…a my nie uwierzyliśmy, że w połowie października w Moskwie może być tak zimno 😀 W związku z tym z wycieczki przywiozłam przemarznięte palce, niewiele zdjęć (jak na moje możliwości) i mocne postanowienie powrotu do Moskwy, tylko w jakiś cieplejszych miesiącach. Ale to nie znaczy, że nie mam o czym opowiadać!
Tradycyjnie już wpis podróżniczy zacznę od jedzenia 🙂 A dokładniej od reklamy, która stała sobie na stoliku jednej z kawiarni na podmoskiewskim lotnisku Wnukowo. Głosi ona: Пусть всегда будут торты, czyli: zawsze niech będą torty. Trudno się nie zgodzić…
Moskwa jest ogromna. To zdanie będzie się zapewne przewijało dość często, bo… cóż… ona naprawdę jest ogromna. Przypomina mi się zdanie z pewnego filmu: „Mają rozmach, …” – dokończycie sobie sami. Ale tak, mają rozmach. To, co widzicie powyżej, to stacja metra Воробьёвы горы (”warabiowe gory”) – po naszemu Wzgórza Warabiowe, natomiast to nad głowami tych mróweczek, które tam chodzą, to wiadukt z kilkupasmową jezdnią.
Taki widok mieliśmy zaraz po wyjściu z naszego hostelu. I właściwie wszędzie, gdzie się nie obróciliśmy… Jak mówiłam, Moskwa jest ogromna.
To z kolei było osiedle w budowie, jakie mijaliśmy po drodze na lotnisko. Obstawiam, że to już były tereny podmoskiewskie, czy też raczej „sypialnia” Moskwy. I znów – ogromne…
Moskiewskie metro też jest ogromne. Na szczęście, bo dzięki temu w miarę łatwo jest dostać się z jednego krańca miasta na drugi. Świetną sprawą jest linia, która na schemacie ma kształt okręgu – łączy ona wszystkie pozostałe linie, znakomicie ułatwiając przesiadanie się z jednej na drugą.
Ciekawym doświadczeniem była jazda czerwoną linią zaledwie dzień po przesłuchaniu sobie pierwszego rozdziału Metro 2033… Dla tych, którzy nie czytali: klimat post-apo, mieszkańcy Moskwy schowali się w tunelach metra przed promieniowaniem, zakładając miasta na poszczególnych stacjach. Wcześniej nie potrafiłam sobie tego wyobrazić (pozdrowienia dla warszawskiego metra!), ale po zobaczeniu tych stacji na żywo zmieniłam zdanie. To by się dało zrobić.
Ale oprócz tego, że stacje są ogromne (!), zachwycają też wystrojem i dbałością o detale, które w większości pozostały niezmienione od czasów powstania metra.
Uważaj, to nie chmury… To też nie Pałac Kultury, a МГУ – Московский государственный университет, czyli po prostu Uniwersytet Moskiewski. Podobieństwo do warszawskiego PKiNu jest nieprzypadkowe, choć, jak na Moskwę przystało, МГУ jest ogroooomny.
Ten bogato oświetlony budynek to ogromna (!) i dość ekskluzywna (choć jeszcze nie najbardziej ekskluzywna) galeria handlowa, znajdująca się dokładnie przy Placu Czerwonym. Nazywa się to ГУМ („gum”) – Государственный универсальный магазин / Главный универсальный магазин. Sklep jest na tyle „elegancki”, że młode pary robią sobie w jego wnętrzach zdjęcia ślubne. A gdyby zakupy wam nie wystarczyły, to można tutaj skorzystać z historycznej toalety, płacąc za tę przyjemność jedyne 8 zł. Serio. Byłam. To było… nieznane mi wcześniej doświadczenie.
Na Placu Czerwonym piździ jak w kieleckim. Sprawdzone. Ah, i sam Plac jest ogromny 😀 Za mną po prawej widzicie mury Kremla, po lewej wspomniany przed chwilą ГУМ, a jeszcze dalej z tyłu cerkiew Wasyla Błogosławionego (Храм Василия Блаженного).
„Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” – czyli pomnik Karola Marksa, stojący sobie naprzeciwko Teatru Bolszoj.
I zaczyna się… KSIĄŻKI! 😀 Bo widzicie, pojechałam do Moskwy z listą księgarni, które absolutnie muszę odwiedzić w czasie wolnym. Nie wyszło mi to ani w połowie, bo dość parszywa pogoda w połączeniu z nie do końca dobrze dobranym strojem zagoniła mnie na parę godzin do kawiarni. Ale! Nie wszystko stracone! Na zdjęciu widzicie ogromny (!) Moskiewski Dom Książki (ulica Nowy Arbat, tuż obok tego „właściwego” Arbatu). To ten kolorowy, niski budynek. Na parterze znajduje się potężny dział z literaturą dziecięcą, a także artykuły papiernicze i mapy. Natomiast góra to już czysta radość dla bibliofila, bo może przebierać we wszystkich gatunkach. A w dodatku co po chwilę natyka się na przeszklone gabloty, w których odpoczywają sobie piękne wydania klasyków, ale też baśni dla dzieci, wszystkie oczywiście w odpowiednich cenach.
