone” – co doskonale rozumiem, bo jednak komiks o dwóch kobietach i BDSM nie jest dla każdego – mam jeden, malutki fragmencik. Taki tyciutki. Jeden pasek, który idealnie podsumowuje cały mój problem, jaki mam z Greyem.

(kliknięcie na obrazek powiększy go w tym samym oknie)

Kawa z Cynamonem - 50 twarzy Greya

Nie ufam Greyowi za grosz. Możecie sypać przykładami, jak to przyjechał po Anę, gdy ta się upiła, jak to rycersko obronił ją przed zakusami innego mężczyzny, jak się nią opiekował… Nie, ja tego nie widzę. Widzę tylko gościa z obsesją na punkcie kontroli, który musi cały czas pilnować swojej własności. Widzę gościa, który nie potrafi usłyszeć odmowy ani sprzeciwu. I naprawdę nie jest tu potrzebne stwierdzenie, że „gdyby Grey był biednym bezdomnym, to by go od razu zamknęli za napastowanie”. Naprawdę, jego pieniądze i walory fizyczne nie są aż takie ważne. Ważne jest to, jak traktował Anę, a traktował ją parszywie. I nie potrzebował do tego ani sznurów, ani pejcza.

Przecież to tylko odmóżdżacz

No właśnie nie. „Odmóżdżacze” są jak najbardziej w porządku, jeśli są lekkimi, przyjemnymi, niewymagającymi lekturami. Takimi, przez które przelatuje się wzrokiem w dwie godziny po ciężkim dniu pracy i zapomina się o nich pięć minut później. Mogą być ciekawe, mogą być głupiutkie, a ich zadaniem jest jedynie dostarczenie rozrywki. Super, sama z nich często korzystam. Ale nie zgadzam się na to, by na Greya machnąć ręką z komentarzem „przecież to tylko taki odmóżdżacz”. Nie w chwili, gdy ten „odmóżdżacz” ma status wielokrotnego bestsellera i są mu stawiane ołtarzyki. To już nie jest lekka lektura na wieczór, o której za dwa dni wszyscy zapomną, to już jest promowanie jej pełną gębą. Jej i przekazu, jaki ze sobą niesie. Proszę, nie róbmy tego. Grey naprawdę nie jest wart ani okrucha tego uwielbienia, jakie zyskał.

Kawa z Cynamonem - 50 twarzy Greya

TL;DR

W największym skrócie chodzi o to, że Christian Grey jest aroganckim, egoistycznym, parszywym, manipulatorskim draniem. Byłby nim nawet wtedy, gdyby zabrać mu jego znak wyróżniający, czyli Czerwony Pokój i jego zawartość. Chodzi też o to, że o BDSM można pisać w sposób nie urągający człowieczeństwu i ludzkiej godności, czego dowodem jest pięć tomów komiksu „Sunstone”. Mam więc ogromną prośbę do Was – może nawet zwłaszcza do osób, które czekają na swojego Greya. Proszę, przeczytajcie „Sunstone”. A potem zastanówcie się, czy może przypadkiem nie wartałoby uważać na Greya i jemu podobnych. I na ten cholernie niepokojący trend w literaturze, który przedstawia takich Greyów jako wybawców uciśnionych i marzenie każdej kobiety.

Więc nie, ja nie będę marzyć o Christianie Greyu i nikomu takiego Greya nie życzę. Życzę Wam wszystkim kogoś, kto będzie Was traktował z szacunkiem i będzie naprawdę godny zaufania. Kogoś, z kim będziecie mogli porozmawiać – naprawdę porozmawiać – o tym, czego pragniecie i przy kim będziecie mieć pewność, że zostaniecie wysłuchani. Takiego kogoś Wam życzę. Zasługujecie na to 🙂

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Musimy porozmawiać o Christianie Greyu"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy
Wiktria
Gość

Tak! Podpisuję się pod wszystkim! Wreszcie ktoś wbił Greyowi nóż prosto w serce!

Paulina
Gość

Dodałabym, ze poza analizą Greya – drania (która sformuowalas bezbłędnie. Jakby ktos przelal na pamier moje mysli ) można byłoby opisać sposob w jaki książka jest napisana. Moim zdaniem denny i nudny. A autorka zna tylko kilka przymiotników. Nawet nie wiem czy postaci przez nią stworzone były do końca przemyślane czy poprostu ‚ tak wyszło’.

Karolina
Gość

Oh, nareszcie! Ten tekst jest świetny i tak mocno wpisuje się w moje myślenie o tej okropnej serii! Chyba wstyd się przyznać, ale nie czytałam komiksu, o którym piszesz, a teraz oczka mi się zaświeciły i lecę go szukać w bibliotece/w sklepach 😀

Chomik
Gość

Kiedyś na Falkonie była prelekcja o tej książce i po prelekcji powiedziałam jedno głupie zdanie: jakby mi to ktoś dał za darmo, to bym przeczytała! I następnego dnia znalazłam pdf w poczcie…No i przeczytałam.Seksu mało, tandety dużo.W pierwszym lepszym fanfiku mam więcej erotyki i klimatu niż w tym czymś.Nie podobało mi się, jak Grey się wepchnął do matki bohaterki i jak zamawiał jej steki, nie pytając o zdanie.No buc i tyle.Strasznie żałuję,że Obrończynie kanonu przestały to analizować, bo były świetne.

Chomik
Gość

Ups,nie zapisał się komć!
Pierwszy lepszy fanfik ma lepsze sceny i klimat niż to dzieło .Scen erotycznych ile kot napłakał,bohaterowie kiepscy i żałośni,dialogi głupawe.Strasznie mi się nie podobało,jak Grey wepchnął się z wizytą, gdy Ana pojechała do matki i jak jej zamawiał stek bez pytania,co ona chce.Żałuję, ze Obrończynie Kanonu przestały to analizować.

wpDiscuz