Spryciarz z Londynu – Terry Pratchett

okładka od wydawcy

Czy ja już wspominałam, że długi weekend spędziłam w uroczym towarzystwie pana Pratchetta? Po wczorajszej recenzji Mgnienia ekranu pora na Spryciarza z Londynu. Choć wyszły spod tego samego pióra, różnią się diametralnie – tamto jest zbiorkiem opowiadań, tutaj mamy pełnokrwistą powieść i to wcale nie z gatunku zabawy konwencją fantasy, ani nawet nie za bardzo zabawną. I to mnie chyba najbardziej ujęło.

Jeśli miałabym do czegoś porównywać to, co przeczytałam, sięgnęłabym raczej do opowiastek o Olivierze Twiście czy innym Copperfieldzie… nic dziwnego w sumie, w końcu ich autor, Dickens, jest także bohaterem tej powieści. Mniej więcej czujecie klimat, wiecie, brudny, ponury Londyn pełen biedoty, ulicznicy, lordowie za sześć pensów, świat z kart Opowieści wigilijnej… Widziany oczami zbieracza-kanalarza, który pomaga damie w potrzebie, ciekawy, drapieżny i po prostu piękny Londyn.

W przeciwieństwie do pisarzy XIX wiecznych, Pratchett nie stara się naprawić powieścią ówczesnego świata. Może sobie pozwolić na komfort obserwatora, badacza, eksperymentatora. Wychodzi mu mniej więcej tak, jak współczesnej gospodyni pudding zrobiony według starej receptury – choć wiemy, że to nie to, zajadamy go ze smakiem i nabożną czcią, jaka należy się tradycji.

Dodger to kanalarz, polujący na drobne przedmioty i monety w ściekach Londynu. Bystry, na swój sposób szlachetny i przede wszystkim – ludzki. Po prostu miał pecha, że urodził się w społeczeństwie, które nie wszystkim daje równą szansę na starcie. Na szczęście dla niego w jego życiu pojawiają się osoby, dla których los był nieco łaskawszy, a i sam Dodger nie boi się wykorzystywać danych mu szans. Z ulicznika do gentlemana w tydzień – czemu nie?

W powieści znajdziemy perełki, które nie pozwolą nam zapomnieć, kto jest jej autorem: krótką scenę świadczącą o mocy nakrycia głowy, bardzo śmierdzącego psa czy lekkie poszturchiwanie wiary i religii. Dodatkowo mamy tę samą, cudowną wiarę Pratchetta, że ludzie są zdolni do najpiękniejszych czynów… i smutek, że do najgorszych również. Ujął mnie, naprawdę ujął.

Cieszę się niezmiernie, że udało mi się spędzić ten weekend z mistrzem brytyjskiej fantastyki. Szczególnie, że po raz kolejny udowodnił, że jest niesamowicie wszechstronnym i mądrym człowiekiem.

Terry Pratchett, Spryciarz z Londynu;
wyd. Rebis, 2013

Dodaj komentarz