Znalazłam też trochę naszej rodzimej literatury, oczywiście przetłumaczonej 🙂
Wieżowce, które widzicie na zdjęciu, to domy-książki. Ale uwaga, nie mają wiele wspólnego ze wspomnianym przed chwilą Domem Książki. Chodzi po prostu o to, że owe wieżowce… wyglądają jak otwarte książki, stąd ich nazwa. A że znajdują się dokładnie naprzeciwko Domu Książki… 😉
Hit wycieczki, czyli nasz pokój 😀 Słuchajcie, do dziś żałuję, że nie robiłam zdjęć minom pozostałych uczestników wycieczki, kiedy otwierali drzwi do swoich pokoi. Mi i tak się udało, bo miałam okno (choć nieszczelne), ale niektórzy spali w takich „przedziałach” o standardzie gorszym, niż w PKP (serio, da się) bez okien. Ale wszyscy przeżyli 😉
Mój pierwszy porządny posiłek w Moskwie (kanapki w Subwayu na lotnisku nie liczę, bo próbuję zapomnieć o tym, że kosztowała mnie 23 złote…) – pieczony ziemniak z serem i masłem czosnkowym, do tego sałatka z kurczakiem. Proste, stosunkowo niedrogie (10-12 zł, o ile dobrze pamiętam), za to ciepłe i sycące. Dla wymęczonego podróżnika – idealne. Крошка-Картошка („kroszka-kartoszka”) jest barem sieciowym, więc można go znaleźć w wielu miejscach Moskwy.
Вареничная („warienićnaja”) – lokal polecony mi przez mojego znajomego, studiującego w Moskwie. Miejsce mocno oblegane, chyba głównie przez turystów, bo i znajduje się na jednej z bardzo turystycznych ulic Moskwy, na wspomnianym już Arbacie. Mi się udało trafić na porę dnia, kiedy jeszcze było trochę wolnych stolików, i och, było warto… Za cały obiad zapłaciłam 400 rubli (35-40 zł), a złożyły się na niego świetnie pielmienie syberyjskie (małe pierożki z mięsnym nadzieniem) ze śmietaną oraz mors, czyli rosyjski kompot. Pamiętając, że jadłam w centrum, w dodatku w znanym miejscu (o prześlicznych wnętrzach) – wyszłam niezwykle zadowolona.
I ledwie zdążyłam przyswoić sobie nazwy najważniejszych stacji metra, ledwie udało mi się już porządnie przestawić na inny język, ledwie uciekłam przed odmrożeniem sobie palców i uszu… trzeba było wracać. Żegnało nas piękne słońce i, dla odmiany, dodatnia temperatura. Ale ja tu jeszcze wrócę! W końcu tyle księgarni zostało mi do zwiedzenia…
Świetna relacja, a te pokoje rzucają na kolana. Nigdy nie byłam w Moskwie, tylko moja siostra zdała mi relacje. Nazwała Moskwę miastem brudnym i napuszonym, a ludzi najbardziej niemiłymi jakich kiedykolwiek spotkała, a ona dużo po świecie jeździ. Zgadzasz się z jej opinią?
Dzięki za miłe słowo 🙂 Taaak, nas też te pokoje rzuciły na kolana… 😉
Trudno mi się do końca zgodzić z opinią Twojej siostry. Fakt, że w Moskwie wszystko było ogromne, ale mi się po prostu kojarzyła z Warszawą. Tylko jeszcze większą. Z ludźmi nie miałam wiele kontaktu, bo też ile przez dwa dni można spotkać autochtonów 😉 Pani na poczcie była w porządku i bardzo cierpliwie wyjaśniła mi jakie znaczki gdzie naklejać, pani w kasie metra też nie krzyczała, jak jej dałam o wiele za duży banknot, panie w barze mlecznym też jakoś nie odbiegały od polskich „urzędniczych” norm… Także jakoś specjalnie nie zauważyłam tych niemiłych ludzi.
Niesamowite! Plac Czerwony to jeden z moich typów „do zobaczenia przed śmiercią” – zwłaszcza ta kolorowa cerkiew mnie kusi. No i metro – koniecznie metro. Fajnie Ci!
Kolorowa cerkiew bardzo ładna jest również w środku 🙂 Tylko koniecznie wybieraj się na wycieczkę w jakimś cieplejszym miesiącu…
Marzę o Rosji.
Bardziej o Sankt Petersburgu. Ale po Twojej relacji wiem, że o Moskwie też!
Dziękuję za nią i pozdrawiam!
Ha, poczekaj jeszcze trochę, to wrzucę tu relację z trasy kolei transsyberyjskiej i plany Ci się rozrosną… 😉
Podróż koleją transsyberyjską oraz zobaczenie jeziora Bajkał to ogromne marzenie mego męża… także chcąc nie chcąc plany pewnie się rozrosną 😉
O, może jeszcze się okaże, że to Ty pierwsza zaprezentujesz relację z podróży koleją 😉
Marto, jak zawsze cudownie opisałaś swoje wrażenia, bardzo lubię czytać Twoje relacje 🙂
p.s. czekam na recenzję wierszy Jesenina
Dzięki za miłe słowa 🙂 A nad recenzją wierszy pomyślę, bo to już poważniejsza sprawa.
Świetny wpis! Mam nadzieję, że na nim nie skończysz 🙂