Behawiorysta – Remigiusz Mróz

Z panem Remigiuszem mi nie po drodze. Choć samego autora lubię, doceniam tempo pracy i wielką kulturę osobistą, to jego twórczość nie wpada w mój radar. Nie musi, świat jest wielki, a książek dużo. I żylibyśmy sobie tak jako te na słońcach przeciwległych bogi, gdyby nie napisał  kryminału dziejącego się w Opolu.

Szajs czy nie szajs?

Wyjaśnijmy sobie sprawę na początku – wielu z Was chciałoby pewnie, żebym przejechała się po Mrozie jak po burej kobyle. Nie zrobię tego, ale nie dlatego, że autora lubię, albo że lękam się jego czytelników. Nie napiszę też recenzji pochwalnej, bo ta książka na nią nie zasługuje.

Czytałam w życiu wiele sensacji, kryminałów i thrillerów. Naprawdę dużo. Zaspokajają one moją potrzebę wiary w to, że zło zostanie ukarane, a intelekt i drobiazgowa praca się do czegoś przydają. W całym oceanie tej „niskiej” literatury są pozycje wybitne (np. Christie, Chandler), jest masa chłamu (typu „ukradli mu żonę i zabili samochód) i zwarta grupka w miarę unosząca się na powierzchni (Coben, Dan Brown).

W mojej skromnej opinii twórczość Mroza ogląda podeszwy stópek tych „powierzchniowych” autorów, a przynajmniej robi tak Behawiorysta. Słowem – dna nie widzi, ale do  tafli wody też średnio blisko.

O czym jest książka Mroza?

Hm. Jest o jakimś typie, którego z jakiegoś powodu nie lubi inny typ, po drodze są flaki, bezsensowna przemoc, pościg wokół rynku, wyjaśnienie z dupy i mało prawdopodobny plot twist. W tak zwanym międzyczasie są ekspozycje fabularne i bardzo dziwne, nic nie wnoszące dialogi.

Widzicie – esencja książki jest fantastyczna. Serio. Jakby ją ociosać z nudności i dłużyzn, to jest to prawdziwa perełka. Niestety, te parę scen i główny motyw trzeba było rozwlec na dwieście stron. W dodatku w pewnym momencie Mróz przestaje udawać, że jego bohaterowie są jacyś, tylko pisze po raz kolejny przeciętnego psychola i oklepanego śledczego.

Bohaterowie

Na początku postacie udają, że są JAKIEŚ, ale tak naprawdę są tylko narzędziem do podawania czytelnikowi kolejnych ciekawostek naukowych. Tym razem mamy prokuratora, który zna się na mowie ciała i – zapewniam Was – przez pierwsze naście stron będziecie mieć uroczy wykład otwarty z komunikacji niewerbalnej.  Przy czym zapomnijcie, że wyjaśnienia wplata się naturalnie w fabułę. Przykład: bohater używa trudnego pojęcia. Rozmówczyni zna to pojęcie, więc o nim opowiada. Parę stron dalej bohater używa tego pojęcia wśród osób, które kompletnie nie znają tego terminu, ale czy ktoś spieszy z wyjaśnieniem? Nie. Czytelnik wie, to i bohaterowie wiedzą. Taki literacki Fight Club.

Gerard – behawiorysta jest kompletnie kliszowym bohaterem, dzięki czemu każdy może sobie przyłożyć doń kalkę tego jednego profesora, który czepiał się słów i zadzierał nosa. Jest jeszcze pani policjantka, której imienia już nie pamiętam (chyba Beata), o której mogę powiedzieć tylko to, że służy jako pretekst do wprowadzania kolejnych bohaterów i rozmów z Gerardem. Równie dobrze mogłaby być paprotką.

Oprócz tego jest jeszcze złol-psychol, który bardzo chciałby być jak dziecko Piły, Siedem i V jak Vendetta, ale w rezultacie jest pretekstem do napisania scen gore. Jego charakter określa autorska potrzeba chwili.

I jeszcze są inni złoczyńcy, a możemy ich poznać po tym, że mają imię i opis na więcej niż jeden akapit.

Dodatkowo albo autor wybitnie nie potrafi pisać dialogów, albo za wszelką cenę musiał wydłużyć tekst, bo mamy tam takie perły w stylu: „Wiem coś. Co? To nie był przypadek. Dlaczego tak mówisz? Zobaczysz”.

