Erotyka w literaturze

Parafrazując Wieszcza: „czytając, ciągle sobie zadaję pytanie, czy to jest miłość, czy to jest ryćkanie”… Erotyka w literaturze zawsze była i będzie. Nie każdy jednak potrafi nią odpowiednio przyprawić tekst – wystarczy spojrzeć na nieszczęsne 50 twarzy Graya.

Niniejszy tekst to część inicjatywy Śląskich Blogerów Książkowych, a dokładniej – wpisów tematycznych. Co miesiąc blogerzy zmagają się z ciekawymi tematami okołoksiążkowymi. Serdecznie zapraszam na naszego Facebooka! W tym wpisie też jest mała konkursowa niespodzianka – szczegóły na końcu tekstu.

Pierwszy krok w chmurach

Kiedy zobaczyłam temat na sierpniowy wpis tematyczny, poczułam, jak zalewa mnie cała lawina zagadnień, tematów, książek na ten temat. Erotyka budzi rumieńce – dosłownie i w przenośni – więc i materiałów miałabym ło ho ho i jeszcze trochę. Zastanowić się nad zasadnością umieszczania scen erotycznych w książkach? Wymienić te tytuły, które autentycznie budzą pewne pościelowe myśli? A może zastanowić się nad historią literatury erotycznej?

Wszystko to skłoniło mnie do wspomnień – kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z taką prawdziwą, gorącą erotyką? Nie taką w stylu bajkowym, gdzie Szeherezada opowiada sułtanowi baśnie, a w międzyczasie rodzi mu dwójkę dzieci. Albo moje ulubione – książę zamieniony w cośtam śpi z księżniczką, ale ona nie może na niego patrzeć, oczywiście ona się gapi i książę z fochem znika, a księżniczka, zazwyczaj w połogu po urodzeniu rzeczonemu księciu paru dzieciąt, zaiwania przez pół świata w żelaznych butach, by go odczarować.

Rozumiecie: erotyka z prawdziwymi narządami płciowymi, ukrytymi za enigmatycznymi słowami typu „męskość” czy „kobiecość”.

Z fletem i cyckiem

Mieli szerokie ramiona, które były przyczyną śmierci ich matek. W ogóle wszystko mieli jakieś takie większe – oczywiście dotyczy to również ich narządów płciowych. Co pokolenie rodzi się jeden przeklęty, służący niejako Temu Pradawnemu Złemu. Ale ostatni z rodu, który postanowił się nie rozmnażać, zakochał się i przepadło, rozmnożył się tak, że w ostatnim tomie drzewo genealogiczne rodziny Ludzi Lodu ledwo mieściło się na dwóch kartkach.

Tak, moi drodzy. Pierwszy erotyk, jakiego doświadczyłam, to był podczytywany ukradkiem tom Sagi o Ludziach Lodu. Pamiętam jak dziś komitywę z przyjaciółką Brygidą, że czytamy na zmianę, żeby nas mamy nie przyłapały, a potem będziemy sobie opowiadać.

I choć sama seria dziś wydaje mi się kompletnie naiwna, nie da się zaprzeczyć, że pomysły autorka miała nieziemskie. Mało tego – okazuje się, że dla sporej dawki pań w moim wieku przygody Silje i Tengela też były tym pierwszym krokiem w chmurach. „Pamiętasz tę, no… no… jak ona się nazywała… na okładce był goły cycek i flet”. No oczywiście, że Tula.

Magia i erotyka

Tak się jakoś utarło, że erotyka to domena książek o dość niskich lotach. A przecież sprośności pisali i Fredro i Tuwim, nawet Kochanowski pisał o kocie o twardym ogonie… Seks budzi emocje i bardzo łatwo wywołać u czytelnika niezdrowe podniecenie, zaszokować go, przestraszyć używając seksu. Seks to nieodłączny towarzysz horrorów (panie Masterton, to do pana, pan King również proszony na salę). Seks jest osią rytuałów, obrządków, pogaństwa i magii, a nawet odskocznią od spraw kryminalnych.

Przeczytałam go chyba w każdym możliwym aspekcie i odsłonie, od urokliwych, pełnych eufemizmów pierwszych uniesień do brutalnego gwałtu połączonego z morderstwem. Seks niszczący (zdrada, przywoływanie demonów, opętanie) i seks leczący (rytuały odrodzenia świata, spotkania po latach, spotkanie dwóch dusz).

