To nie jest tak, że ja mam coś przeciwko filmom o miłości. Ani idei poznawania kogoś przez internet. Nawet nie chodzi o moją generalną nienawiść do tanich chwytów i ogólną podejrzliwość wobec „wyciskaczy łez”. Ja mam coś przeciwko temu filmowi, a konkretnie przeciwko idei, że faceci w necie kozaczą, a w „realu” to miękkie rury, a baby to bezwolne ciumble, które zamiast użyć własnego mózgu potrzebują faceta, żeby im wszystko wytłumaczył.
Film zaczyna się od tego, że śliczna Meg Ryan w wyniku nagłego ataku depresji i rezygnacji życiowej (właśnie osiągnęła trzydziestkę bodaj). Poznaje w sieci Toma Hanksa, oboje lubią książki, bach, zaczynają rozmawiać i wymieniać maile, normalnie cud, miód i bezsenność w Seattle bez radia. Biedna Meg ma narzeczonego, który jest atechnicznym bubkiem i dziennikarzem, niefajnie się miedzy nimi dzieje, w dodatku mała księgarnia, którą posiada Meg, jest zagrożona przez nowo otwartą księgarnię korporacyjną. A że najlepiej o problemach mówi się nieznajomym, to Tom Hanks zaczyna służyć silnym, meskim wirtualnym ramieniem.
Sam Tom jest z kolei – tak, żeby tradycji stało się zadość – właścicielem owej sieci księgarskiej, która ma zgnieść Meg. Niedobrze mu się w życiu dzieje, dziadkowie się rozwiedli i musi się pętać ze swoją 11 letnią ciocią i czteroletnim bratem po mieście.Oczywiście gdzie trafia? Do księgarni Meg, a jakże, widzowie wstrzymują oddech, bo oto ONI sie spotykają, biedne, samotne ptaszyny, a żadne z nich nie wie, że to właśnie miłość ich życia! No, ja też wstrzymałam, to jest babski film, tego się nie rozumie, to się czuje. Jak dotąd film jest porządną, dobrą historią o miłości z przeszkodami, jedziem dalej.
Święta naiwności, myślałam, że film będzie o tym, co sugerują plakaty…
A trudności są, że ho ho, Tom flirtuje z Meg, bo ona taka słodka jest, ta się zwierza ze swojego strachu przed upadkiem księgarni, więc Tom grzecznie zwiewa, nie przyznając się, że to przez niego ona zbankrutuje. Mądra decyzja, nie mów na pierwszej randce kobiecie, że jesteś jej wrogiem. Na drugiej, trzeciej też nie, jakoś samo się rozwiąże, prawda? Pech chciał, że Meg polazła przyjrzeć się temu gadowi, co ją pracy i rodzinnego biznesu pozbawia i odkrywa, że to Tom. Padają gorzkie słowa, trochę żalów się wylewa, oj, są problemy!!!
I do tego mniej więcej momentu Szyszka była gotowa grzecznie, po babsku sobie popłakać, bo takie filmy są do przeżywania, a nie analizowania. Ale wiecie, co robi Tom? Bezczelnie zaczyna podpuszczać Meg mailowo, żeby stanęła przeciw jego firmie! Czaruje, bajeruje, no nic, wierzymy mu na słowo, że taki dobry i szlachetny, od maila do maila facet zakochuje się jak jeż w kaktusie, wspiera, doradza… równocześnie walcząc z nią w rzeczywistości. Tu pierwszy zonk – ej, facet, ja rozumiem, że to twoja firma, ale miej przyzwoitość jakąś, skąd ta dwulicowość?
Meg walczy jak lwica z Tomem-księgarzem, równocześnie twardo mailuje z Tomem-internetem. Postanawiają sie spotkać i widz mysli „no, wreszcie jakaś akcja”. Niestety – Tom, jak prawdziwa miękka rura musi iść na spotkanie z kolegą. Kumpel sprawdza, która to babeczka czeka na Toma, pokazuje mu ją palcem, a Tom, wiecie co robi? No oczywiście! Idzie i zamiast uczciwie powiedzieć „łoj, ale się porobiło” i przyjąć słuszne grony na swoją głowę co robi? No co? Opierdziela Meg, nie przyznając się, że to on, strzela focha i wychodzi. Niezła randka, co? Mało, że ją przyjaciel/ukochany wystawił, to jeszcze jakiś palant ofuczał.
