Doborowa obsada, świetny scenariusz na podstawie książki Johna le Carre, niesamowity klimat i wciągająca fabuła – właściwie na tym mogłabym skończyć recenzję, bo dobre rzeczy bronią się same – wystarczy obejrzeć. Choć nie spodoba Wam się, jeśli od filmu szpiegowsko-wywiadowczego oczekujecie wybuchów, pościgów i strzelanin.
Główny bohater, George Smiley, zostaje wydalony ze służby w wywiadzie po spektakularnej klęsce operacyjnej. Poprawka – zostaje odsunięty po „wpadce” – film jest przesiąknięty brytyjskością w najlepszym wydaniu, więc wszystko jest spokojne i grzeczne (do czasu). Smiley wraca jednak w szeregi, gdyż w szeregach MI6 ukrywa się sowiecki szpieg. Mamy lata siedemdziesiąte, zimna wojna w pełnym rozkwicie, a brytyjski wywiad trzyma zbyt wiele srok za ogony, by pozwolić na to, żeby jedna okazała się wężem.
Krąg podejrzanych jest dość wąski, można ich policzyć na palcach jednej ręki. Niczym w dziecięcej wyliczance Smiley wodzi palcem od jednego do drugiego, śledząc cieniutkie, pajęcze nitki ich wzajemnych powiązań i zależności. Pomaga mu w tym Peter Guillam, który jest zbyt młody stażem w Firmie, żeby być podejrzany.
Praca szpiega to przede wszystkim ślęczenie nad dowodami, przesłuchiwanie kilometrów taśm z nagraniami, zadawanie ciągle tych samych pytań, przekładanie akt… akcja filmu toczy się powoli. Oglądanie filmu przypomina obserwowanie, jak działa doskonała maszyna, której przeznaczenie odkrywamy z każdą kolejną zębatką i trybikiem. Z niekłamaną przyjemnością patrzyłam na dopracowane w każdym detalu kadry, gesty i słowa.
Sposób działania Smiley’a i pozostałych asów wywiadu uzmysławia nam, dlaczego mówi się o „grach” wojennych. Szpiegostwo to ryzykowna zabawa, w której często „na kogo wypadnie na tego bęc”. Nie ma sentymentów, lojalności, zaufania – zawsze pozostaje gdzieś odrobina niepewności. Gary Oldman wypada rewelacyjnie w roli zmęczonego agenta służb specjalnych. Jest odpowiednio zdystansowany, przenikliwy, stanowczy i… nie rzucający się w oczy, jak to tylko on potrafi.
Partnerują mu gwiazdy ekranu równie wysokiej klasy: Colin Firth, John Hurt, Mark Strong i gwiazdy mniejsze, ale również zauważalne: Benedict Cumberbatch, Tom Hardy, Toby Jones. Przy takim natłoku można by się było spodziewać, że ich wzajemny blask przyćmi wszystko inne, jednak tu działało wszystko idealnie. Może dlatego, że nie było wielu momentów, w których dialogi pozwalałyby jednej osobie zdominować scenę.
Dodajmy jeszcze, że historia oparta jest na faktach autentycznych, a autor powieści w latach ’50 i ’60 ubiegłego wieku pracował w wywiadzie brytyjskim – przyczyniając się między innymi do wykrycia pięciu agentów KGB w szeregach MI6. Bardziej prawdziwie być nie może. Brytyjskość wylewa się z kadrów, buzując emocjami, których w ogóle nie widać. Znaczy się widać, jeśli ktoś wie, gdzie popatrzeć. Taki Colin Firtma chyba zestaw 80 półuśmiechów na każdą okazję…
Polecam miłośnikom historii mocno fabularnych, opartych na dialogach i spokojnym prowadzeniu narracji. I oczywiście fanom kina brytyjskiego.
Szpieg (Tinker Tailor Soldier Spy)
reż. Tomas Alfredson
scen. Bridget O’Connor, Peter Straughan na podstawie książki Johna le Carre
wyst. Gary Oldman, Colin Firth, John Hurt, Mark Strong, Benedict Cumberbatch, Tom Hardy, Toby Jones
Hum, brzmi ciekawie. Będę musiała obczaić przy chwili. Kumbi – blondynek 😀
Uwielbiam takie filmy 🙂
Bardzo fajna recenzja. Dobrze się czyta – nie jest zbyt długa 🙂 To jest plus. Dodaję do „śledzonych” i czekam na więcej 🙂