Powiem tak: ja mogę przeczytać każdego jednego penisa świata, o ile jest dobrze napisany.

Dobry ptaszek nie jest zły

Przyznam się, że erotyka w książce kompletnie mi zwisa i powiewa – nie uważam jej ani za ubogacenie ani za obniżenie wartości książki. Seks jest dla mnie czymś naturalnym: ludzie to robią. Po prostu. Śmiesznie, smutno, po pijaku, gorąco i z nudów. To, co dla mnie jest ważne, to żeby był we właściwym czasie, miejscu i PO COŚ.

Wiecie, jak odróżnić seks z sensem od pisanego pod publiczkę? To takie momenty, że gdyby to był film, to poszlibyście robić herbatę, bo czulibyście się jak podczas przerwy na reklamę. To taki seks, który uprawia para po siedmiu latach chodzenia, bo „no już wypadałoby”. Zazwyczaj w bardzo prymitywny sposób budowane jest napięcie między bohaterami tu i ówdzie w fabule, a potem ni z tego ni z owego bzykanko. Bardzo często się na to natykam w powieściach, gdzie bohater jest męskim bardzo mężczyzną nad mężczyzny. To nie jest erotyka, to jest dowód na to, że facet jest zarąbisty (wszystkie Bondy i inne szpiegi, detektywy, policjanty pisownia celowo niepoprawna).

Nie oznacza to, że nie lubię czytać porządnego rżnięcia, z opisem pozycji, jak to ten pan łomoce, a pani się wygina. Ale uważam, że na wszystko jest czas i miejsce.

Literatura z pieprzykiem

Osobną kategorię stanowi literatura erotyczna – pisana li tylko jedynie w celu opisywania różnych różności fizycznych. I znowu: przyzwyczajeni jesteśmy, że to jakiś babski szmatławiec. Nie wiedzieć czemu z automatu się zakłada, że lektura ta jest tylko dla pań, przez co panowie jej nie czytają, a powinni, żeby się czegoś nauczyć – na przykład języka erotyki działającej na kobiety.

Nie będę się zagłębiać w zagadnienie erotyki damskiej i męskiej, bo to temat rzeka, ocean wręcz, tu musiałabym posłużyć się przykładami, a nie czas i nie miejsce ku temu (rzucę jedynie, że konia z rzędem temu, kto znajdzie porno kręcone z perspektywy kobiety, spomiędzy cycków z perspektywą na śliczny, umięśniony tors i brzuszek).

Zamiast tego polecę Wam fenomenalny chiński erotyk, Kwiaty śliwy w złotym wazonie. Powieść została napisana… w XVI wieku. Zawiera jakieś niesamowite ilości opisów obyczajów, obrzędów, tradycji, ale również niespotykanie wiele scen erotycznych. W Polskiej wersji okrojono obyczaje (na przykład jakiś koszmarnie długi fragment dotyczący pogrzebów) i zostawiono pikantne, urokliwe opisy bezeceństw głównego bohatera i jego żon oraz kochanek.

Jest to jedna z najciekawszych książek, jakie czytałam, a opisy są doskonałym połączeniem poetyki i sprośności. Seks jest po prostu radosną, przyjemną czynnością dwojga ludzi… a czasem jest też narzędziem wywierania wpływu, bronią, podarunkiem. Każdy autor, który przebąkuje o seksie w swoich książkach, powinien przeczytać tę powieść. Inaczej będzie puszczał takie babole jak Brett w Malowanym człowieku, gdzie zgwałcona grupowo dziewica chwilę potem zaciąga do łóżka chłopaka, żeby „wymazać” gwałt. NO NIE.

Nie wstydźmy się seksów

Ostatnimi czasy przeczytałam serię Dwory Sarah J. Maas i przyznam, że zmieniła ona moje podejście do literatury wrzucanej do worka jako „erotyczne fantasy”. Znaczy takie gorsze. Takie… babskie. Co ciekawe, same kobiety podtrzymują tę narrację, mówiąc, że to „taka wstydliwa przyjemność”, bo przecież „porządny” czytelnik nie będzie się zajmował głupotkami. A ja Wam mówię – koniec z tym!

