Z ręką na sercu – gdyby nie Kobieta Ślimak, w życiu bym nie sięgnęła do RuPaul’s Drag Race. Owszem, drag queens fascynowały mnie i budziły wielką sympatię, ale żeby oglądać dragową wersję Top Model? Jednak tamtego dnia ślimaczy podszept trafił idealnie, bo czułam się tak fatalnie, że obejrzałabym nawet Piłę VII z hiszpańskim dubbingiem i chińskimi napisami. Na szczęście obejrzałam Drag Race i tym samym wkroczyłam do magicznej krainy tuszu, szyfonu i brokatu.
Ktokolwiek oglądał jakoweś Idole czy inne Top Model, niech dorzuci do tego trochę Mam Talent i Tańca z Gwiazdami, a będzie miał jako taki obraz tego, co się dzieje na ekranie. Na początku mamy 10-12 kandydatów, którzy zmagają się w olśniewaniu sędziów swoimi kreacjami jako kobiety. Co odcinek odpada jeden zawodnik, aż zostaje trójka, z której jeden będzie uhonorowany tytułem królowej królowych. Pozornie niczym nie można nas zaskoczyć, a sama idea facetów przebierających się w kobiece ciuszki i brykających po wybiegu może wydać się żenująca.
Ekipa sezonu 8
Świat drag queens
Moje doświadczenie z dragiem ograniczało się do filmu Priscilla, królowa pustyni (z zachwycającym Wesleyem Snipesem), jakiś epizodycznych postaci transwestytów w serialach czy filmach. I z komediami przebierankowymi w stylu Poszukiwany, poszukiwana, Pani Doubtfire czy nawet Seksmisją. Przebieranie się w damskie ciuszki to niepoważna zabawa, albo przejaw chęci bycia kobietą (jak u przecudownej Lady Chabliss w Północ w ogrodzie dobra i zła). Podsumowując: zjawisko kojarzyłam, ale nie za bardzo wiedziałam, czym to się je.
Po paru odcinkach poczułam się, jakbym trafiła na zupełnie inną planetę… albo lepiej – jak podróżnik, który oczekuje trafić na dzikich, a dostaje w twarz wysoce zaawansowaną cywilizacją. To świat, który posiada własny język, zasady, długie tradycje, standardy i zwyczaje. Świat, który istniał tuż obok, a ja zbywałam go jak coś niepoważnego.
A tu sezon 7 KATYAAAA!
Po pierwsze – mężczyzna przebierający się za kobietę wcale nie musi chcieć być kobietą i w większości przypadków jest bardzo pewny swojej tożsamości płciowej. Po drugie – wszyscy traktują drag jako ciężką pracę, coś, czego nie można potraktować lekko. I faktycznie to widać – osoby, które nie znalazły jeszcze „swojej duszy” bardzo szybko odpadają z programu.
No i po trzecie – bycie gejem nie jest warunkiem koniecznym, by być drag queen (choć przeważająca część to homoseksualiści, ale wydaje mi się, że to kwestia tego, że środowisko homoseksualne jest po prostu bardziej oswojone z dragiem. Sytuacja podobna do bycia raperem – nikt nie powiedział, że musisz być czarny, by rapować).
Sezon 6 – jak dotąd mój ulubiony
Ci wspaniali mężczyźni w ich błyszczących kreacjach
Nie rozumiałam. Ot, chciałam sobie popatrzeć na ładne kiecki i trochę pośmiać się z makijażu. Nie rozumiałam połowy żartów (na szczęście druga połowa to żarty z podtekstem, my guilty pleasure). Było w tym jednak coś niesamowitego, jakaś magia metamorfozy z gąsieniczki w motyla. Jakieś przekraczanie własnych granic, otwieranie się, nabieranie pewności siebie. Nie rozumiałam decyzji sędziów: dla mnie kiecka była bomba, a oni zjeżdżali ją z góry do dołu. Nie potrafiłam wyczuć, kto ma w sobie potencjał na królową.
Bardzo często to właśnie przy robieniu z siebie durnia wychodzi, kto jest najlepszą królową
Zrozumienie przychodzi bardzo szybko – przynajmniej dla języka, którym operują królowe. Dokładne definicje nadal mi umykały, ale mniej więcej zaczęłam się orientować… i zrozumiałam, jak niesamowicie wyzwalający jest drag.
Otóż drag queens, moi drodzy, zachowują się tak, jak kobiety by chciały, ale się boją, że zostaną uznane za, pardą maj frencz, dziwki. Wyzywający makijaż, krzywe zęby widoczne w radosnym uśmiechu, odsłaniające wszystko ciuchy, tona brokatu, nieprzyzwoite gesty, wygibasy i pełna radość ze swojego ciała – to jest coś, czego zaczęłam zazdrościć całą sobą.