Fakapy małe i duże

Miałkość fabuły jeszcze da się wybaczyć, bo od plażowej lektury nie wymagamy za dużo. Ma nas zainteresować na tyle, żeby chwilę posiedzieć na kocyku, ale nie tak, żeby zapomnieć o pływaniu.  Ot, psychopata puszcza na żywo film w sieci, każe ludziom głosować, kogo zabić, dokonuje egzekucji, a potem porywa behawiorystę i robi z nim Złe Rzeczy, a potem wszystko się wyjaśnia. Fajowe czytadło.

Niestety, jak wspominałam wyżej, to się zwyczajnie nie klei. Nie chcę zdradzać szczegółów – bo żeby zrozumieć, co jest nie tak, musiałabym zdradzić istotne fakty. Gdyby to był Szajs Tygodnia, nie miałabym skrupułów, ale może jednak ktoś chciałby się dać zaskoczyć. Podam tylko najbardziej naciągane pomysły.

Wyrzucony ze służby w niesławie prokurator bez problemu bierze udział w śledztwie i osobiście przesłuchuje podejrzanego.Owszem, ktoś tam się krzywi, ktoś wzdycha z ciężkim sercem, ale niestety, nikt w opolskiej policji nie ma tak rozległej wiedzy o komunikacji niewerbalnej, a ten zły to miszcz nad miszcze manipulacji. Owszem, do momentu, kiedy okazuje się być bełkotliwym kretynem z kompleksami.

Gerard dosłownie wkłada w ręce mordercy nóż, którym ten go rani, bo scena miała pokazać, że nasz behawiorysta pomylił się w ocenie zamiaru tego złego, że zły był sprytniejszy. Nie był. Autor jakoś musiał przemieścić obu do punktu B, gdzie odkrył, że mu się już nie chce pisać wstawek o komunikacji niewerbalnej i leciał z siekierą przez ludzi.

Przestępca w książce teoretycznie bazującej na psychologii jest najmniej spójną psychologicznie osobą, jaką przeczytałam. Z drugiej strony doskonale powiela społeczne, kłamliwe przekonania co do tego, jak się zachowują spaczeni psychicznie ludzie.

Coś, co miało być w zamyśleniu intelektualnym pojedynkiem na siłę charakteru szybko staje się… widzieliście kiedyś dwa lubiące się psy walczące o szmatkę? No, to coś podobnego. Dużo powarkiwań i śliny, ale tak naprawdę chodzi o to, by czymś zająć czas.

Psychologia

Bardzo, bardzo starałam się wyrzucić z głowy to, że jestem psychologiem i spojrzeć na tekst oczami osoby, która nie wie pewnych rzeczy.  Wiem, żę to, co dla mnie jest oczywiste, wcale takie nie jest dla innych. Przyznaję – od strony informacyjno-psychologicznej to jest poprawne, dla mnie nic ciekawego, ale dla wielu innych na pewno fascynujące są te opisy zachowań niewerbalnych.

Niestety, nie wykraczają one poza tak zwaną wiedzę powszechną, powielaną przez każdy możliwy film z tzw. profilerem. Jedynym wyjątkiem jest powtarzane jak mantra „nogi nie kłamią”, głównie po to, by autor mógł sobie zafundować dramatyczną puentę powieści.

Gdyby tylko autor sobie nie zaprzeczył w którymś momencie, to byłoby znośnie. Niestety miałam wrażenie, że początek pisze z książką o zachowaniach niewerbalnych na kolanie, co mu się spodoba to wplata w treść i tak układa fabułę. Sęk w tym, że nagle doczytuje coś więcej i też to w fabułę wkłada. A w pewnym momencie książka w ogóle idzie w kąt.

Ot, przykład z zakładaniem rąk na piersi. Gerard tłumaczy, że sam jeden gest może świadczyć o tym, że ktoś jest zamknięty, ale też, że mu zimno. Bohaterka słucha wywodu jakby spijała z krynicy mądrości. Dwie strony dalej Gerard zakłada ręce na krzyż i ta sama bohaterka przypomina sobie nagle z wykładu, że Gerard wspominał, że ten gest może znaczyć nonszalancję.

