Pan Lodowego Ogrodu (tom 3) – Jarosław Grzędowicz

Kiedy dotarłam na ostatnią stronę trzeciej części książki Pan Lodowego Ogrodu, wiedziałam jedno. Przed rozszarpaniem na strzępy Grzędowicza za to, że nie napisał jeszcze czwartej części, powstrzymuje mnie tylko to, że jej jeszcze nie napisał. Mimo ogromnego niedosytu muszę powiedzieć, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz spędziłam tak fascynujące trzy dni nad książką.

Dosłownie trzy dni! A to tylko dlatego że jakieś święta były po drodze i z rodziną przy stole z nosem w książce siedzieć nie wypadało. Czy mam rozwodzić się nad tym, że o mało nie przejechałam stacji przesiadkowej w Lublińcu i z czapką w zębach galopowałam przez perony? Czy mam ze wstydem przyznać się do mamrotania brzydkich słów, kiedy ktoś przerywał mi czytanie? Że pierwszą myślą po spotkaniu ze znajomymi w pociągu  było „cholera, czytać nie pozwolą”? Chyba nie muszę, bo każdy, kto sięgnie po trzeci tom opowieści będzie czuł dokładnie to samo.

Pan Lodowego Ogrodu

Dwa poprzednie tomy rzuciły nas na planetę Midgaard, gdzie Nocny Wędrowiec, czyli Vuko Drakkainen tropi współziemian, którzy stali się tubylczymi bogami. Pierwszy tom rzuca na kolana wartką akcją. Drugi nas delikatnie z klęczek podnosi. Trzeci radośnie nam nogi kopie i zostawia na ziemi błagających o jeszcze. I to nawet nie dlatego, że akcja galopuje jak dzika szysznszyla. Nie, praktycznie pół książki da się streścić w zdaniu „Vuko dociera do Lodowego Ogrodu, po drodze robiąc ludziom krzywdę, a kirenejski książę wydostaje się z niewoli”.

Tu chodzi o styl niespiesznej, spokojnej narracji, która nie leci od jednego dzikiego pomysłu do drugiego, byle bardziej zadziwić, byle pokazać, jakie to fajne rzeczy umie autor wymyślać. Podróż Vuko przez pokłady lodowego okrętu jest – o dziwo – czystą przyjemnością. Nawet dla osoby, która po pierwsze na statkach się nie zna (ja), która nie lubi przydługich opisów (ja) i która JUŻ chce się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi (też ja).

Przez zmarzlinę

To, co mnie osobiście zachwyca w powieści to logika i żelazna konsekwencja w trzymaniu się mechaniki świata. Jest to zasługa głównego bohatera, który musi najpierw zrozumieć, jak coś może działać, a dopiero potem zaczyna z tym cuda wyczyniać. Wyjaśnienia sączą się powoli, uzupełniając to, co już wiemy, dodając szczyptę nowych informacji. Mechanika świata staje się coraz bardziej przejrzysta, a tajemnica martwego śniegu coraz bardziej fascynująca.

To, co mnie osobiście ujmuje, to drobiazgi. Takie jak choćby opis łapania dzikich wierzchowców, mówienie łamanym językiem (który kojarzy się z sienkiewiczowskimi rozmowami Kozaków. Wiecie, „on był dobry mołojec”). Albo żółty ptaszek-przewodnik… Drobiazgi, które nienachalnie budują niesamowitą atmosferę innego świata, który mimo wszystko jest do naszego bardzo podobny.

Dotyczy to całej serii Pan Lodowego Ogrodu, ale po raz pierwszy nie miałam takiego parcia na fabułę, na rozwiązanie tajemnicy – wystarczyło mi przejść się ulicami wulkanicznego miasta i pokibicować Vuko i Cyfral w kolejnych starciach z Ludźmi Węża… i Pramatki, która wyciąga swoje macki po naszego bohatera.

Tylko ta nieszczęsna Pani Bólu

Zachwycać bym się mogła długo, jak również psioczyć, że nie ma jeszcze kontynuacji. Ale psioczenie owo było by narzekaniem dziecka, które przykleja nos do szybki piekarnika w oczekiwaniu na deser, więc sobie odpuszczę. Poczekam, przeczytam i na pewno jeszcze raz zatonę w świetnej narracji Grzędowicza.

Gdyby tylko nie potwornie długi, nudny i strasznie a strasznie trącący Kossakowską kawałek o Pani Bólu, to trzecią część uznałabym za absolutnie doskonałą. Niestety mam wrażenie, że został on doklejony na siłę, rozdmuchany do wypęku, jak bardzo ładna huba na drzewie. Piękna, ale ciągle to pasożyt.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że konieczne było ukazanie, że posiadanie nieskończonej mocy wcale nie oznacza, że będziemy potrafić z niej korzystać, że może ona być równie dobrze więzieniem. Jednak nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że burzy on cały rytm powieści. Zamiast zbliżać się do końca nagle musimy znowu cwałować pod górkę.

Przypominam, że powieść na początku miała być trylogią…

Na szczęście widać już horyzont. Mam nadzieję, że będzie mi dane zobaczyć, czy spadnie martwy śnieg…

 

Pan Lodowego Ogrodu ukazuje się nakładem Fabryki Słów.

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

3
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
W objęciach lodu « Kawa z CynamonemUczeń Czarnoksiężnikadestree Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
destree
Gość
destree

Pochłonęłam owo cudo jakiś czas temu już (dwa dni po ukazaniu się w empiku:P), z odczuciami superpozytywno-jęczącymi utożsamiam swoje własne, to jest jakieś takie no…świństwo mieć tak dwojakie reakcje, jednocześnie zgrzytać zębami na myśl o braku kolejnej części i czekaniu na nią oraz wzdychać sobie cichutko z zadowolenia po przeczytaniu tak oczekiwanej pozycji i z dreszczykiem emocji przystępować do czekania na kolejną. Ma coś w sobie to oczekiwanie, to rosnące zniecierpliwienie i te usilne domysły, w co też następnym razem Pan Grzędowicz raczy wpakować biednego Vuko… 🙂 To jak czekać na najsmaczniejszą kawę świata, podaną w dodatku przez kogoś upragnionego,… Czytaj więcej »

Uczeń Czarnoksiężnika
Gość

No cóż, są książki, po które biegnie się do księgarni w dniu premiery. A potem od razu zasiada do lektury, nawet jeśli akurat czytamy coś innego. Pewne książki po prostu mają pierwszeństwo, jak karetka na sygnale. 🙂 Może nie jest ich tak znowu wiele, niemniej Pan Lodowego Ogrodu dla mnie do takich należy.
Wziąłem się za nią od razu, przeczytałem szybciutko i tak jak każdego fana tej powieści ogarnęło mnie uczucie lekkiego zdenerwowania i przygnębienia, że na kolejny tom przyjdzie sporo jeszcze poczekać…

Ale za to jaka uczta będzie jak już wyjdzie. 🙂

trackback

[…] czegoś, przy kompletnym braku drugiej – nacięłam się tak na Wiedźmina, nacięłam na Pana Lodowego Ogrodu i szczerze – nigdy, przenigdy więcej. O dziwo, przypadkowe przeczytanie kolejnej części […]