Kiedy pojawiły się zawodniczki przy kości, plus size queens, prawie płakałam z radości. Prawdziwe damy, kroczące po wybiegu, jakby świat należał do nich. Lekko kołyszące swoimi tłuszczowymi oponkami, kiedy fruną na niebotycznych obcasach. Opowiadające o swoich kompleksach i strachu, o tym, jak często były prześladowane – także przez inne królowe – za swój rozmiar. Każda z nich była moją bohaterką.
No i nie ukrywajmy – część panów jest przyjemna dla oka i bez makijażu.
Magia RuPaul
Oglądanie zaczęłam od drugiego sezonu. Przyznam się Wam do czegoś – przez dwa epizody nie poznałam że ten śmieszny facecik w okularach, który rozmawia z zawodnikami i ta seksbomba, która ich ocenia, to jedna i ta sama osoba. Ru w pełnym dragu jest olśniewająca. To jedna z tych osób, które przyciągają spojrzenia wszystkich gości w momencie, kiedy pojawia się na progu.
Nie wiedziałam, kim jest RuPaul dla świata drag queens, ale nie musiałam: charyzma wypływa z każdego włókna jej peruki i błyszczy w każdym cekinie. Jest sędzią bezwzględnym, ale do bólu uczciwym. Jest surowa i niesamowicie wymagająca, ale widz WIE, że robi to po to, by wyciągnąć z zawodnika to, co najlepsze. I się jej udaje.
Show naprawdę pozwala rozwinąć skrzydła
Gruba dziewczyna dostaje ochrzan, że tańczyła sztywno. Ze łzami przyznaje się, że przez całe życie bała się, że będzie wyglądać śmiesznie, kiedy wszystko się będzie na niej trzęsło. Oburzenie Ru: JAK ŚMIESZ PRZEKREŚLAĆ SWĄ WSPANIAŁOŚĆ TAKĄ JEDNĄ PIERDOŁĄ! I nagle mnie uderza: przez cały show krytyka dotyczy tylko aspektów technicznych i performensu, nigdy nie padają słowa „masz za duży nos, za krótkie nogi, krzywe zęby”. Jeśli czepiają się dykcji to tylko po to, by podać sposoby na wyćwiczenie jej. Nikt tu nie jest za wysoki, za gruby, za męski. Liczy się drag.
RuPaul widzi w ludziach wspaniałość. To się czuje – jest to osoba, która ma w sobie głębokie pokłady życzliwości. Odpadający zawodnicy dziękują jej ze łzami w oczach za możliwość udziału w show. I ja ich rozumiem, widzę, jak bardzo każdy z nich rozkwitł przez czas trwania programu, jak uskrzydliła ich głęboka wiara Ru w to, że są wartościowymi ludźmi. być może jest to wyreżyserowana zagrywka, ale coś czuję, że łzy są autentyczne. No i widzę, jak się dziewczyny zmieniają.
Sharon Needles jest… no… niesamowita. Jak psychiatryk nocą.
Show must go on!
Sam program jest rozrywką czystej wody: są osobiste dramaty, jest dreszczyk emocji, fenomenalne kreacje, kreatywne zadania (zrób szykowną kiecę ze śmieci), interesujący zawodnicy i dużo, dużo błyszczących materiałów. Zawodnicy muszą nie tylko ładnie wyglądać, ale także tańczyć, śpiewać, grać, a w sytuacji podbramkowej – dać z siebie wszystko podczas śpiewania z podkładem muzycznym.
Serie 2-8 są dostępne na Netflixie, więc nie trzeba specjalnie ich szukać. Polecam je z całego serca, bo warto wpuścić do swojego życia trochę kolorów. I kryształów Swarovskiego. I piór z boa. I gigantycznych peruk. I futerka. I brokatu. Dużo, dużo brokatu – najlepiej takiego, który wybucha wrogowi prosto w nos.
Wiecie, co jest najfajniejsze w homoseksualnym show? BARDZO. DUŻO. MĘSKIEJ. NAGOŚCI.
Szyszka
Bianca del Rio is my spirit animal. Tyle powiem, czapki z głów i cieszę się z pierwszego tekstu o RuPaul Drag Race w polskim internecie 😀
[Nawet jeśli nie jest pierwszy, to dla mnie jest. O!]
Najchętniej bym zrobiła tekst o każdym sezonie, ale czytelnicy mogliby nie wytrzymać 😀 No i chyba jestem jednak pierwsza na blogu niezwiązanym z LGBT 🙂