Obok ruin koncernu Coca-Coli znajduje się teraz Zaułek Jednorożca, gdzie melinują najgorsze szumowiny i odpady. Najlepiej dojechać tam konno, gdyż samochody napędzane wodą i magią mogą się łatwo zepsuć przy kolejnym wyładowaniu mocy. Dobrze by było ominąć zarówno Kasyno rządzące przez Panów Umarłych, jak również tereny należące do Gromady Zmiennokształtnych. Niestety – jesteś najemniczką i tropisz zabójcę swego rycerza-opiekuna, więc najprawdopodobniej narazisz się im wszystkim …
Przyznaję – dawno nie widziałam takiego pustego tekstu jak ten, który zdobi okładkę. Znakomite i niepokorne dark fantasy? Z dawką humoru? Opis – wytrych pasujący do praktycznie każdej książki, która mniej więcej w kategorię się wpisuje. Książki, o której nie można nic więcej powiedzieć, a chce się ją komuś koniecznie wcisnąć. W dodatku jakie „dark”, moja wiedza mówi mi o „urban”, co z hasłem „dawka humoru” daje niepokojącą kombinację „Załatwiaczki” z „Prawami i powinnościami”, Pratchettem podszytego pociotka „Zmierzchu”. A koleżanka, która, zmylona lwem na okładce, zapytała, czy czytam „Opowieści z Narnii”, bynajmniej nie pomogła.
I dziękuję wszystkim siłom natury i genetyki, które obdarzyły mnie nosem do książek, bo inaczej nie sięgnęłabym po kąsającą pannę Kate i jej Zabójcę – a tak spędziłam fascynujące dwa dni w dobrze skonstruowanym świecie, z bohaterką z krwi i kości, z postaciami, które zdają się oddychać i ciekawie zakręconą zagadką kryminalną. Małżeństwo Gordonów, ukryte pod pseudonimem, posiada niezwykły talent, którego niestety brakuje wielu pisarzom: talent „wrzucania” czytelnika w gotowy świat bez nużących kawałków w stylu „o, a teraz ci wszystko opowiemy”, z bohaterem, który ma przeszłość niekoniecznie podaną na tacy – misternie uplecione dialogi i opisy dają wyraźnie odczuć, że bohaterka swoje przeżyła. Mało tego: miałam wręcz wrażenie, że czytam dalszy ciąg czegoś, jakby drugą część historii, która przypomina czytelnikowi co się działo wcześniej, jednak nie tak, by mu zepsuć przyjemność czytania części poprzedniej, a wszystko to stopniowo buduje bogaty i ciekawy świat, gdzie przenikają się magia i technika, o dziwo – nie jest to obraz postapokaliptyczny w stylu Mad Maxa czy cyberpunka, choć trochę przypomina światy Rogera Zelaznego.
Bohaterka może i jest pyskata, choć ja to odebrałam jako „wie, czego chce””. Czytałam i nie widziałam panny, która zawsze idzie w poprzek, bo ma jakieś problemy ze swoją osobowością i autorytetem, raczej widziałam kobietę pewną swej siły, grającą według twardych reguł, postępującą logicznie i konsekwentnie. Kate wzbudziła nie tylko moją sympatię, ale i szacunek, co rzadko się zdarza w przypadku postaci kobiecych.
Narracja jest dużym plusem książki. Zrozumiałe opisy walki, wyjaśnienia mechanizmów czarów, ciekawe, rozbudowujące świat opisy… wszystko to sprawia, że człowiek nawet nie wie, kiedy skończy czytać. A potem, po zamknięciu książki ze zdumieniem odkrywa, że autorzy, choć powiedzieli tak dużo, jednak przemycili kilka tajemnic. To mnie zachwyciło, że właśnie nie wyjaśnianie sekretów jest najważniejsze w tej książce, nie dlatego ją połknęłam, tylko sama akcja, poznanie świata, opisy rytuałów magicznych, walk… no nie, to trzeba przeczytać!
Zachęcam, drodzy czytelnicy – dajcie się porwać pannie Kate i jej tajemniczej mocy, poznajcie Zmiennokształtnych z ich niesamowicie… pociągającym przywódcą, wyruszcie w śledztwo uzbrojeni w m-skaner i nieodłączny miecz, obrońcie się przed niezwykłymi wampirami (te opisy anatomiczne! bajera!), biegnijcie do księgarni, bo przygoda dopiero się rozpoczyna…
„Magia kąsa”, autorstwa Ilony Andrews, ukazała się nakładem Fabryki Słów.
Mniam mniam, palce – czy raczej oczy?- lizać, upoluję i przeczytam tym chętniej, że Szyszka pochwaliła. Potknęłam się ostatnio o parę gniotów i takie obrażone ble we mnie tkwi chwilowo, które należy jakąś zjadliwą lekturą przegonić… 🙂
A ja czytam obecnie „Kto sieje wiatr… Opowieść żołnierza dywizji SS 'Totenkopf'”. Chwilowy przesyt fantastyką trwa…
Oho, brakowało mi do poczytania czegoś ze świata Shadowruna.
