Doctor Who, sezon 1 (9th Doctor)

Za oglądanie zabierałam się długo. Za recenzję jeszcze dłużej – nie mogłam się po prostu zdecydować, jak Wam o tym opowiedzieć. Przecież nie mogę zacząć „od początku” zjawiska, jakim jest Doctor Who, gdyż jego historia sięga lat 60 zeszłego wieku, czyniąc go najdłuższym i nie tracącym na popularności serialem sci-fi wszech czasów.  Sama byłam nieufna wobec Doktora, nie wiedziałam, czy muszę koniecznie oglądać te czarno-białe odcinki z zamierzchłej epoki, by być „w temacie… Wykonałam skok wiary.

I się kompletnie zakochałam.

Mała lekcja historii: Pierwsze odcinki Doktora Who wyemitowano w listopadzie 1963 roku i emitowano nieprzerwanie do 1989 r. Początkowo kreowany jako „serial rodzinny” z biegiem czasu nabrał poważniejszego wymiaru. Serię zawieszono ze względu na niską oglądalność, jednak Brytyjczycy tak łatwo nie rezygnują. W 1996 roku powstał film, dość dobrze przyjęty przez publikę w WB. Niestety, słabo się sprzedał za granicą (a konkretnie w USA, które wyłożyło na niego sporo pieniędzy), dlatego nigdy nie powstała seria traktująca o przygodach 8 Doktora.

Zmiany przyniósł dopiero rok 2005 – nowy Doktor, nowy koncept, nowe pomysły zawitały na ekranach telewizorów w Wielkiej Brytanii i oczarowały widzów, zarówno wiernych fanów serii, jak i zupełnie nowych, młodych entuzjastów. Ci, którzy nigdy nie spotkali Doktora, nie muszą sięgać do starego serialu, gdyż producenci zadbali o to, by dało się wyłapać smaczki i poczuć, że oglądana nowa seria jest częścią czegoś znacznie większego.

Nie, ta inkarnacja też nie potrafi robić sztuczek karcianych

Uff, tyle tytułem wstępu. Coś czuję, że recenzja będzie długa – w końcu muszę Wam wyjaśnić, o co chodzi z tym Doktorem, prawda? Obiecuję, że w kolejnych recenzjach będę ograniczać wstęp do minimum. Dodam tylko, że w serialu maczają paluchy pan Gattis i Moffat. Tak, ci sami, co w Sherlocku.

Dla Rose Tyler to to był jeszcze jeden z „tych” dni – kłótnia z mamą, lunch z chłopakiem, nudna praca… Dużo było ostatnio „tych” dni. Jest znudzona, trochę obrażona na świat i przytłoczona tym, że nic się nie dzieje. Do czasu, kiedy w piwnicy domu towarowego nie zostanie otoczona przez manekiny sklepowe, które najwyraźniej potrafią się same poruszać. Nagle obok pojawia się wielkouchy mężczyzna z w skórzanej kurtce i ratuje ją z opałów za pomocą… śrubokręta. Rzuca parę uwag na temat żywego plastiku, kosmitów… po czym się ulatnia. Rose pozostaje jedynie wrażenie niezwykłości tego spotkania i obraz entuzjastycznego, radosnego uśmiechu, który nie znikał z ust nieznajomego.

Atakują klony…

Christopher Eccleston ma uśmiech z gatunku dookoła głowy i takiż też jest jego Doktor –  radosny, ciekawy świata, nieco lekkomyślny, ale cieszący się każdym momentem, jakby jutro nie istniało. Co ciekawe, z łatwością może sprawdzić, co będzie jutro: wystarczy, że zapuści silnik w swojej TARDIS, niebieskiej budce policyjnej (która jest zdecydowanie większa w środku, niż na zewnątrz – to częsty dowcip Doktora. Zobaczycie) i przemierzy czas i przestrzeń. Tak, Doktor jest podróżnikiem w czasie, w dodatku nie sprawia mu trudności skok między galaktykami w ułamku sekundy.

Zaczęłam oglądać serial z przekonaniem, że czeka mnie lekka rozrywka w stylu kina familijnego, dlatego to, co się dzieje na ekranie, było dla mnie szokiem. Trup ściele się gęsto i to niekoniecznie „obcy”, ale również postacie, które zdążyliśmy polubić. Brytyjczycy się nie certolą i nie piszą fabuły pod publiczkę, która kocha tego, a nie innego bohatera. Nigdy nie mamy gwarancji, że ktoś przeżyje… nawet główny bohater (ale o tym za chwilę). I kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać w stylu „co ja pacze?” Nagle przypływa zrozumienie. To Doktor. Po prostu Doktor.

