Tytułem wstępu: ci, którzy mnie jeszcze nie znają, niechaj wiedzą, że ja potrafię naprawdę dużo znieść stylistycznie i wizualnie w imię dobrej historii. Potrafię ścierpieć kiepskawą historię w imię dobrej strony wizualnej i literackiej. Szyszka wręcz cierpliwa jest, łaskawa jest (choć szuka poklasku, cóż, jakieś wady trzeba mieć). Wyznaje też zasadę, że bóstwem żadnym nie jestem i każdemu ma prawo podobać się to, co mu się podoba, a kiedy po czymś jadę, to staram się nie obrażać osób, które mają odmienne zdanie. Zobaczymy, co mi dziś z tego wyjdzie. czarno to widzę…
Facebookowi fani mieli niewątpliwą przyjemność zapoznania się z radosną twórczością autorki książki na łamach strony. Teraz zrobię krzywdę i Wam, ale w inny sposób, żeby wszyscy mieli ubaw. Bo widzicie, ja o tej książce nie potrafię napisać dobrze. Bardzo się starałam, niestety, nie wiem nawet, czy potrafię polecić ją komuś bez obrażania czyjejś inteligencji i gustu.. No, ale zaczynam. Trzymajcie się.
Książka na pierwszy rzut oka jest atrakcyjna, nie tylko wizualnie, ale i treściowo. Bardzo kobieca, szczególnie, że podobno jest o silnych kobietach skazanych na sukces, którym noga się podwija, bo kochają. Cóż, chwytliwe hasło, połączone ze śliczną okładką, więc pomyślałam – a, co mi tam, dawno nie czytałam literatury „zwykłej”, obyczajowej, ileż można w fantazji i zbrodni siedzieć? No dobra, bierzem. Autorka wygląda sympatycznie, książka gruba, jakaś podobnież szansa na magię, może nie będzie obyczajowość bolała.
Po lekturze pierwszych 50 stron zaczęłam powoli nabierać podejrzenia, że coś tu jest nie tak, albo ze mną, albo z cudem kolorowym, który się przewijał przede mną. Krysiunie na zmianę z Mareczkami, błyszczące oczy na zmianę z migoczącym blaskiem świec, lukier trzeszczy w zębach, a ja zbliżam się niebezpiecznie w stronę śpiączki cukrzycowej. Bach, pierwsza historia z przeszłości, miłe zaskoczenie, że losy bohaterów się splatają w ciekawy sposób. Dobra, myślę, przeżyję styl jak z taniego przedwojennego romansu, bo pomysł całkiem do rzeczy. Czekam.
Niestety, w Szyszkolandzie nic nie jest takie proste i powinnam się już nauczyć, że dzwonków alarmowych w duszy się nie lekceważy. W normalnych warunkach ksiażka poszybowała by na stosik „na urodziny dla cioci” już po owych 50 stronach, ale ma być recenzja, więc twardo jadę. I mózg mi się zaczyna o czaszkę tłuc, bo do „Mareczków i Krysiuni” dołączyły hasła w stylu „Wytrzymała. Wieś huczała” czy „Jutro przyjdź! Do kościoła na sumę. Tylko tam stój, nie podchodź.” Autorka wyraźnie się rozkręca, a ja czuję, że bez wódki ani rusz.
Nawet nie chodzi o to, że styl jest żenująco infantylny. Niech sobie będzie, ale to jest momentami mało, że niegramatyczne, to jeszcze autorka ma irytującą manierę tworzenia „zdań” jednowyrazowych, które pewnie w założeniu miały być tymi samotnymi skałami ostro kaleczącymi niebo, a są, wybaczcie za wyrażenie, kozimi bobkami. Ktoś ją musiał skrzywdzić w dzieciństwie, bijąc za każdy postawiony przecinek, bo przeciętna długość zdania to 4 wyrazy. Zdania złożone są, ale zapomnijcie o snuciu historii przez więcej niż półtora linijki. Wszystko poukładane jest. Wyrazy. Marka tyle razy życie kopało. Żonę teraz będzie miał. Taką ukochaną. Jego. Ostatni raz na żywo takie coś słyszałam, kiedy stara góralka oprowadzała nas po chacie w Krościenku. Tu łóżko macie. Tam piec, gotujcie sobie. Ale uważać trzeba, bo dymi.
Idę jednak dalej, co lepsze kwiatki sobie notuję. Jak żywo brakuje mi alkoholu, żeby sobie „grę pijacką” zrobić, by po każdym „Ave Maria” czy jednowyrazowcu wykastrowanym kropką walnąć sobie kielona. Spojrzałam krytycznie na zawartość lodówki, te smętne reszteczki czystej nie starczą nawet na porządny krem do ciasta, trudno, jedziemy dalej.
