Widziałam kiedyś dalajlamę, był taki piękny i różowy. Wtedy pomyślałam, że naprawdę jest bogiem – mówi jedna z bohaterek książki Może cytat jest niedokładny, ale oddaje ducha tej niezwykłej opowieści o pięknym człowieku, który uciekając z krainy wiecznego śniegu raz na zawsze zmienił oblicze świata. A my, czytelnicy, mamy możliwość towarzyszyć mu w tej drodze.
Wyrosłam na opowieściach o Tybecie skutym lodem, z malutkimi wioseczkami rozproszonymi w okolicach nieprzystępnych klasztorów, w których siedzą w milczeniu uśmiechnięci mnisi, okrąglutcy, łysi i pomarańczowi. Znałam hasło wolny Tybet, miałam niejasne skojarzenia z osiołkami, ceremoniałem wybierania inkarnacji kolejnego dalajlamy. Śliczna, romantyczna kraina, unosząca się w chmurkach, inspiracja do Awatara: Legendy Aanga i setek innych filmów. Obrazek zbyt piękny, żeby się nad nim głębiej zastanawiać, dlatego nigdy nie zainteresowałam się nim poważniej.
Stephen Talty nie jest pisarzem sentymentalnym, uderzającym co chwila w dzwon patosu. Dzięki temu Tybet staje się nam bliski, rzeczywisty. Równocześnie nadal jest to kraina wypełniona magią, tylko bardziej przyziemną: tą samą, która zmienia ciężką pracę w plony, życzliwość w uśmiech i spokój w mądrość. Nie jest idealna, gdyż ludzie są tylko ludźmi, niezależnie od tego, gdzie mieszkają. Tybet, odcięty od świata, posiada długą i uświęconą tradycję intryg dworskich, przekupstw, krętactw i politycznych wybiegów. To właśnie tam odradza się manifestacja bodhisattwy w
spółczucia – Awalokiteśwary.
Ucieleśnione bóstwo, które świadomie wybiera swe kolejne wcielenie, odradza się w Tenzinie Gjaco. Urodzony w 1935 roku chłopiec staje na czele duchowieństwa jako dziecko, jako młodzieniec przejmuje formalną władzę nad strukturami państwa, a jako młody, zaledwie dwudziestoparoletni mężczyzna, musi podjąć rozdzierającą serce decyzję o ucieczce z okupowanej ojczyzny.
I o tym właśnie jest ta książka. Nie mami nas tanią sensacją, lecz opowiada o małym kraju, który ze zdumieniem odkrywa, że obca siła jest władna złamać jego ducha. Chińska okupacja powoli, ale skutecznie dławi wolność Tybetu. Konflikt narasta, narasta, aż wreszcie wybucha z prostego, wzruszającego powodu – Tybetańczycy boją się, że okupant skrzywdzi ich przywódcę. Jest to miłość, którą trudno nam zrozumieć. Być może czuli to nasi rodzice, którzy pielgrzymowali na spotkanie z Janem Pawłem II w komunistycznej Polsce, nam trochę trudniej się z tym utożsamić.
Na szczęście barwny, ciekawy język autora przepięknie potrafi odmalować mentalność Tybetańczyków, ich zwyczaje, sposób myślenia. Kiedy buddysta decyduje się zabijać, jest wojownikiem strasznym, gdyż nie ma naprawdę nic do stracenia, gdyż już za życia jest potępiony. W tym wszystkim młody dalajlama, który jest jak mały chłopiec, siedzący przy stawie, któremu ktoś nagle kazał wypłynąć na ocean.
Śmierć wszędzie jest taka sama, krew jest czerwona, a ból – straszny. Opowieści o obcych ludziach przywodzą nam na myśl polskie dzieje walki z komunizmem – rozumiemy Tybet, współczujemy mu. Kibicujemy dalajlamie na jego trudnej drodze, mając przed oczami jego uśmiechniętą twarz i okrągłe okulary, które nadają mu łagodny, bezbronny wygląd. Zapominamy, że to człowiek, który doświadczył okropieństw wojny, to bóg, który nieustanie cierpi z powodu cierpienia jego ludu.
Nie ma znaczenia, jaki jest nasz stosunek do buddyzmu. Nie musimy wierzyć w dalajlamę, by książka porwała nas w trudną podróż poprzez wiecznie ośnieżone szczyty. Wzbogacona wspomnieniami, reportażami, autentycznymi świadectwami ludzi opowieść o ucieczce, która zmieniła świat, powinna naleźć się w każdej biblioteczce.
Dziękuję wydawnictwu SQN za możliwość przeczytania książki
Stephen Talty, Ucieczka z krainy wiecznego śniegu
Wydawnictwo SQN, 2012
Szysz, recenzja – jak zwykle – bardzo dobra i zachęcająca do sięgnięcia po książkę. Podobało mi się szczególnie podkreślenie tego, że Stephen Talty nie popada w nadmierny sentymentalizm, łatwą sensację etc. Przy tego typu tematach to szczególnie ważne, przynajmniej dla mnie, bo strasznie denerwują mnie zbyt ideologicznie podniosłe, na siłę wzruszające opowieści, narzucające jakąś wizję i interpretację, a przez to bardzo spłycające wydarzenia i postaci historyczne. Uch. Się mi machnął komentarz. Wracam do pracy!