Ale ze mnie sprytny Tomek, wystawiam cię, a ty nawet o tym nie wiesz
Od tego momentu film stacza się tak, że miałam ochotę bić twórców kijem baseballowym. Meg, wystawiona do wiatru czyta oczywiście przepraszającego maila, bo Tom jest miękką rurą też w necie, poza tym ma straszny plan, od którego mi się zrobiło niedobrze. Oprócz tego biznes dziewczyny upada, a jakże, ale o dziwo – ona sama zamiast się z tym źle czuć wchodzi w prawdziwy tryb zen i snuje się po swojej ksiegarni jak zbłąkana nimfa na prozacu, mało tego, nawet wchodzi do księgarni konkurencji i odkrywa, że ojej, tu jest tak naprawdę fajnie! Owszem, pracownicy nie mają zbyt wiele serca do książek, ale Meg im wybacza, to pewnie przez ten prozac. Normalnie żywa reklama panta rei, wiem, kiedy przegrywam, ale nowe też nie jest złe.
Od nadmiaru prozacu (albo z jakiś innych powodów, pal licho) Meg zaczyna chorować, odwiedza ją Tom. I – o rety, rety! Jest miły! Czy sie teraz może przyzna, że on to ON internetowy? Gdzieee taaam. On ma lepszy plan. Zaprzyjaźnia się z Meg i co robi? NO CO???? Dyskredytuje jej znajomego z internetu. Pozuje na kozaka w realu, tłumacząc biedaczce, że facet z sieci wcale nie jest taki fajny. Z mądrą miną mówi, że skoro ten mailowy napisał, powiedzmy, że jego pies jest chory, to oznacza, że pies jest dla niego ważniejszy niż ludzie. Potem biegnie do domku i preparuje maila, w którym sugeruje, że z milości do psa zrobiłby wszystko, na przykład wczoraj nie pojawił się na randce i nawet nie zadzwonił, by uprzedzić.
Ja tylko przypominam Irenę Kwiatkowską, nie słuchaj moich rad, Megusiu.
Mało tego robienia w bambuko – równocześnie, dyskredytując sieciowe alter-ego, jako T-internetowy, delikatnie sugeruje, że ten Tom-rzeczywisty to taki fajny facet! Jaki on piękny, jaki kolorowy. Czy tylko mnie brakuje tylko tego, by zaczął pisać „cześć Aniu, mam na imię Tomek i też mam 12 lat?” Meg kupuje wszystkie bajki, grzecznie godzi się na upadek księgarni z rąk Toma (bo ten mailowy jej wytłumaczył, że walka to głupota… albo ten pozainternetowy, nie pamiętam. Powstrzymywałam pawia). A ja oczom nie wierzę, jak można tak ordynarnie wciskać widzom, że to jest współczesna „Duma i uprzedzenie”. Ja sobie nie przypominam, żeby Darcy był kłamliwym palantem.
Tom-internetowy bawi się w swatkę, Tom-rzeczywisty niby się broni przed zacieśnianiem więzi z Meg, jak dziewica rzęsami trzepocze i w ogóle, wreszcie namawia Meg, by spotkała się z fagasem z sieci, raz a dobrze, to samo sugeruje (niespodzianka) Tom-internetowy, Meg bieży na spotkanie, odkrywa, że tych dwóch facetów, to jeden… podbiega, usteczka jej drżą, nosek robi się przepisowo czerwony i z głębi trzewi wyrzuca na bezdechu „Marzyłam, żebyś to był ty”.
Tym samym ostatecznie Meg udowodniła, że u kobiet źle działa funkcja włączająca poczucie godności – jak się zakochują, to mózg tracą nieodwołalnie (a i wcześniej, jak z filmu wynika, nie miały go za dużo). Niechby chociaż mu z liścia zagarnęła po twarzy, niech by go zwyzywała od najgorszych palantów, a POTEM się rozryczała i padła mu w objęcia. A film udowodnił, że niektóre rzeczy należy oglądać po dużej ilości wina.
Lubisz, kiedy cię okłamuję, mała… lubisz to!
Gratulujemy wejścia w związek z człowiekiem, który zrobi cię w balona i w sieci i w rzeczywistości. No, ale Meg nie potrzebuje przecież mózgu, będzie siedzieć wśród książek dla dzieci w firmie ukochanego i odwalać brudną robotę za pracowników, bo serduszko jej się kraje, jak mamusia nie potrafi znaleźć książeczki dla swojej pociechy. Brrr…. Nie, no, ja nie mogę. Co jej ten facet dał, poza tym, że SAM jej wmówił, że jest fajny za pomocą internetu? Czy wymowa tego filmu to „nie myśl, tylko kochaj, bo baby tylko do tego się nadają”? Żeby chociaż Tom-rzeczywisty zmienił swoje podejście do sprzedaży książek i zrozumiał, że potrzebne jest serduszko, ale nie, wątek ten został pominięty milczeniem.Końcówka filmu zręcznie pomija fakt, zę Tom ostatecznie bogaci się kosztem księgarni Meg, ona sama zostaje bez pasji, bez pracy, bez niczego. A on nawet jej nie przeprosił za to.