Mężczyźni też mają swoje „guilty pleasures”, tylko wiecie co? Oni się nie czują w ogóle winni! Mało tego – my, kobiety, też czytamy te historie z wypiekami na twarzy. Wszystkie historie o przekozaku, który rozrąbuje przeważające siły  wroga, chytry niczym dziecko Richelieu i Lisa Witalisa, zbierający łomot przy każdej okazji… wiecie, co to jest? Szklana pułapka. Fajny bohater, któremu kibicujemy, gdy morduje. W „naszych” książkach nie ma mordowania, jest seks… no dobra, mordowanie też zazwyczaj jest. Czasem więcej go niż seksu. I nikt przecież nie powie, że taka Gra o Tron to jest kiepska, prawda?

Dwory mają tego seksu mało. Jak na lekarstwo. W drugiej części trzeba czekać ponad 50 rozdziałów na trochę akcji. Ale seks tam ciągle jest: w gestach, spojrzeniach, sytuacjach. Seks zaczyna się w głowie, a nie w waginie i to jest przepięknie tam pociągnięte. Bo mnie na ten przykład o wiele bardziej podniecają słowa „tańczyłem z wieloma dziewczynami, ale z tobą… z tobą jest inaczej” niż „poczuła, jak wypełnia jej wnętrze swoim gorącem”.

Gdzie ta końcówka?

Wbrew pozorom nie chodzi tu o męską końcówkę, a raczej o koniec tekstu – piszę, piszę i nawet nie uszczknęłam setnej części z tego, co chciałabym napisać. Przyznam bez wstydu – lubię erotykę w książkach. Lubię ją pisać – wbrew pozorom to nie jest takie łatwe! Lubie, kiedy autorzy podkręcają sytuację tak, że sam akt to tylko wisienka na wspaniałym torcie. Lubię czytać seksy ocierające się o rejony, w które sama niekoniecznie chciałabym zawędrować.

A najbardziej, najbardziej lubię to uczucie przyjemnego rauszu, które mnie ogarnia po dobrej scenie łóżkowej. Jak po wyjątkowo udanej pogoni za złoczyńcą, tylko umiejscowione trochę niżej. Jestem zdania, że wszystko jest dla ludzi. Grunt, żeby literatura nie przesłoniła nam rzeczywistości – ale to dotyczy nie tylko erotyki, prawda?

Może kiedyś się pokuszę o stworzenie listy „gorących” książek. Ale to już temat na następny wpis.

Szyszka

PS: Zauważyliście, że jedno słowo jest takie jakieś dziwne? To dlatego, że Śląscy Blogerzy Książkowi mają dla Was konkurs łańcuszkowy od bloga do bloga. Wpadnijcie do Tanayah na start, żeby dowiedzieć się więcej!

(obrazki pochodzą ze strony unsplash.com)

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Email this to someone
email

10
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
IwonaChomikSzyszkaChomikChomik Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Ania
Gość

Tak czekałam kiedy pojawią się Dwory i się doczekałam 😄. Też pierwszych rumieńców dostawałam przy SOLL. Może i proste ale autorka miała dużą wyobraźnię ☺. Erotyka mi nie przeszkadza jeśli ma jakiś sens dla fabuły. Jeśli jest tylko wciskana na siłę, żeby książka była grubsza i spodobała się większej ilości czytelników, to nie dla mnie. Ale odrobina pikanterii nie zaszkodzi 😊

Chomik
Gość
Chomik

goły cycek i flet”. He, he, to wszyscy znają.Ja się wymieniałam z koleżanką uwagami „A wiesz kto wywołał I wojnę?” „Tengel Zły!!!
A czytałaś kiedyś „Ksina” Lewandowskiego?Bohaterka mówi w łóżku :Oraj mnie, oraj!!!
Najgorsze seksy są w fanfikach, kiedy młode dziewusie anatomii nie znajom..
Mnie się w szkole podobała Colette, słodka taka.A „Skiroławki”Nienackiego przeczytałam, bo mama schowała je w szafie pod spódnicami..Kiedyś mi się Goodkind podobał, ale później mi obrzydł, za dużo wymyślnego okrucieństwa.
Strasznie miły tekst, dziękuję.

Iwona
Gość
Iwona

Jak ja czekałam na kolejny tom „Sagi o Ludziach Lodu”! Ukazywały się co miesiąc, najczęściej pochłaniałam je jadąc pociągiem na zajęcia lub z zajęć. Czasem lubię do nich wrócić.