Przyznam, że do pójścia do kina skłoniły mnie bilety ofiarowane nam z okazji Dnia Dziecka (czy ja już mówiłam, że uwielbiam moich teściów?). W przeciwnym razie piąta odsłona Piratów pewnie trafiła by przed moje oczy najwcześniej za rok i przy jakiejś zbiorowej okazji. Skoro już jednak obejrzałam i krzywda mi się nie stała, to może i Wam o tym opowiem.
Po katastrofie, jaką była część czwarta, miałam dokładnie zerowe oczekiwania co do kolejnej, więc film już na wstępie miał spore szanse, że o ile spektakularnie czegoś nie spartoli, będzie mi się nawet podobał. No dobra, Javier Bardem sugerował, że przynajmniej na „tego złego” będzie można po patrzeć. A animacja jego postrzępionych kawałków, unoszących się niczym w wodzie, po prostu mnie urzekła, więc szłam ze spokojem w duszy.
Stanowczo za mało rekinów zombie
Niestety w roli amanta znowu pojawia się jakiś nijaki mydłek, który bardzo się stara być jak Bloom, ale nim nie jest, choć powinien być, ale o tym za chwilę. Panna z kolei wpisuje się w trend kocich pyszczków sprytnych dziewoi o dużych zębach – wiecie, ta maniera, że sprytne dziewczyny nie mogą być za ładne, dzięki czemu wiemy, że są sprytne, ale przy okazji muszą ucieszyć oko męskiej części widowni, więc za brzydkie też być nie mogą. Dla mnie one wszystkie wyglądają jak klony Anny z Krainy lodu.
Czyli wizualnie studio znowu postawiło na bezpiecznie nijakie osoby, które zupełnie nie zapadają w pamięć. Niestety, w ten sposób widzowi, czyli mnie, nic nie odwraca uwagi od Jacka Sparrowa, który z pięć litrów rumu temu przestał być gibko-zwinny, a nadal udaje, że jest. Wiecie, jak ten wujek, który na weselu wszystkim przez całą imprezę przypomina, że jak był młody, to należał do lokalnej drużyny gimnastycznej. Jack na szczęście jest jeszcze na tym etapie imprezy, że już wstał i gestykuluje, ale jeszcze nie zaczął zgromadzonym udowadniać, że kiedyś robił gwiazdy na jednej ręce.
Czymże byliby Piraci bez ucieczki Sparrowa po pijaku?
Bardzo sympatycznie za to ogląda się Orlanda, który zmężniał na mordzie i nadal ma to coś interesującego w oczach. Oczywiście zarówno Barbossa jak i Salazar są pierwsza klasa. Nawet Paul McCartney jest interesujący, do tego stopnia, że gdyby nie mąż, nie zorientowałabym się, że to ten uroczy Beatles.
Co do historii… cóż, Disney jest na etapie „mieliśmy kilka słabych lat, już akceptujemy, że w nowe nie za bardzo umiemy, więc na wszelki wypadek weźmy to, co w poprzednich częściach było fajne i dodajmy więcej efektów specjalnych”. Zrobili tak w Gwiezdnych Wojnach, to i w Piratach powinno się udać, prawda? Tu muszę przyznać, że kopiuj-wklej nie było tak nachalne, a dynamika bojowa panna kontra romantyczny chłopyś jest całkiem do rzeczy. Co prawda ani do pięt nie sięga duetowi Keira-Orlando, ale i tak miło popatrzeć. No i panna-o-dziwnym-iminieu-którego-nie-pamiętam jest ciekawie skonstruowaną postacią: kobietą naukowcem (czytaj: z automatu posądzana jest o czary, no bo jakże to, białogłowa mapy czytać umie i na gwiazdach się zna, musi bydzie szatan) sierota, która jako jedyny slad ojca ma tajemniczy dziennik. Przyznam, że brzmi to odpowiednio przygodowo i romantycznie. Podobało mi się.
Szczerze, to nie wiem, czy ten kadr jest z Zemsty Salazara, bo mam wrażenie, że Sparrow znaczną część czasu spędza w filmach przywiązany do czegoś.