„Jego (diamentu) blask rósł i wybuchał w mojej umęczonej głowie jak bomba”. „Byłam zaciekawiona ale jednocześnie przerażona jak kurczak w ubojni”. „Ale chyba bardziej jestem zmęczona niż głodna. Ryby wiozę świeże”. „I ja właśnie po to w sumie się do ciebie wybrałam” (w rybie??? może tej samej, na której w kościele trzeba było stać i nie podchodzić?). „Było upiornie zimno, ale kryształki żyrandola rzucały ciepły blask na pierścionek Marii. Brylant migotał i dodawał otuchy. Zimno. Zapomniała już, jak szybko rozgrzewały się kaflowe piece.” (uważny czytelnik dostrzeże związek przyczynowo-skutkowy – szybko rozgrzewające się piece z upiornego zimna zrobiły zimno.). „Pomysłu przeprowadzki mama nawet za bardzo nie skrytykowała”. „Krystyna urodziła się w straszną, wypełnioną cierpieniem lutową wojenną noc. Nie była chłopcem. Była małą, brzydką dziewczynką” (brak przecinków zamierzony, mówię, że autorka ma z nimi na pieńku). Rany boskie, czy ktoś to w ogóle czytał przed wrzuceniem na szczotki drukarskie?
A potem mnie uderzyło – ja po prostu nie mam 50+ lat. No tak, autorka pisze w stylu, jakim rozmawia z koleżankami! Mało tego – nie oglądam zbyt wielu telenoweli, nie umiem sobie wyobrazić, by ktoś w wieku 47 lat mówił o sobie z dumą „singielka”, nie ruszają mnie „wielkie diamenty w otoczeniu szafirów”, nie wierzę, że czarownice muszą być rude o zielonych oczach… Potrafię przewidzieć, jak się skończy dana opowieść po dwóch akapitach (i że na pewno będą tam łzy wzruszenia, drżenie warg, obezwładniające szczęście i cała reszta zestawy z podrzędnego romansidła). Nie kupuję padania na klęczki i obejmowania dłońmi „słodkiej twarzyczki”. Mężusiów (lekarzy o złotym sercu!) przyszywających 40 guziczków do sukienki ukochanej żoneczki.
No i do ciężkiej anielki, czemu znajomość czterech języków jest taka uber i automatycznie świadczy o wybitności kobiety? Na mój plebejski rozum u osób z tak zwanych „sfer wyższych” była to norma, od dzieciństwa tłuczone lekcje, bo guwernantka musiała być Niemką, albo Francuzką, cóż to za problem dla dziecka się nauczyć, sama widzę takiego szkraba trzyjęzycznego, który bez specjalnego gonienia mówi po niemiecku i po angielsku, a jakby trochę więcej polskiego słuchał, to by spokojnie śmigał i w tym języku. Pięciolatek, więc przed nim jeszcze dużo czasu, żeby opanować nie jeden, ale ze dwa dodatkowe języki. Kurcze, ja sama znam 4 i pół języka (z czego spokojnie dogadam się w 2 i pół, w przypadku reszty zaczaję, o co chodzi), a jakaś wybitna nie jestem. A może jednak? Niemniej nieustanne podkreślanie talentu w tej dziedzinie było prawie tak samo irytujące jak walenie po oczach pierścionkiem z olbrzymim diamentem. Dlaczego, Boże, dlaczego? A, no tak, czytelniczki starsze i niezbyt bystre mogą mieć sklerozę i zapominać pewne szczegóły podczas czytania. Na przykład nie pamiętać tego, co było na początku strony.
