„Pełna czarnego humoru kontynuacja Księgi bez tytułu” – jakaż była moja radość, gdy niedawno znalazłam taki tekst w katalogu Świata Książki. Druga część uwielbianej przeze mnie książki! Zdybałam, zdobyłam i przeczytałam.
O samej Księdze bez tytułu już pisałam, czas więc podzielić się wrażeniami o jej następcy.
Zaczyna się niewinnie… Chociaż „niewinnie” jest tu pojęciem bardzo względnym. Zostajemy wrzuceni do znanego nam już miasteczka Santa Mondega, ale wiele lat przed wydarzeniami z Księgi…. Musimy bowiem poznać kilka postaci, które odegrają bardzo istotną rolę w późniejszych wydarzeniach. Gdy już zostaną nam podane najważniejsze informacje wracamy do jeszcze bardziej pokręconej teraźniejszości. Santa Mondega już nie ukrywa, że jest miastem opanowanym przez żywe trupy – wampiry i wilkołaki. A gdzieś między nimi przewijają się znajomi bohaterowie – wredny i ciekawski barman Sanchez, piękna i niebezpieczna Jessica, niezbyt rozgarnięty Dante i jego ukochana Kacy oraz, a jakże, człowiek-tajfun, czyli sam Bourbon Kid. Tak, stało się to, czego wszyscy się obawiali (albo na co liczyli); śmiercionośny zakapturzony gość powrócił. I wcale nie ma dobrego humoru.
Nie sądziłam, że jest to możliwe, ale akcja w Oku Księżyca jest jeszcze bardziej dzika i pokręcona, niż w Księdze…. Na początku sprawiało mi to trochę problemów, zajęło mi chwilę połapanie się, kto zacz i dlaczego. Wystarczyło jednak wczytać się nieco w książkę, przebrnąć przez kilka początkowych rozdziałów i już wciągnęłam się w wir wydarzeń. Dzieje się mnóstwo, srebrne kule latają wyjątkowo często a krew i podroby wylewają się strumieniami z właścicieli. Oko… jest zdecydowanie bardziej brutalne i dosłowne, niż jego poprzednik. Tutaj autentycznie nie ma zmiłuj – wampiry, wilkołaki i wściekły Bourbon Kid to iście diabelskie połączenie. Przypomnijcie sobie najlepsze sceny z Bękartów wojny, przyprawcie to Zombielandem, pomnóżcie razy Od zmierzchu do świtu, a będziecie mieli mgliste pojęcie o tym, co się tutaj wyprawia.
Oko Księżyca jest powieścią nieco nierówną – potrzebuje kilkunastu rozdziałów, by naprawdę się rozkręcić i zainteresować. Za to język pozostał taki sam – brutalny, przeplatany wulgaryzmami w ilościach hurtowych, prześmiewczy. Jeśli więc podobała się wam Księga bez tytułu, bez wahania możecie się brać za Oko Księżyca. Chociażby po to, by poznać zakończenie wątków z pierwszej części, ale też by poczuć jeszcze raz ten niesamowity klimat totalnej rozróby. Tutaj nie ma żadnych reguł, jest tylko dzika jazda bez trzymanki. Na kolejce górskiej, z której ktoś ukradł kilkanaście metrów szyn. Bawcie się dobrze :]
Tytuł: Oko Księżyca
Autor: Anonim
Wydawca: Świat Książki
Rok wydania: 2010
Przeczytałem Twoje recenzje obu książek i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony. Kiedy ukazała się 'Księga bez tytułu’ pracowałem w księgarni i zastanawiałem się, jaki efekt będą miały na sprzedarz zastosowane tu zabiegi marketingowe – jak pisałaś, wybitnie oczywiste. Według moich obserwacji był trojaki – jedni byli bardzo zaintrygowani, drudzy nie zauważali książki wcale a trzeci (w tym przyznam: całe zacne grono księgarzy 🙂 ) wywracali oczami i ciężko wzdychali. No bo po co, pytam, robić dziwne marketingowe halo wydając książkę, która, z tego, co mówisz, ma niezłą fabułę i wartką akcję? Smutne. 😛
A jeszcze wydawać kolejną część, która jest prequel’em? Brakuje mi tylko pojawienia się dawno zaginionego brata bliźniaka, który w rzeczywistości jest stryjecznym dziadkiem pociotka wilkołaka ze strony 134 😉
Nie mniej, za pobudzającą recenzję:
Dzięki 🙂