Niestety ja chyba w tym przypadku nie wykazałbym się „nosem”, bo obok takiej okładki przeszedł bym obojętnie gdyby wcześniej ktoś mi tej książki nie polecił.
A tak książeczka może czuć się polecona a ja mogę z czasem zacząć się za nią rozglądać 🙂
cóż, klimacik trochę mniej cyber od Shadowruna, ale też daje radę 🙂
W życiu nie sięgnąłbym po takie coś, gdybym nie przeczytał tej recenzji. Fabryka ma czasem tak nierówny marketing, że omg…
No trochę się zawiodłam na tej książce. Generalnie nie była zła, ale jakoś specjalnie wciągająca też nie. Fabuła obrzydliwie przewidywalna. Zero zaskoczenia i to chyba najbardziej mnie zraziło. Oprócz tego zakończenie, które nie jest zakończeniem tylko najprawdopodobniej zapowiedzią drugiego tomu. Ja lubię jak zakończenie jest puentą dla całej historii, żeby w ogóle mogła być historią, a nie zwykłym ciągiem przyczynowo-skutkowym. No i jeszcze te niemoralne propozycje składane Kate co kilka stron. Tym i kilkoma brutalnymi opisami jak mniemam miało się objawiać to „dark fantasy”. Jak dla mnie to wcale nie tworzy klimatu. Na koniec mojego zrzędzenia dodam, że męczy mnie złe przeczucie, że z „Magia Kąsa” zrobią niedługo amerykański serial, w którym główna bohaterka walczy i skacze od jednego przystojniaka do drugiego. Koszmar… Teraz może coś pozytywnego. Kate Daniels jako bohaterka sprawdza się bardzo dobrze. Jej wyrazista osobowość jest siłą napędową książki. Na plus zaliczam też ładnie skonstruowany świat przedstawiony i styl pisania, który nie raził za bardzo zbyt ironicznym podejściem do wszystkich opisywanych rzeczy, ani jakąś tam egzaltacją, co się często zdarza przy pisaniu w pierwszej osobie. Pochwalę jeszcze recenzentkę za to, że ładnie przedstawiła swój punkt widzenia. Z moją opinią nie do końca się pokrywa, ale nie o to chodzi w recenzjach. Pozdrawiam.
jeśli chodzi o natężenie niemoralnych propozycji, to zdecydowanie bardziej raziło mnie to w takiej na przykład „Wylęgarni”, gdzie bohaterka właziła do sali wykładowej „szpanując nogami, które przyklejały wzrok facetow i wywołując nienawiść kobiet”. i to też w pierwszej osobie, masakra, mąlo że prężna, mało że piękna, mało, że silna, to jeszcze cyckami macha i nogami szpanuje, nie za dużo tego? I za to cenię bohaterkę „Magii”, za te zdrowe podejście do siebie i swojego ciała, które przede wszystkim ma być funkcjonalne, ale bez przesady Przewidywalność fabuły jest o tyle znośna, że przynajmniej autorzy nie silą się na coś „mrhrochnego i zakręconego”, jak to niestety się zdarza coraz częściej. Opowieść ma sie snuć, a nie gonić własny ogon – tyle na obronę ksiazeczki 😀
a tak w ogóle to recenzentka czuje się pochwalona 🙂
Nie czytałam „Wylęgarni”, ale coś tam słyszałam o tej książce i w połączeniu z okładką daje mi to jakieś tam pojęcie o bohaterce. Cierpi ona na zapewne na bardzo częstą ostatnio chorobę, którą nazywam „Syndrom Superferomonów”. Objawia się nagłym i niekontrolowanym wzrostem popularności wśród płci przeciwnej. Kate na pewno wygrywa z większością „zakażonych” bohaterek. Nie rumieni się i nie peszy, ale też nie pozwala facetom na zbyt wiele. To przemawia na jej korzyść. Za to działa na niekorzyść autorów, bo takie zabiegi mają ubarwić dialogi, których bez tego tak łatwo nie dałoby się urozmaicić. Powiedzmy sobie szczerze – idą na łatwiznę, bo kiedy panna Daniels pokazałaby swój charakterek, jeśli nie odpowiadając na zaczepki w stylu „Hej mała, mogę cię zadowolić!” ? Napisałaś też, że autorzy nie silą się przynajmniej na coś „mrhrochnego i zakręconego”. Ja myślę, że jednak się silili, tylko im nie wyszło. Mimo wszystko chciałabym wierzyć, że „Magia kąsa” to tylko taki wstęp do fajnego cyklu z przemyślaną, rozciągniętą na kilka tomów historią. Zostało jeszcze kilka tajemnic do wyjaśnienia i może z tego wyniknąć coś fajnego. Szkoda by było zmarnować taki potencjał jaki daje główna bohaterka na serię typu „potwór tygodnia”. Póki co jestem pełna nadziei.