Ciekawe, czy zerwie z nią też za pomocą maila. Z pewnością w taki sposób poczną się ich dzieci…
Masz wiadomość, 1998
wyst. Meg Ryan, Tom Hanks
No i masz, początkowo się oburzyłam, bo przecież ja ten film lubię. Ale przeczytawszy muszę przyznać Ci rację. Mózg u tej kobity jest co najmniej w atrofii, jeżeli już nie zanikł całkowicie. I historia, jak się jej głębiej przyjrzeć również tak głupia, że aż się dupa (wybaczcie mój klatchiański) marszczy. Jedynym co przemawia za filmem, jest ciepła atmosfera totalnego odmóżdżenia i beztroski – zen samotnego piątkowego popołudnia. Buziole :*
Miałam się już zdenerwować, bo lubię ten film całkiem, całkiem, ale twoja argumentacja jest ze wszech miar słuszna, niestety. Ma wrażenie, że Ephron usiłowała się podpiąć pod boom internetowy w tym czasie i wyszedł jej gniot fabularny.
Jakoś pierwsze zdanie ma odwrotny wydźwięk niż znaczenie.
Zamierzony efekt?
Ale cała zabawa polega na adaptacji starego pomysłu (sztuki) M. Laszlo – i filmu z 1940 roku „Sklepik za rogiem” (czy jakoś tak). Tam właśnie Ona jest słabiutka i z ulgą przyjmuje męskie ramię, bo by przecież nie przeżyła sama, samiuteńka. Pomysł słodki jak na lata czterdzieste i nośny, jak się okazuje i później. Wystarczyło zamienic środek komunikacji, z listów na maile, zostawiając cały damsko – męski przekaz.
To, co „uchodzi” w latach 40, nie może być przełożone na czasy współczesne dosłownie, bo wyć się chce w niebo (to co, niewolnictwo też zostawiamy?). Po prostu nie potrafię uwierzyć, że kobieta przełożona na czasy współczesne, przedsiębiorcza, uwielbiająca swoją pracę i aktywnie korzystająca z nowinek technicznych nagle traci całą parę w obliczu męskiego ramienia, daje sobą manipulować i z radością godzi się na utratę wszystkiego, co kocha. Niechby chociaż była dziunią też na początku, to by miało to więcej sensu…
A mnie się i tak ten film podoba i basta! 🙂 I co z tego, że bohaterka głupiutka, dalej wzrusza. 🙂
O, rany, jak dobrze, jak dobrze, JAK DOBRZE, że ja jedyna nie jestem!!! Dla mnie „Masz wiadomość” to nie jest Szajs Tygodnia, to jest jeden z Top Ten Szajs Ever (i na wysokiej, kto wie, czy nie medalowej pozycji)! Za każdym razem, jak to w TV leci oglądam masochistycznie i prawdziwym obrzydzeniem, a obrzydzenie wywołuje właśnie to, że bohaterka, jak już utraci księgarnię, co to jej mamusia własnemi ręcami zakładała i inwestowała w nią masę emocji przechodzi nad tym ot, tak sobie do porządku dziennego i jak odkrywa, przez kogo ją straciła to jest malutki pikuś w ogóle, bo to ON!!! W którym momencie On, ze tak po chamsku spytam, przestał byc drapieznym rekinem biznesu, który, mając wszelkie sentymenty w głębokiej obojętności zaprzestał lykania takich jak ona ploteczek na sniadanie bez popijania i oglądania sie na ich zrujnowane zycia i marzenia? Od kiedy zaczął zatrudniac kompetentnych pracowników, a nie takich, co czytać nie bardzo, ale mozna im za to mało płacić? Od nigdy? No, paczpani…
To o czym jest ten film?
Moim zdaniem on się powinien ZACZĄC w momencie, w którym się SKOŃCZYŁ, i cały poświęcony być próbom przekonania Heroiny, że nie jest się żałosnym dupkiem, który zniszczył dorobek zycia jej matki (ach, jakaz poruszająca jest miłość córczyna (???), ktorą Heroina prezentuje, doprawdy, jest córką, ktorej każdy mógłby sobie zyczyć!) i pozbawił ją pracy, ktorą kochała oraz dochodu.
No nareszcie, już się stęskniłam za „Szajsem tygodnia”.:) Filmu nie widziałam, książki, na której podstawie powstał (jeśli to rzeczywiście była ta, a nie jakaś inna o tym samym tytule) nie czytałam i chyba już tego nie zrobię po tym, co wyłożyłaś w notce. Po co mam otoczenie inwektywami w kierunku scenarzysty gorszyć.