Instytut – K. C. Archer – Szajs Tygodnia

Zdarza się, że sięgam po książkę i od razu wiem, że to będzie Szajs. Darczyńca co prawda uprzedzał, z szatańskim błyskiem w oku, że padnę przy czytaniu, ale ostatecznie przekonał mnie opis fabuły. Proszę Państwa, tekst z tyłu okładki zaliczył takie przepiękne, klasyczne szajs-bingo, jak dawno. Trzymajcie się, bo mam siedem stron notatek do tego cuda.
Będą spojlery. DUŻO. Właściwie to streszczę Wam całość, bo to szajs pierwszej wody.

Pierwsze wrażenie

BzNM spotyka TN i idzie do SMm gdzie OS, MP i w rezultacie DSoSiŚ to mój najulubieńszy zestaw. Pozwólcie, że rozszyfruję: Bohater(ka) z Nieuświadomioną Mocą spotyka Tajemniczego Nieznajomego, idzie do Specjalnego miejsca dla takich jak on(a), gdzie Odkrywa Siebie, Ma Przygody i na koniec książki Dokonuje strasznego Odkrycia o Sobie i Świecie.

Ponadto bohaterka jest krnąbrna, co jest literacką syreną alarmową, że autorka się STARA być feministyczna, ale nie na tyle, żeby jej bohaterka miała mózg. Dusza zaczęła mi popiskiwać z radości.

Harry, jest żeś czarodziejem!

Od pierwszego akapitu wiem, że czeka mnie niezła jazda, bo autorka stosuje zabieg, którego nienawidzę: zatrzymuje akcję, po czym bardzo szczegółowo wyjaśnia, co bohaterka widzi i co to znaczy. Zero finezji, opisy z góry do dołu, bohaterka zamiera w bezruchu i się gapi.

Nasza Teddy (lat 24), bo tak się panna zwie, ma plan ograć kasyno, bo z jakiegoś powodu ma długi u Siergieja Żarkowa. Powody są tak tajemnicze, przejmujące i straszne, że autorka woli nam opisać szczegółowo gdzie wpijają się majtki bohaterce, niż wyjaśnić mechanizm wpadnięcia w dług u rosyjskiego bukmachera. Uprzedzam, że banalne „pożyczyła i spłaca” nie wchodzi w grę.

Siergiej Żarkow jest wspominany prawie tak często jak dyskomfort fizyczny bohaterki, która musiała się przebrać, żeby przemknąć przez ochronę. Widzicie, Teddy tak doskonale gra w pokera, że ma zakaz wstępu do kasyn i musi ubrać pierdzące majtki (nie pytajcie).

W międzyczasie wszystko w fabule wyje, że Teddy jest Wyjątkowa i tu też mamy bingo. Sierotka, o srebrnych oczach! Czyta w myślach! Przeciwności losu ją gnębią! (czytaj Siergiej Żarkow oraz Tajemnicze Fiasko w Stamford). Taksówkarz powiedział do niej „panienko”, więc jest ofiarą prześladowań patriarchatu! Ja tego nie zmyślam, autorka każe bohaterce o tym wszystkim MYŚLEĆ, bo po co się silić w narrację, skoro można wszystko streścić.

No, ale ja czekam na Hagrida. Pojawia się Potencjalny Hagrid i akcja staje na dobre trzy czwarte strony opisu modela z katalogu Bądź jak Bond, edycja wiosenna. Oszczędzę Wam tej tortury opisu opalonych przedramion i oceny rozstawu sutków pod koszulą – ważne jest, że nasza heroina z mety czuje kisiel w majtkach. Bond oczywiście ogrywa Teddy na koniec wieczoru, niwecząc jej plany spłaty długu (Siergiej Żarkow!). Teddy zmyka niepyszna i wtedy pojawia się Właściwy Hagrid! Nachyla się jej do uszka, mówi „jest żeś czarodziejem”, że naskarży na nią jej przybranym rodzicom oraz patrz, kto idzie (Siergiej Żarkow!). No chyba, że pójdzie do szkoły dla czarodziei.

Nazwanie Teddy „panienką” było seksizmem, ale powyższe wcale nie śmierdzi Harveyem Weinsteinem. Panna oczywiście korzysta z tej wspaniałomyślnej oferty, bo Siergiej Żarkow dyszy jej na kark i na pewno zabije przybranych rodziców, pal sześć mamusię, ale Teddy kocha swojego tatkę i jego naleśniczki.

Hogwart – Hogwash

Autorka najwyraźniej otwarła pierwszy tom Pottera i ciśnie według niego akcję. Okazuje się, że Hagrid jest tak naprawdę Dumbledorem i naszą Teddy kopnął wielki zaszczyt. Z mety stawia ją to na świeczniku, przez co zaczynają się pętać przy niej pozostali bohaterowie. Teddy oczywiście jest krnąbrna, czyli reaguje burkliwie na wszystko i wszystkich, a ja czekam na Tiarę przydziału.

