Tales of the Abyss

Będzie gra i w dodatku z Kraju Gdzie Rysują Takie Co Się Szyszce Podoba. Uczciwie uprzedzam też, że będę się zachwycać. I jeśli choć jedna osoba, która kręci nosem na wielkookie to przeczyta i stwierdzi, że „hm, może kiedyś, kiedyś” to mogę umrzeć spokojna. Dlaczego? Wierzę głęboko, że dla fabuły można znieść naprawdę dużo, o ile opowiadana historia zasługuje na uwagę. Doskonałe fantasy z nutką steampunka, świetni bohaterowie, zgrabne połączenie polityki, nauki i magii. No i świetna muzyka, która wisi u mnie teraz na liście i budzi przemiłe wspomnienia.

Na początek potraktuję Was tym, co mnie „kupiło” już na wstępie. Oto intro do gry, w pełni animowane i energetyzujące. Co ciekawe – opowiada ono… alternatywną, choć niby taką samą historię, co gra. W wersji anglojęzycznej piosenka nie ma słów i przyznam – na początku ciężko było mi się przestawić. Denerwował mnie ten skośny śpiewak. Teraz nie umiem sobie wyobrazić intra bez niego.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=hQPKk5tvZL0&feature=related]

„Tales of the Abyss” dostępne jest dla graczy w wersji zarówno angielskiej, w pełni zdubbingowanej, jak i japońskiej z napisami angielskimi podczas dialogów. O dziwo dubbing angielski był… dobry, choć zazwyczaj mam ochotę odgryźć sobie uszy. Ba, powiedziałabym, że był bardzo dobry, więc osoby, które chcą się zapoznać z tytułem bez słuchania  i czytania „krzaczków” mogą spać (i grać) spokojnie.

ToA jest jedną z wielu serii „Talesów”, jakie ukazały się na rynku. Niektóre z nich łączy ten sam świat, inne zaś dzieją się w całkowicie osobnym, stworzonym „od zera” świecie. Co mamy tutaj? Świat jest jedną, wielką, skończoną… partyturą muzyczną (zwaną Score). Zamiast nut – mamy losy ludzkie. Każdy człowiek ma swoje określone miejsce w przewidzianej linii melodycznej, nie ma niespodzianek. Ludzie co roku pielgrzymują do ośrodków kultu, by poznać swoją przyszłość na następny rok. Partyturę wyśpiewała i zapisała bogini Yulia Jue, która miała więcej wspólnego z ludźmi, niż oni pamiętają… albo chcą pamiętać. Przerażona swoim czynem, który miał pogodzić zwaśnione narody, rozbija Partyturę dotyczącą losów samego świata i wznosi ją wysoko w powietrze, na orbitę planety. Niestety, czasem kamienie spadają i wszyscy rzucają się sobie o nie do gardeł – któż bowiem nie chce poznać przyszłości planety?

Wszyscy lubią tajemnicze piękności szybujące między gwiazdami.

Światem rządzą dwa liczące się państwa: królestwo Kimlaski-Lanvaldear i cesarstwo Malkuth. Trzecią siłą jest kościół Lorelei, który pod płaszczykiem „dbania o świat” sięga po coraz więcej władzy. Niedawno zakończyła się naprawdę wyniszczająca wojna, w której została użyta broń o niespotykanej sile. Broń, która sprowadziła zagładę na całą Wyspę Hod, która zapadła się – dosłownie – pod ziemię, a na pewno pod wody oceanu. W imię podążania za Partyturą…

Poznajemy Luke’a von Fabre, syna bohatera wojny o Hod. Luke jest… obrzydliwym, marudnym bachorem, rozpuszczonym jak dziadowska torba zblazowanym smarkaczem. Przyjeżdża jego ukochany nauczyciel szermierki i gnojek ma w nosie całą okolicę, bo koniecznie musi się ponaparzać na kijki. Luke ma tylko jednego przyjaciela, Guy’a. Jest  on służącym, więc przyjaźń wynika niejako z wykonywania zawodu. Poza tym chwila w towarzystwie Luke’a i człowiek naprawdę ma ochotę zrobić mu krzywdę… No, ale fabuła, fabuła: oto podczas lekcji szermierki do domku von Fabre włamuje się śliczna dziewoja i chce zrobić kuku ukochanemu mistrzowi smarkacza. Luke, niczym prawdziwy rozkapryszony paniczyk nakazuje dziewoi spadać i zamachuje się na nią kijkiem… po czym obydwoje znikają.

