Frankenstein – Mary Shelley

fran

Historia Frankensteina i jego nieszczęsnego Potwora rozpala umysły wielbicieli grozy od pierwszych momentów, kiedy ukazała się drukiem. Młodziutka Mary  Shelley w przebłysku geniuszu stworzyła opowieść o cierpieniu, człowieczeństwie, dotknęła problemu tworzenia życia i powszechnej hipokryzji. A może po prostu nadała kształt bolączkom, które dręczą nas od zawsze?

Sama historia jest znana – ot, naukowiec-geniusz, gnany ciekawością i chęcią pokonywania kolejnych granic tworzy ludziopodobną poczwarę z ciał umarlaków. Potwór jest momentami bardziej ludzki, niż jego stwórca, jest ciekawy etyki, moralności, zadaje pytania o sens istnienia, a i my się zastanawiamy, gdzie zaczyna się właściwie człowieczeństwo.

Kiedy sięgałam po książkę, sama nie wiem, czego oczekiwałam. Nie będę udawać, że czytałam wcześniej Frankensteina – jak większość znanych mi osób miałam po prostu jako takie pojęcie, co mogę zastać w środku. Wiedziałam, że będzie to powieść gotycka, czyli szalejące uczucia, gwałtowne uniesienia, emocje spływające po kartkach, mrok i zepsucie, ot, wiecie, takie Wichrowe Wzgórza z potworem w tle. Dużo się nie pomyliłam, ale mnie akurat taki styl pisania nie przeszkadza, a hektolitry dramatyzmu mnie raczej rozczulają niż nudzą.

Nie przypuszczałam jednak, że lektura będzie aż tak fascynująca. Trup ściele się gęsto, czarna rozpacz targa bohaterami, niewinne dziewczę idzie pod katowski topór, chwile szczęścia okupione są cierpieniem, a w tym wszystkim Potwór, tak cudownie nieokreślony. Czy rodzimy się źli, czy to świat nas takimi stwarza? Jak często osądzamy po pozorach?

Powieść gotycka szczególnie lubuje się w idei ponadczasowego zła jako odrębnego bytu, jednak Marry Shelley sprytnie rozmywa granice między dobrem a nikczemnością. Potwór tkwi w każdym z nas i wystarczy zła wola otoczenia, żeby wydostał się na zewnątrz, z krwawiącą duszą i pragnieniem pomsty za doznane krzywdy. Potworem Frankensteina jest słynna Carrie Kinga,  którą na początku książki tłum dziewcząt osacza pod prysznicami, jest nim również chory psychicznie Norman Bates z Psychozy, Upiór w Operze, Rorschach z Watchman

Czy nazwałabym tę powieść horrorem? Nie sądzę. Owszem, idea stwora złożonego z martwego ludzkiego mięsa jest dość niesmaczna, eksperymenty na ludziach również do najmilszych nie należą, ale Frankenstein to coś więcej, niż książkowe straszydło. Jego moc polega głównie na tym, że uświadamiamy sobie, jak blisko nam do Potwora i jak płytko pod powierzchnią dobrych obyczajów i grzeczności on się kryje.

Wydanie, które wpadło mi w łapki, ma świetne, mroczne ilustracje, bardzo ekspresyjne i wywołujące ten niezwykły dreszcz emocji. Jest też pierwszym polskim wydaniem wersji oryginalnej, pierwszej, jaka wyszła spod pióra Mary. No i na końcu znajdziemy jeszcze bonusowe opowiadania. Wszystko składa się na naprawdę świetny kawał literatury.

Czytelnika może razić kwiecisty styl czy przydługie opisy, ale zachęcam, żeby dać się porwać w ten mroczny, szalony wir ludzkich emocji.

Marry Shelley, Frankenstein
wyd. Vesper, 2013

3 Replies to “Frankenstein – Mary Shelley”

  1. Frankenstein nie był doktorem tylko studentem ;P

  2. no patrz, tak mnie popkultura zmąciła, że odruchowo wpisałam! Już poprawiam, dzięki!

Dodaj komentarz