Ale wróćmy do fabuły. Ma ona solidną, awanturniczą baśniowość w sobie, skarby ukryte na dnie morza, porządne klątwy, truposzy i duchy, a nawet rekiny zombie. Załoga spalonego statku wygląda świetnie, paproszki unoszące się w powietrzu, pławiące się włosy, wodorosty… Niestety jest również prosta jak dzida, naiwna wręcz, ale wiecie – to jest rozrywkowy popkorniak i jako taki spisuje się świetnie. Historia odgrzewa wątek Latającego Holendra, a widzowie ciągle sentymentem związani z bohaterami mile zostaną pogłaskani. Nie mogłam się tylko oprzeć wrażeniu, że zostało to przyklejone na siłę, żeby w JAKIKOLWIEK sposób uzasadnić obecność męskiego bohatera na pokładzie, który w przeciwnym razie byłby zupełnie niepotrzebny, bo panna miała większe parcie na odnalezienie pradawnego artefaktu, niż on.
Jakbym miała zgadywać po postaciach na froncie, miałabym poważny problem z określeniem czy to część 4 czy 5.
Swoją drogą, jak teraz o tym pomyślę, to Barbossa jest niezłym kretynem, ale nie powiem Wam, czemu, bo może chcecie się przekonać na własne oczy. Powiem tylko, że w świetle wydarzeń z części nr 5, wydarzenia z części 1 wydają się… bez sensu.
Wizualnie – śliczności. Wspominałam już o paproszkach i pławiących się włosach załogi hiszpańskiego statku, ponownie mamy też możliwość oglądania scen podwodnych, szalonych animacji statku i ucieczek Jacka Sparrowa. I są wybuchy, lubię wybuchy. Muszę jednak znowu ponarzekać – mam wrażenie, że Disney znalazł sobie nową zabawkę, a nazywa się ona „możemy zrobić komputerowo młodszą wersją starego aktora, paczajcie”. Zrobili tak w GW, teraz mamy młodego Jacka, który – szczerze – ma autentyczność dmuchanej lali z Pevexu. Jakby w całej Ameryce nie mogli znaleźć i umalować chłopaka podobnego do Deepa… Brrr.
Kiedyś były takie przerażające bajki, gdzie na nieruchomym obrazku doklejano prawdziwe usta, które mówiły. Koszmar z dzieciństwa powrócił.
Humor. O bosz.
Kiedy się myśli o Piratach, to przede wszystkim rzewnie wspomina się ból brzucha, jaki się miało na widok min Johnnego Deepa, przy osobliwych niskich żartach wysokiego lotu (te gry słowne!) i szalonych scenach ucieczki/pogoni/walki. W tej części na pewno mamy kilka doskonałych żartów słownych (niektóre biednie, inne całkiem celnie przetłumaczone), brawurową scenę kradzieży sejfu i ucieczki spod szubienicy. Mało jest jednak utarczek słownych (no dobra – ZA MAŁO jak na mój gust), a Jack Sparrow… ma swoje momenty. Coraz częściej jednak mam wrażenie, że jest jak ten wujek, o którym wspomniałam wcześniej. Równie dobrze mogło go w tej opowieści nie być, ludzie by trochę sarkali (jak można nie zaprosić wujka!), ale bardzo dobrze, że ktoś się nim tam w kącie zajmuje i nie trzeba na niego ciągle patrzeć.
W takiej dawce Johnny nadal śmieszy, jego błyskające zdziwieniem oczęta wywołują uśmiech na twarzy, a zagrania w stylu przypadkowa wiewiórka na polu bitwy jeszcze mają w sobie niepowtarzalny urok. Gdyby to była li tylko jedynie domena Jacka Sparrowa, do końca życia broniłabym tezy, że Johnny stworzył postać doskonałą. Jak wszyscy jednak wiemy, pan Deep postawił na granie w stylu „jeden zestaw min i różne makijaże”, więc nie oglądamy już Jacka, tylko Johnnego. A to trochę boli.
Ogólnie film polecam, przede wszystkim fanom serii, oraz osobom, które mają słabość do Szarknada (zombie rekinyyyy!). Ogląda się przyjemnie, lekko, nie jest nudne, muzyka jest tak fajna, że nawet ja zauważyłam, że jest fajna, Geoffrey Rush jest piękny w swej szpetocie no i jest małpka.
Jak ten film jest lepszy niż poprzedni to już jest dobrze. 😀 Bo tych pierwszych części i tak nie ma szans przebić, ale niech chociaż nadaje się do oglądania 😛