„Zgoda. Pani rozumie?”. „Nie ufam ci. Odejdź. Całe moje życie było kłamstwem. Twoim kłamstwem. I jej kłamstwem.” (I cioci kłamstwem. I psa sąsiadów kłamstwem). „Jej córka Róża opisała nieszczęśliwe, a może szczęśliwe życie matki”. „To wilk ją uratował czy Maria – jej patronka?”. Im dalej w las, tym bardziej mam wrażenie, że czytam jakiegoś pokracznego bękarta „Domu nad Rozlewiskiem” i „Sagi o Ludziach Lodu”, tylko bez uroku Mazur i drapieżnego seksu. Jeszcze jedno Ave Maria i pojadę do Berlina udusić autorkę. Mogła tworzyć po niemiecku, przynajmniej tłumacz by jakąś zjadliwą polszczyzną to udostępnił…
Generalnie spodziewałam się historii o kobietach, które dają sobie radę o własnych siłach. Lubię dobrze napisane postaci kobiece. Tak bardzo chciałam czegoś więcej, niż „pyskata singielka która odkrywa na koniec dobrodziejstwo miłości i wpada w ramiona tego jedynego”. Takiej Krystyny od Koniasza mi trzeba, zachwycającej żony i matki, która ukochanego przez lodową pustynię o własnych siłach przewlokła. Tutaj mam zbiór babeczek, którym, za przeproszeniem, gó… by się udało, jakby nie to, że w pewnym momencie jakiś facet się nimi zainteresował i pokochał je miłością szaleńczą, głupią i pełną poświęceń. Do diaska, czytam sobie o hrabiance, która idzie za miłością swego życia do kurnej chaty ( „Marysiu, jesteś bardzo młoda, bardzo mądra i szlachetnie urodzona. Ja jestem synem chłopa. Mam dla ciebie tylko izbę w domu mojego ojca, którą będziesz dzielić z moimi rodzicami i którą sama będziesz sprzątać.”), a zamiast porywających opisów, jak to panna hrabianka zaiwania po łokcie z ziemi czytam, że „Pewnie by umarła, gdyby nie Stach i jego buty”. Kwiatki hodowała. Potem polazła do „dobrego Niemca” na służbę, no patrzcie, akurat się im trafił dobry okupant. Cisną mi się na usta epitety niepochlebne, pod adresem głupich gęsi, które mają więcej szczęścia niż rozumu.
Doszły do czegoś same? Nie, nawet robiąc porządek ze swoim życiem opierają się na męskich i szlachetnych ramionach. W dodatku wszystkie są przecudnej urody. Wad, do diaska, nie mają, no, jedna miała krzywy charakter, ale i tak była płaska jak niezobowiązujące dialogi z „Klanu” (wiecie, te „ojej, pani Stasiu, a co tam pani takiego ładnego przygotowała?”). Czekałam, kiedy zaczną się te baby nawzajem chwalić przepisami kulinarnymi z wykorzystaniem Kucharka.
Autorka aż do bólu wykorzystuje wszystkie romansowe chwyty, krzty oryginalności w tym nie ma. Piękna dziewczyna obdarzona darem leczenia ląduje na służbie u zakonnika, który pałać do niej zaczyna. Inkwizycja dopada dziewczynę i jej córkę, matka „palcami stóp na kurzu kamiennej posadzki napisała (jakże by inaczej) Ave Maria… ufaj córko! Będzie dobrze.”. I jeszcze znamię czarownicy, nie, żeby pieprzyk, tylko „koronkowy motyl rozpościerający swe skrzydła na delikatnej gładkiej skórze”. A potem… a potem dostałam po łbie Norwidem i zakrzyknęłam:
NIIIIIEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!
Zostaw mi babo, mojego Norwida!!!! OdAveMariuj się od niego, koszmarze minionej epoki, sio! Sio! A kysz! Ja się poddaję. Nie chcę więcej. Chcę do domu!
„Zapłaciłam ludzi, materiały wszystko (brak przecinka zamierzony), a z reszty zaliczki spłaciłam kredyty do zera.”Ty patrz, jakimi debilizmami oni się zajmują za nasze ciężkie podatników pieniądze”. „A w Paryżu to ja w tym roku jeszcze parę razy będę”. A ja pisać recenzję parę chwil muszę jeszcze. Przeczytać książkę by mi trzeba było do końca. Wreszcie. Koniec. Wielki diament mnie oślepia i takie tam. Róża pojedyncza drży i ptactwo niebieskie gardełka w śpiewie słowiczym rozgrzewa. Będzie dobrze, Ave Maria!
Jestem pewna, że kobiety, które lubują się w ckliwych, przewidywalnych historiach miłosnych w archaicznym stylu będą zachwycone. Nie ma tam czego nie lubić – piękne kobiety, czarna noc, burze, namiętności i magia, mężczyźni noszący na rękach swe ukochane, przeciwności losu z gatunku katastrofalnych (jak śmierć, to tragiczna, jak miłość, to zakazana). Ja podziękuję, wolę moje infantylne elfozaury, przynajmniej nie udają, że są prawdziwe.
Książkę przeczytalam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i s-ka. Ech, byli tacy mili, a ja taka niedobra dziś…
PS. Bohaterki są kobietami, które mają talent lingwistyczny i moc leczenia ciepłymi rękami… O rany, o rany! To tak, jak ja! Mam gorące lecznicze łapki!! RATUNKU!! Obiecajcie mi, że jak zacznę pisać Ave Maria co drugie zdanie, to mnie zastrzelicie, dobrze?
Joanna Miszczuk, Matki, żony, czarownice
wyd. Prószyński i s-ka, 2011
Ale się uśmiałam. Coś podejrzewałam, ze tak książka taka.