Zdecydowanie jest większy w środku

Ostatni ze swojej rasy, Władców Czasu, skazany na wieczność, otoczony przez śmierć i zniszczenie, rozpaczliwie próbujący wszystko naprawić, pełniący rolę mediatora… i kata. Rozpaczliwie samotny, próbuje nieustannie stworzyć pozory bliskości, jednak ciągle pozostajacy poza zasiegiem. Moffat określił go słowami „jak bóg, który ciągle próbuje być człowiekiem”. Patrzy ci głęboko w oczy i przysięga, że nigdy cię nie opuści, a ty wiesz, że jesteś w stanie zrobić dla niego wszystko. Absolutnie wszystko.To jest największe przekleństwo Doktora i źródło jego nieustannego bólu. Tym bardziej, że posiadanie maszyny do podróży w czasie wcale niczego nie ułatwia – nie można ot, tak, sobie wrócić i wszystkiego naprawić…

Exterminate, exterminate… EX-TERRRRR-MI-NATE!!

Rose usłyszała „zaufaj mi, wszystko będzie dobrze”, więc zostawia mamę, chłopaka, cały znany jej świat, by wyruszyć z Doktorem. Jego entuzjazm porywa i sprawia, że największe niebezpieczeństwa wydają się być jeszcze jedną przygodą. Będzie mu towarzyszyć, jak tyle innych kobiet przed nią, ale tym razem wydaje się, że jest inaczej – coś złego, bardzo złego się wydarzyło w życiu Doktora. A my pomalutku dowiadujemy się, co. I czemu ciągle natykamy się na słowa „Zły wilk?”

Nie ma nic bardziej uroczego niż Brytyjczyk wykrzykujący „fantastic!”.

Lekkomyślność Doktora nie wynika z głupoty czy nonszalancji – on po prostu nie myśli, jak ludzie i nie zauważa pewnych rzeczy. Teraz, kiedy jestem po trzecim sezonie, rozumiem, czemu Doktor cieszył się jak małe dziecko, tańcząc i śpiewając, że choć raz nikt nie zginął. W końcu w ciągu swego długiego życia zdołał sobie narobić sporo wrogów, którzy tylko czekają, by zrobić mu krzywdę – także poprzez zabijanie tych, których kocha…

Zaraz, jak to, zapytacie – jakiego długiego życia, przecież Doktora grali różni aktorzy, to jak to jest? Cóż, nasz główny bohater (bo wiecie, Doktor to imię, nie funkcja, bardzo przydatne – większość cywilizacji szanuje doktorów) też czasem umiera. Tak na amen. Przechodzi wówczas regenerację, podczas której wyłania się nowy Doktor – będący teoretycznie ciągle tą samą osobą, ale różniący się nieco osobowością. Eccleston ustępuje pola Tennantowi na koniec pierwszego sezonu, a ja z wściekłością wygrażałam pięścią w stronę ekranu, żywiołowo nienawidząc biednego dziesiątego Doktora. Gwoli ścisłości – teraz nienawidzę numeru 11, choć jeszcze go nie znam – wystarczy, że nie jest Tennatem (choć nadal uważam, że ma oczy psychotycznej sówki).

Czeeeeść, maleńka… masz ochotę na przejażdżkę? Będzie bombowo!

W pierwszym sezonie Doktor zabiera w moment zagłady ziemi (gdzie pojawia się mój kolejny ulubieniec, Twarz Boa), na stację telewizyjną zawieszoną nad ziemią, będziemy walczyć z Dalekami – odwiecznymi wrogami Władców Czasu (które są przeurocze z tym swoim archaicznym designem z dawnych lat i mechanicznymi głosikami) i innymi przeciwnościami. Nie będzie miło. Będzie smutno i momentami strasznie (odcinek w czasach WWII jest jednym z lepszych horrorów, jakie widziałam). Ale poznamy kapitana Jacka, który jest rozbójnikiem czasoprzestrzeni i podrywa wszystko, co się rusza, niezależnie od płci. Albo, jeśli jest piękne, to nawet się ruszać nie musi.

Ciciki! Są ciciki! Jakieś takie straszne… i są w New-new-new…(jeszcze 13x) Yorku!

Sezon pierwszy spokojnie możecie potraktować jako rozgrzewkę przed naprawdę szaloną przygodą. Jednego możecie być pewni – pokochacie Doktora. Szczególnie Panie będą mięknąć na jego widok i będą go chciały przytulać, żeby przestał być taki strasznie przygnębiająco smutny i samotny…

Na zakończenie dodam, że muzyka w serialu rządzi, wymiata i zostawia szczęki na podłodze. Wykonane przez Walijską Orkiestrę Narodową utwory, napisane przez Murray Golda, powalają. Niejeden film ma gorszą ścieżkę dźwiękową – tutaj każdy odcinek i znacząca osoba ma swój własny, niepowtarzalny utwór. Z resztą, posłuchajcie sami, co znajdziemy w pierwszym sezonie (proszę się nie przejmować Tennatem na okładce):

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=XswSIdk1fVk]

Na razie to tyle, więcej przeczytacie w opisie drugiego sezonu (tak to jest takie fajne, że będę opisywać każdy sezon po kolei).