Lądująw środku lasu. Tear, czyli wojownicze dziewczątko, postanawia wracać, by dokończyć misję. Po chwili zdaje sobie sprawę, że nie może zostawić gnojka samemu sobie. Okazuje się, że Luke nigdy nie wychodził na zewnątrz. Poza mury domu. Spowodowane to było „troską” rodziców, którzy obawiali się, że znowu straci pamięć, jak kiedyś, dawno, dawno temu. Jakiś straszny wypadek zdarzył się podczas porwania Luke’a i chłopak całkowicie stracił pamięć. Musiał się  uczyć od nowa chodzić, mówić, myśleć. Tear rozumie, dlaczego Luke jest taki okropny, ale średnio to jej pomaga w znoszeniu jego kolejnych impertynencji. Szczególnie postawa „mnie się należy” zalicza się do wyjątkowo upierdliwych uciążliwości.

Myślicie, że gra będzie polegać na tym, że podczas podróży chłopczyk zmądrzeje i obudzi się w nim szlachetność i dobre serduszko? Nic bardziej mylnego. Gnojkowatość utrzymuje się przez… no, dobrą 1/3 gry. A nawet potem wyskakuje jak diabeł z pudełka. Osobiście byłam zachwycona, bo niedobrze mi od nagłych przemian charakteru i szlachetnienia w ciągu godziny. Luke wykonuje kawał naprawdę dobrej roboty, szczególnie, że dodatkowo musi uporać się z gigantycznymi wyrzutami sumienia – ale o tym dopiero dużo, dużo później.

Pojawiają się kolejne postaci, które możemy włączyć do drużyny, poznajemy też Iona, który jest Fon Masterem, czyli, hm, głową kościoła. Jest delikatnym dzieciakiem, którym łatwo komenderować – wykorzystuje to Grand Maestro Mohs, który pełni coś w rodzaju roli kardynała w kościelnej hierarchii. Jest też Mieu, taki niebieski cicik, który lata po świecie z oponką wokół brzuszka. I tu absolutne pokłony wobec twórców – nie jest to kolejny stereotypowy popiskujący przytulak o znikomym stopniu przydatności do użycia. Znaczy się – jest, ale główny bohater go nie cierpi i „latający pikacz” co rusz dostaje w łeb za upośledzoną słodkość. I ta złośliwa satysfakcja, kiedy Luke odkrywa, że pikaczem da się rozwalać kamienie…

Przewiduję, że ktoś zaraz dostanie w łeb.

Fabula? Hm, cóż, generalnie chodzi, jak zwykle, o ratowanie świata, ale ilość zwrotów akcji, politycznych intryg i tajemnic, które wyłażą co rusz jest przytłaczająca. Kim była Yulia? Czym są fonimy, z których zbudowany jest świat? Co się stanie, jeśli spróbujemy skopiować fragment Partytury w warunkach laboratoryjnych? Czy warto żyć w świecie, w którym wszystko wiadomo z góry? Kim jest okrutny młodzieniec, który wydaje się być bratem-bliźniakiem Luke’a? Co naprawdę wydarzyło się na Hod, kim są God Generals? Postaci skrywają drugie dno, to jest naturalne dla większości gier, ale tutaj mamy i trzecie, a czasem i czwarte dno. Na przykład – dlaczego Guy, najlepszy przyjaciel Luke’a, zaatakował go, po dotknięciu czarem wyzwalającym najgłębiej skrywane pragnienie serca? Co takiego zrobił Jade, że ludzie nazywają go Nekromantą? Tajemnica goni tajemnicę.

Jade i Guy to – lekką ręką – 60% powodów do grania w TOA.

Gra dodatkowo oferuje możliwość grania w dwie osoby, co sprawia, że jest świetną okazja, żeby zagrać ze swoją dziewczyną (to taka wskazówka dla panów) – szczególnie, że nie jest jakoś skomplikowana nawet dla osób, które na co dzień nie mają pada w łapce. Dodajmy do tego sporą dozę dowcipnych dialogów i sytuacji (w tym „pogadanki”, jakie od czasu do czasu urządzają sobie bohaterowie niejako poza grą, a które aż skrzą się od złośliwego poczucia humoru). Mamy możliwość pogłębiania relacji między bohaterami, poprzez rozmowy z nimi i wykonywanie zadań pobocznych dowiadujemy się coraz więcej, zdobywamy nowe umiejętności i… przepisy kulinarne, co jest bardzo przydatne w walce (wiem, że to brzmi głupio, nic nie poradzę).

Ja ci dam małą dziewczynkę, draniu, masz szczęście, że się spieszę…

Walki są wielce widowiskowe, ale nie są jakoś szczególnie trudne. Użycie ciosów specjalnych uracza nas animacją z rozbłyskami, grzmotami, ogniem i co tam jeszcze powinno się w porządnym „specjalu” znaleźć. Jako że świat jest zbudowany z muzyki (owych nieszczęsnych fonimów), to i magia opierać się będzie na muzyce, na szczęście nie będziemy zmuszeni wysłuchiwać tej samej melodyjki raz za razem – muzyczność można dostrzec głównie przez nazwy uderzeń.