Ten Zły nie może się zdecydować czy jego motywem jest zemsta, czy też głębsze przemyślenia, morduje osoby, których nie mordował z pobudek wyższych pięć stron wcześniej… Psychopaci i socjopaci mają zupełnie inne wzorce zachowań, a osoby skrzywdzone mają jeszcze inne. W jednym typie to po prostu nie gra.

Szalona ucieczka przez Opole

Ale to, co mnie najbardziej, NAJBARDZIEJ wkurzyło, to szaleńczy rajd przez Opole, o którym wspominałam wcześniej. Jakby autor nigdy nie postawił tu nogi, to bym machnęła ręką. Ale on mieszka w odległości 35 minut jazdy autobusem od centrum.

Przestępca ma na garbie rannego, rozhisteryzowaną policjantkę i do dyspozycji radiowóz. Po czym zaczyna spierniczać taką oto trasą. Zaczyna od dołu, z 1 Maja.

Widzicie tę pętelkę, gdzie czerwone przechodzi w fioletowe? Na końcu drogi ustawiono blokadę policyjną. NA WYSPIE. Nikt nie pomyślał o blokadzie mostów, a trzeba było, bo Złol przez jeden przejeżdżał aż dwa razy. Chyba że ja nie zrozumiałam czegoś w opisie trasy.

W jakim celu robi kółko dookoła Rynku, tego nie wie chyba nawet sam Mróz.

I teraz clou wszystkiego. Każdy, kto kiedykolwiek był kiedykolwiek w mieście ze starówką, wie, żę ulice są szerokie tak, że facet z rowerem w poprzek potrafi zablokować ruch na dobrą godzinę. W Opolu nie jest inaczej. W sobotę ruch jest dwa razy większy niż normalnie.

Na pewno nie da się zapierniczać 80 km/h. Ani stówą na szagę przez czteropasmowe skrzyżowanie ze światłami.  W dodatku cały czas trzymając ultraostry nóż na szyi zakładnika.

Czy ja już wspominałam, że większość trasy to takie wertepy, że nawet autor je wspominał?

W Opolskich korkach stoi się tak długo, że można napisać książkę. To miasto jest znane ze swych korków. Każdy, kto tu raz w życiu był samochodem, będzie budził się nocami, usiłując zatrąbić na typa przed nim.

Rozumiem licentia poetica, ale na litość wszystkich tuszy, W OPOLU?

Podsumowanie

Siłą książki jest to, że może ona spokojnie stanowić scenariusz odcinka siódmej serii jakiegokolwiek serialu proceduralnego – a to oznacza, że pasuje idealnie osobom, które po prostu chcą przetrwać wieczór. A skoro już dotarli do serii siódmej, to już od dawna nie chodzi o sprawy kryminalne, a bardziej o schemat typu dziwna zbrodnia – ciekawostki – dużo mielenia młynkiem do DNA – Główny BohaterBohatersko Konfrontuje Się Ze Złoczyńcą.

Mnie zwyczajnie znudziła.

Szyszka

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

10
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
SzyszkatanayahAgataChomikChomik Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Chomik
Gość
Chomik

Też coś czytałam, o gangach w Warszawie po I wojnie.Nudne jak cholera.Niby ciekawy temat, ale nie wyszło. Wszyscy chwalą książki o Chyłce.

tanayah
Gość

O, ta książka Mroza to jeszcze akurat i tak miała ręce i nogi 😉 Pamiętam, że mi się całkiem podobała, ale ja przy Remku wyłączam tryb analizy i zwracania uwagi na bzdury, próbując się po prostu dobrze bawić. Nie wiem, jak świadczy o twórczości Mroza fakt, że przy pewnych tytułach nawet ja nie jestem na nie w stanie przymknąć oka… Pięknie wszystko wypunktowałaś.

Agata
Gość

Podziwiam, że przeczytałaś, serio. We mnie wielki niepokój budzi liczba pisanych przez niego na raz książek oraz mnogości gatunkowej i spodziewam się całego zastępu ghostwriterów, którzy równolegle w pocie czoła nad tym pracują. Jeśli pisarz tworzy 2 książki na rok, zwykle jest wypruty i zmęczony, jakby przebiegł Saharę ze 3 razy latem. Nie wierzę w powieści publikowane co 3 miesiące.