Chemia śmierci – Simon Beckett

Nie ufam „zachętkom” na okładkach, szczególnie takim dramatycznym, jak w przypadku „Chemii śmierci”. Nie lubię się nastawiać, bo rzeczywistość zazwyczaj sprawia zawód. W tym jednak przypadku mogę ręczyć, że przynajmniej pierwszy akapit jest całkiem prawdziwy.

Otóż na samym, samiutkim początku mamy robaczki. I to nie takie słodko-oswojone jak w słoiczkach u Gila Grissoma z CSI: Las Vegas, ani nie budzące entuzjazmu ślicznych błękitnych ocząt Jacka Hodginsa z „Kości”. Nie, to robaczki realistyczne aż do bólu, wijące się i ble. Prawdziwe i okropne, ale równocześnie fascynujące. Jakby się oglądało jakiś program przyrodniczy, tylko okraszony zbrodnią.

Morderstwo i zbezczeszczenie zwłok wytrącają z równowagi małe miasteczko Manham. A doktor sądowy, David Hunter, tak bardzo chciał odpocząć od okropieństw śmierci, nie tylko tej zawodowej, ale i w życiu osobistym. Niestety musi na nowo przyjrzeć się rozkładowi i procesom gnilnym.

Warstwa, nazwijmy to, naukowa, jest ogromnym atutem książki. David jest przede wszystkim patologiem, badaczem śmierci, nie jest śledczym sądowym, dlatego początkowo nie bawi się w detektywa. Ba, nie chce nawet mieć nic wspólnego ze zbrodnią, choć jest ona dość nietypowa i jest równocześnie doskonałym przykładem pracy klasycznego seryjnego mordercy o specyficznym sposobie działania. Równocześnie jest tych cech pozbawiona, bo morderca nie igra z organami śledczymi… jest coś bardzo chorego w tym miłym miasteczku…

Właśnie, małe miasteczko, gdzie wszyscy się dobrze znają, gdzie wielopokoleniowe spory dudnią w tle poprawnych stosunków z sąsiadami. Główny bohater wystaje jak cierń, a jego obcość wybitnie utrudnia śledztwo. Na szczęście pojawia się sprzymierzeniec w postaci ciepłej Jenny Hammond… Powieść świetnie oddaje klaustrofobię małej miejscowości, aż się ma ochotę za Bursą mantrować „…mam w dupie małe miasteczka”. Ciasno, ponuro i zbrodniczo.

To, plus niesamowita rzetelność, drobiazgowość opisu pracy lekarza sądowego stanowią atut książki. O dziwo zrobione jest to w zgrabny sposób, który raczej budzi zaciekawienie, niż obrzydzenie. Tu nie ma zwrotów akcji, które by wywracały wszystko do góry nogami, nagłych odkryć, że „ta plama na ścianie nie powstała przypadkowo, tylko jest precyzyjnie oddaną mapą londyńskiego metra z 1980 roku i tam znajdziemy kolejną ofiarę” (co mnie wkurza niepomiernie). Przynajmniej ja nic takiego nie pamiętam. Owszem, większość szczegółów mi umknęła, bo czytałam powieść dość dawno, ale usłużna pamięć podsuwa mi koszmar z łabędzimi skrzydłami…

Czytelnik poszukujący czystej rozrywki i pobudzającej lektury wakacyjnej (oraz spektakularnych odkryć śledczych) może być trochę zawiedziony. Niemniej najlepszą reklamą jest to, że ją pamiętam i od razu przychodzi mi na myśl kiedy ktoś mnie zapyta o dobry kryminał śledczy. No i te cholerne robaki… ble…

Autor napisał jeszcze dwie książki, w których występuje David: „Zapisane w kościach” i „Szepty zmarłych”. Niestety nie miałam okazji ich przeczytać, ale kiedyś to nadrobię. Jak milion innych tytułów.

Simon Backett, Chemia śmierci
wyd. Amber, Warszawa 2006

8 Replies to “Chemia śmierci – Simon Beckett”

  1. Dziękuję za recenzję 😉
    Już jak jej wyszukiwałam mnie zaciekawiła, teraz po przeczytaniu recenzji moja ciekawość tylko się wzmogła 😉
    Z pewnością przeczytam jak ją dorwę.

  2. Noo ten tego. Jakoś ta recenzja nie brzmi mi super zachęcająco:) No i te kilkanaście minut w Empiku sam na sam z tą książką również mnie nie porwało. Mówiąc krótko chemii nie było:P

    1. Ta recenzja jest kontrą dla „Tabu”, które jest fajne, ale przy „Chemii” wymięka, jeśli chodzi o mocną zbrodnię i rzetelne śledztwo 🙂 Zdecydowanie wolę robaki, niż wspomniane wcześniej „przypadkowe plany układające się w linię metra londyńskiego”. Co kto lubi. Ja lubię 😀

  3. Wcięło mi posta! ;(

    A mnie zaciekawiłaś 😉
    Przy okazji z pewnością przeczytam 😉

  4. Ciekawe czy teraz doda mojego posta… Pisze go już trzeci raz!
    Mnie tam ta recenzja przekonała, choć muszę przyznać, że na myśl o robalach bierze mnie obrzydzenie…

  5. Wszystkie są na miejscu, zostawiam, bo robią ładną statystykę 😀

    A jeśli chodzi o robaczki, to mówię, żę w nastroju raczej national geografic, niż teatru obrzydliwości. Dodatkową zaletą jest to, że nie pokazują, jak tańcują (a szyszki rymują)

  6. Czytałam, czytałam i końcówka jednak mnie zaskoczyła. O robaczkach nawet mogę czytać i słuchać, byle ich nie oglądać (więc z mężem na ryby nie jeżdżę). W drugiej części (to chyba była druga) zakończenie zdecydowanie jeszcze mocniejsze 😉

  7. czytałam i ja:) nawet została w mojej bibliteczce,ale chyba przez przeleżenie. Dobra.

Dodaj komentarz