Prezentowane dotychczas obrazki pochodzą z anime o tym samym tytule, które jest bardzo porządnie zrealizowaną adaptacją. Niestety, wymuszenie pewnych skrótów, które w grze wydają się być naturalne, negatywnie odbija się na odbiorze całości – postronne osoby mogą się nawet znudzić, zgroza. Na szczęście obsada głosowa praktycznie jest niezmieniona a japońscy dubberzy należą do głosowej czołówki Kraju Kwitnącej Wiśni. Znawcom tematu powiem  tylko, że Takehito Koyasu jako Jade rządzi i wymiata, a jego kpiące „yare, yare” budzi dreszcze rozkoszy u ślimaczków usznych. Wielkim zaskoczeniem dla mnie był Chihiro Suzuki, podkładający diametralnie różnie głosy pod Luke’a, jego „bliźniaka” Asha i… no, tego trzeciego. Szczęka mi opadła, kiedy przeczytałam, że to ten sam facet. Poniżej – japońska reklama konwersji gry z PS2 na Nintendo 3DS:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=5qwhcajnCIE]

Dodatkową zaletą jest świat gry, w którym technika odgrywa drugorzędną rolę i jest raczej ciekawostką zarezerwowaną dla „mechaświrów”, którzy z zapałem grzebią się w śrubkach i tłokach. Wyjątkiem sa „fonimiści”, którzy badają samą naturę świata, czyli fonimy podstawowe takie jak ziemia, woda, powietrze, ogień, ale także cień i światło. Światło ma doprowadzić do ostatecznej zagłady świata, jaki znamy i wszystko wskazuje, że „święty płomień” to nasz ognistowłosy zarozumialec. Jednak odkrycie siódmego fonimu, dźwięku, może sporo namieszać w Partyturze. Kiedy Luke wreszcie dowie się, kim jest, rozpocznie się prawdziwa przygoda. Bo wiecie, nic nie jest takie oczywiste.

Podobno od niego zależą losy świata, a on się z pikaczem bawi…

Za design postaci odpowiada Kousuke Fujishima, który swoją urokliwą kreską wzbogacał wiele gier ze świata Talesów. Jest on znanym również w Polsce mangaką, autorem prześlicznej mangi „Oh! My Goddes” (którą ciągnie już od 23 lat). Całość gry sprawia wrażenie rysowanej lekką ręką, a jeśli dodamy całkiem porządną animację, to otrzymamy kawał świetnej, nieco bajkowej gry. Pustynie, miasteczko wiecznie pokryte śniegiem, miasto handlowe przesycone atmosferą Orientu, opuszczone zamczyska, tajemnicze podziemne budowle – jest gdzie chodzić i co oglądać.

Nic tak nie ożywia atmosfery jak nutka sugestywnej perwersji… erm, perswazji.

Nawet nie wiecie, jak bardzo mnie skręca, że nie mogę Wam więcej o fabule powiedzieć, bo to oznaczało by zdradzenie wielu zaskakujących elementów, którymi gra stoi. Mogę jedynie powiedzieć, że będzie zdrada, krew i tragedia, ale również będą piraci-cyrkowcy, Guy bojący się panicznie kobiet, psychotyczna dziewczynka,” moherowi” rodzice, złośliwy cesarz hodujący świnko-króliki i pikacz z obitym pyszczkiem. Wkradnie się tam też nutka romansu z przygodami, a co wrażliwsi mogą się spokojnie poryczeć (ja się poryczałam, a co).  Jest to jedna z nielicznych gier, kiedy miałam nadzieję szybko skończyć walkę, by dowiedzieć się, co się stanie dalej…

Foch dla mężczyzny, który zapomniał o obietnicy. Co z tego, że miał 5 lat, a potem wypadek..

Na koniec mały bonus dla Mirandy, która by mnie zabiła, gdyby się dowiedziała, że mam kolejnego Jade’a w garniaku, a się nie podzieliłam:

Tales of the Abyss
prod. PS2: Namco 2005 (Japonia), 2006 (USA)
prod. Nintendo 3DS: Bandai, 2011
muz. Motoi Sakuraba

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Tales of the Abyss"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy
Duża Mała Mi
Gość

No i się zaintrygowałam ZNOWU. Serca nie masz Szyszu. Muszę tegotego poszukać :*

Miranda
Admin

Jade w garniakuuuu!!!

A Wy sobie grajcie pozostałymi, o!
😀

wpDiscuz