Ale, ale, wypraszam sobie, ja mam 44 lata i żadne Mareczki, Krysiunie i avemarie nie są mi ani bliskie, ani miłe. Brylanty, migające żyrandole, rozgrzewające się do zimna kafle takoż nie.
Wydawcy powinni ci podziękować z tę recenzję, bo inni jeśli sięgną po tę książkę, to po to, żeby się pośmiać po twojej notce
Ale nie mówisz o sobie „singielka”, prawda? i nie masz sklerozy, żeby było trzeba Ci brylantem wielkim po oczach co pół strony walić? 😛
Panie w wieku 50+ chcę przep[rosić, testowałam powieść na mojej mamie, która się do tej kategorii zalicza i jej koleżankach, wszystkie umarły ze śmiechu, więc pewnie nie o wiek chodzi… i ja już nie wiem, o co w takim razie 😀
Szyszko! Boskąś jest!
Tekst z kurczakiem w ubojni dobry! 😀
Krystyna nie była chłopcem? Ojeja. Świat mi się zawalił. 😉
Pardą, zapomniałam sie podpisać. 🙂
Wow, widać, że recenzja z prawdziwą pasją napisana (lubimy przestawny zdania szyk) :D.
Bosz, dawno mnie nikt tak skutecznie nie odstraszył. Takiej książki nie tknęłabym nie tylko paluszkiem, ale nawet trzymetrową tyczką. Ja generalnie lubię książki babskie o czarownicach. Ale takie z polotem, dowcipem i bohaterkami jak żylety. Inne bohaterki mnie wnerwiają do poziomu piany na pysku. A jak widzę taką, co to sama ani rączką, ani nóżką… Albo taką co na pająka wrzeszczy, na mysz mdleje i słoika z kremem (pomijając ten z ogórami) nie otworzy bez wsparcia męskiego, silnego ramienia to aż mnie trzęsie… A Krystynę koniaszową uwielbiam całym mym mrocznym miminym sercem… BTW. Szyyyszu mangi niet T___T
Się uśmiałam 😉
radość mnie ogarnęła, chyba przeczytam powyższą notkę jeszcze raz 🙂
i jedno mi spokoju nie daje, czym może być zaciekawiony kurczak w ubojni?
książki kijem nie tknę, wybrane cytaty mrożą krew w żyłach potencjalnego czytelnika
jeszcze koniecznie muszę się dowiedzieć, kto to jest tak Krystyna koniaszowa, bo w ogóle nie rozumiem, ale to tylko ja
specjalnie dla Ciebie jutro ją opiszę 🙂
Świetny tekst. Dobrze, że pokazałaś przykłady z powieści. Niedawno czytałam aż 3 recenzje tej książki (jakoś tak w jednym dniu chyba, na 3 blogach, na które zaglądam), różne były, jednej się umiarkowanie podobało, drugiej średnio, trzecia rozczarowana…Czułam, że coś jest dziwnego z tą książką, teraz już wiem. Czytać nie zamierzam, nawet dla śmiechu.
Pozdrawiam.
Autorka powinna być dumna, że z jej twórczości jakiś pożytek jednak wyniknął-ta recenzja 🙂 Ty się Szyszka pilnuj, niejaka Samozwaniec też wypłynęła pastwiąc się nad Mniszkówną.
Ciekawe czy Prószyński da ci coś jeszcze do recenzji?
Za ostrzeżenie dziękuje singielka lat 46, która nie ma nic przeciwko diamentom. Dużym.
[…] Komentarze « Matki, żony, czarownice (z cyklu Szajs Tygodnia) […]
Nie zgadzam się z tym do końca, ale recenzja mnie powaliła. Już dawno się tak nie uśmiałam 😉
No to był prawdziwy majstersztyk! Nie powinnam czytać tego w pracy, bo jak głupek parskałam śmiechem 🙂 Tylko skąd mogłam wiedzieć, że to tak się skończy? Recenzja wyglądała tak niewinnie… a takich wielkich zębisk dostała :):) I tak nie miałam zamiaru sięgać po tę książkę, ale cóż, dobrze jest jeszcze bardziej utwierdzić się w swojej decyzji 🙂
Pozdrawiam, świetny blog 😉
Och, splakalam sie ze smiechu! Nie znam „utworu”, a jesli mi gdzies mignal przed oczami, to mozliwe, ze go zbylam, bo sam tytul jest na moj plebejski gust zbyt nudno brzmiacy. Recencja w kazdym razie zwala z nog. Bis!!!
Dziękuję 🙂 jak się podobało, zachęcam do lektury pozostałych wpisów z kategorii Szajs Tygodnia 🙂