Północ w ogrodzie dobra i zła – John Berendt

północ w ogrodzie dobra i zła

Północ to magiczny czas w Savannah – dwanaście uderzeń zawieszonych między dobrem i złem. Na te parę chwil wszystko przestaje mieć znaczenie, a moc zmarłych jest najsilniejsza. To też jedyny moment, kiedy opadają wszystkie maski i możemy zobaczyć rzeczy takie, jakimi naprawdę są.

Oparta na autentycznych faktach i wykorzystująca prawdziwe osoby powieść Berendta to prawdziwa literacka perełka obyczajowa. Często nie zauważamy jej w cieniu wielkich sióstr (Przeminęło z Wiatrem Mitchell, twórczość Trumana Capote, Zabić drozda Lee), ale takie też jest opisywane w niej miasto. Savannah to dama o brudnej twarzy, skrzętnie chowająca swoje brudy przed przyjezdnymi, przyczajona niczym pająk na końcu drogi na Wybrzeże.

Jest też bezsprzecznie zabawna w przewrotny, ironiczny sposób (a przecież Wielka Literatura powinna zachować powagę). Korowód postaci maszerujący przez karty książki jest tak barwny, jak najlepsze korowody w Nowym Orleanie – choć Savannach woli paradę z okazji święta Świętego Patryka.

Przede wszystkim urzekła mnie misterna sieć powiązań między poszczególnymi bohaterami. Wszyscy znają wszystkich, choć pozornie dbają o to, by pewne kręgi towarzyskie nigdy się nie stykały ze sobą. Uprzejmość, słowo honoru i dobre maniery nie pozwalają otwarcie mówić o niechęci do określonych osób czy grup społecznych, ale uważny obserwator z łatwością dostrzeże bulgoczącą pod powierzchnią ogłady nienawiść i złość.

Równocześnie czułam, że autor nie chce moralizować ani przekazywać prawdy objawionej – po prostu siedzi z boku jako przyjezdny, obraca się w przeróżnych kręgach, będąc wszędzie i nigdzie równocześnie. On tkwi w magicznym czasie o północy. Nie narzuca czytelnikowi swoich emocji, poglądów czy moralności. Sami możemy określić, kogo lubimy, a kogo nie. Co ciekawe, pod koniec ja sama poczułam, że wkraczam w ową metaforyczną północ: naprawdę miałabym kłopot, żeby ocenić bohaterów. Wróć, naprawdę nie lubię Joego Odoma. To kwestia mojego osobistego podejścia do uroczych drani i naciągaczy.

Kulturowy kociołek Savannah oglądamy oczami Johna Kelso, przyjezdnego z Nowego Jorku dziennikarza. Sam autor zawitał w progi miasta rok po wydarzeniach, które były główną osią fabuły, dlatego trochę poprzestawiał chronologię wydarzeń. Czytelnik zupełnie tego nie zauważy, a wręcz poczuje się jak członek ławy przysięgłych. Czy szanowany przez (prawie) wszystkich Jim Williams naprawdę z zimną krwią zamordował swojego młodego kochanka? A może to jeszcze jedna z tych tragicznych, gorących historii południa, które kończą się cmentarzu?

Zadziwiający jest głęboko zakorzeniony rasizm Savannah – nawet wśród czarnej społeczności. Książka dzieje się w latach 80. XX wieku, a więc w czasach, które ja kojarzę i wcale nie wydają mi się tak dawne. Człowiek myśli sobie, że cała ta otoczka „czarni chcą gwałcić nasze białe dziewczęta” jakoś powinna zniknąć, a tymczasem została ona tylko pokryta delikatną, lukrowaną skorupką i ma się jak najlepiej.

Cała szalona, dziwna plątanina sprzeczności miasta odbija się w postaci Franka, a właściwie Lady Chablis, Cesarzowej Savannah. Prowokująca, czarnoskóra drag queen, transseksualna piękność o niewyparzonej gębie podbija serca czytelników. Jeśli chodzi o mnie, to widziałam ją wcześniej w filmie Eastwooda na podstawie niniejszej książki (grała samą siebie) i tym przyjemniej mi się czytało sceny z jej udziałem. Eksplodująca seksualność Chablis i jej bezpośredniość mogą szokować i budzić niesmak, ale paradoksalnie to właśnie ona jest najtrafniejszą metaforą dla miasta – agresywna kobieta, która skrywa wstydliwy męski sekret, nie do końca czarna, na pewno nie biała, domagająca się uwagi i bardzo kapryśna w swych wyborach.

Chablis obnaża świętoszkowatość czarnych, którzy chcą być bardziej biali, niż przeciętny Smith, hipokryzję białych, którzy „kochają różnokolorowość miasta”, wyśmiewa homofobię… a to wszystko w zaledwie paru scenach, przez które przepływa, kręcąc prowokacyjnie biodrami. I powodując niemałe zamieszanie.

Obok niej przemyka ukradkiem Joe Odom, lekkoduch, pianista i pasożyt społeczny pierwszej klasy. Jego niesamowity urok osobisty i słodka bezczelność sprawiają, że wychodzi obronną ręką z najgorszych kryzysów finansowych. I mieszkaniowych. I sądowych. Joe jest doskonałym obywatelem Savannah: wie w które pajęcze nitki uderzyć, a które ominąć, by zawsze wyjść na swoje. W każdym innym miejscu na pewno skończyłby z obitą mordą w ciemnej uliczce, ale Savannah kocha swoich niegrzecznych chłopców, przymykając oko na ich potknięcia.

Poza tym Joe dał słowo, a słowu dżentelmena trzeba wierzyć. Nawet jeśli jest to oskarżony o morderstwo Jim Williams. Nawet, jeśli został on skazany na dożywocie… podczas pierwszego, drugiego i nawet trzeciego procesu. Z drugiej strony jak mu zaufać, skoro to obrzydliwy sodomita? Lepiej go zamknąć w więzieniu i udawać, że go nie ma, nigdy nie było.

Oprócz postaci głównych mamy do czynienia z całą masą postaci pobocznych, które pojawiają się czasem na dwa-trzy akapity, rozbawiając i wzbudzając zadumę. Wszystko to jest oblane leniwym słońcem Południa, gdzie służący zawsze są Czarni, damy skrywają twarze pod rondem kapelusza, a mężczyźni zajmują się Naprawdę Ważnymi sprawami (na przykład mecz międzystanowy).

Uważajcie, bo zakochacie się w Savannah. Szczególnie gdy dotrwacie do północy.

Tylko proszę uważać na Minerwę, czarownicę Woodoo, która może akurat tę noc wybrała na odprawianie swoich czarów.

John Berendt, Północ w ogrodzie dobra i zła
wyd. Dom Wydawniczy Rebis, 2012

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o