Doctor Who, 2005 (nowa seria, sezon 1)
wyst. Christopher Eccleston, Billie Piper, Noel Clarke
muzyka Murray Gold

12 Replies to “Doctor Who, sezon 1 (9th Doctor)”

  1. Mój ulubiony serial!!! Pomysłowość scenarzystów wydaje się niewyczerpana. Jeśli jeszcze nie oglądałaś poczekaj aż pojawi się Donna, moim zdaniem postać nr 1 tego serialu. Ostanie minuty odcinka „Turn left” oglądałem chyba ze sto razy i za każdym ciarki przechodzą po plecach (ta muzyka!!).

    1. no właśnie czekam na Donnę, od momentu zobaczenia ich razem w „Wiele hałasu o nic” (absolutnie genialna wersja, ech, Szekspir…). Podobno ten Christmas Special z nią to pryszcz 😛

      A oglądanie 4 sezonu odwlekam, bo mi ciężko, muszę jeszcze przetrawić poprzednie sezony. No dobra, przyznam się, co się zabieram, to „niechcący” włączam coś z trzeciego sezonu…

  2. Oj nie wiem dlaczego nie podpisało poprzedniego komentarza. 🙂

  3. @ większość cywilizacji szanuje doktorów

    Niektóre nie, ale tam widocznie miał jeden z tych swoich gorszych dni…

    1. albo nosił ten pechowy garnitur 😛

      1. Ten w kratkę z muszką, kradziony? Pewnie tak.

        Trzeba będzie sobie to obejrzeć jeszcze raz. I Torchwooda – tym razem jak należy. chronologicznie, przeplatajac odpowiednie sezony z doktorowymi, żeby wszystkie wydarzenia do siebie pasowały…

        I tak, jak przy odcinku światecznym Donna mnie co najwyżej wkurzała, tak od pierwszego odcinka czwartego sezonu zakochałam się w niej zupełnie. I pomyśleć, że tyyyle brakowało, żeby zamiast niej to Penny wzięła tę serię.

  4. A ja właśnie wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek, ten z manekinami :). Normalnie Cię wyczułam, ha! ;D

  5. Choć serial wyśmienity, to recenzja, niestety, bardzo słaba, szczególnie pod względem literackim. Na przykład – sformułowanie „co ja pacze” może sobie być super popularnym memem, ale pod względem urody literackiej stanowi mały koszmarek i w recenzji wygląda okropnie. Ogólnie podczas lektury odniosłam wrażenie, że autorka bardzo chciała, żeby było lekko, zabawnie i z pazurem, ale cóż, czasami same chęci nie wystarczą. Zdaję sobie sprawę z tego, że być może zaraz podniesie się larum i zostanę zlinczowana, zdecydowałam się jednak napisać to, co sądzę, ponieważ kiedyś bardzo często wchodziłam na Kawę z Cynamonem i podobały mi się zamieszczane tutaj recenzje, a teraz, gdy po przerwie weszłam na bloga i przeczytałam ostatnie recenzje, zrobiło mi się jakoś smutno, że poziom tekstów uległ pogorszeniu.

    Pozdrawiam
    Stara Czytelniczka

    1. Dziękuję za słowa krytyki! Zawsze to miło wiedzieć, że ktoś czyta teksty z uwagą i czuje się w obowiązku zakomunikować piszącemu spadek formy – inaczej ten może wpaść w niebezpieczne samozadowolenie.

      Bronić się nie będę, bo każdy głupi może strzelić focha i powiedzieć „się nie znasz, to taka konwencja”, krytyczne uwagi przyjmuję i rozważę.

      Zaznaczę tylko, że dopóki pisanie będzie mi sprawiać przyjemność, dopóty będę pisać – w taki, a nie inny sposób. Mam to szczęście, że moje własne, prywatne i pisane swobodnie przemyślenia są czytane przez ludzi, ale nie będę pisać pod publiczkę.

      Jeśli mogłabym prosić, to uwagi dotyczące stylu tekstu proszę kierować na maila.

      Pozostałych czytelników, którzy być może zgadzają się z emm (lub się z nią nie zgadzają) proszę o powstrzymanie się od dalszych komentarzy w tej materii.

  6. Ok. Powstrzymuje się 😉

    Właśnie niedawno sobie sprawiłam dwa pierwsze sezony doktorka i pomału oglądam. Podoba mi się i jestem wciąż zachęcana, że kolejne sezony jeszcze lepsze, więc nie ma opcji, żebym zrezygnowała.

    Poza tym taki smaczek – oglądam sobie moje ukochane NCIS-y, bohaterowie wchodzą do opuszczonego kontenera i nagle McGee: o rany, to wygląda jak Tardis!!! Reszta na niego oczy, on: no z dokora Who… Dinozzo: to ktoś to jeszcze ogląda?
    I się Mi uśmiechnęło – ja, ja oglądam 🙂 I dobrze, bo McGee to mój ulubieniec z NCIS sesese

  7. Szyszko,jak Ty pięknie piszesz, zgadzam się na 100 %,ja dopiero serial zaczęłam.Ale o fajne!

    1. bosz, powinnam jeszcze zrecenzować 10, bo tak jakoś zapomniałam. ale musiałabym o nim pisać przez pińset stron, nie wiem, od czego zacząć 😀

Dodaj komentarz