Pierwszą ofiarą fabuły jest Molly, która jest superhakerem-empatą (bo jak się pisze kod, to się tam zostawia cząstkę siebie i Molly to wyczuwa) i z opisu przypomina Amy z Big Banga. Idziemy dalej, by spotkać Jillian, która ma grzywkę jak gigantyczny abażur i wszystko duże, a ponadto potrafi rozmawiać ze zwierzętami. Na nikim to jednak nie robi wrażenia. Pojawia się też Jeremy, który nie jest przystojny, więc dostaje zaledwie linijkę opisu (co jest Podejrzane), w przeciwieństwie do Lucasa, zwanego Piro. Lucas pochodzi z katalogu Niegrzeczny Opalony Włoch, edycja letnia – oliwkowa skóra, tatuaże, potrafi wzniecać ogień palcami.

Nasza bohaterka oczywiście bardzo by chciała, żeby jej tymi palcami coś powzniecał, on też by chciał, ale z jakiegoś powodu Teddy dostaje mózgu pensjonarki i opiera się zalotom przystojniaka. Przy okazji dowiadujemy się, że seksizm według autorki to przypadłość mężczyzn, bo kiedy kobieta traktuje chłopa jak kawał mięcha, to jest wyzwoloną feministką.

A Jillian jest naga w pozycji drzewa. To jest Zabawne.

Tiara przydziału

Kolejny kawałek brzmi jak vege propaganda połączona z new age’owskim pierdzeniem na temat „oczyszczania ciała i umysłu”. Są też jakieś chaotyczne testy pseudo psychologiczne, Teddy miota się pomiędzy byciem cnotliwą panienką a zbuntowaną pancurą. Ponadto w szkole jest podział na alfy i odmieńców – czyli buców i przegrywów. Wcale to nie śmierdzi Zmierzchem. Ciekawe, czy odmieńcy iskrzą się po wystawieniu na słońce?

Autorka nawet tak trochę próbuje nadać alfom jakiś rys indywidualności, ale wychodzi jej to gorzej niż rozwijanie romansu między Teddy i Piro. Uświadomię Wam skalę beznadziei: najzabawniejszym momentem jest przypadkowe rąbnięcie Pira w krocze. Ponadto mamy: leniwe opieranie się o ściany, zapijanie focha (no bo on patrzy na inną, podczas gdy ja mu dałam całe ZERO powodów do zainteresowania mną, jak on śmie), opieranie się o ścianę, smętne ględzenie o traumach, jeszcze trochę ględzenia, a w ramach wielkiego finału – podpalenie prześcieradła. PRZED seksami.

Ale przynajmniej nie opisują już wege żarcia.

Nastolatka w FBI

Oczywiście okazuje się, że Teddy ma nie tylko Moc, ale wręcz Szmoc. Oczywiście tutejszy Dumbledore postanawia ją uczyć prywatnie, bo z wielką Szmocą przychodzi wielka Łodpowiedzialność. Autorka strasznie stara się być poważna i serio-serio, więc rozpaczliwie zarzuca nas ciekawostkami naukowymi, licząc, że pseudo naukowe ukradkiem w stadzie przejdą. Jakoś ta kareta zaprzężona w woła z kwiatkiem w kożuchu się toczy.

W dół przepaści.

Bardzo. Bardzo. Powoli.

Tania drama przewija się z opisami lekcji, następują jakieś interakcje. Boski Piro zamienia się w kupkę mokrych szmatek, bo Teddy go olewa na zmianę z przedmiotowym traktowaniem, w dodatku nie chce z nim się seksić. Pojawia się Bond z pierwszych stron powieści i po tym, że autorka powiela opis jego boskiego ciała możemy wnioskować, że szykuje się Wielki Zwrot Akcji. Niestety, na razie mamy tylko małe, żałosne wojenki głupich bab o względy różnych facetów.

Zaczynam marzyć, żeby wrócili do opisywania wege żarcia.

Szmoc Teddy przyczynia się do kolejnych kłopotów, ponadto bohaterowie postanawiają się włamać na internety, no bo jakże to tak bez sprawdzania fejsbuczka. Oczywiście wpada Teddy, jakże by inaczej, prosto na Bonda, który okazuje się fumflem Dumbledora. Obydwaj panowie tuptają troszkę ze złości nóżkami, ale generalnie to mają ochotę przyznać pięć punktów Gryffindorowi.

Czekam, aż Dumbledore wezwie Teddy i zdradzi jej jakiś Mroczny Sekret o jej rodzicach, po czym narysuje jej błyskawicę na czole.

Nie pomaga fabule to, że jest zwyczajnie nudna. Już wolałam, jak były te żenujące opisy żelaznych mięśni i gorących dłoni. Nawet wege żarcie bym zniosła. Wszystko tylko nie kolejny foch bohaterki i długie, wtórne opisy treningów psychologicznych: „obiekt w ruchu ma tendencje do pozostawania w ruchu”, „nie ma łyżki”, „a teraz kolega opowie wam historię, a wy nazwiecie emocje związane z tą historią”, „umieść ciało astralne w pałacu pamięci” i, do zarzygania, „z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność”.

No dobra, dowiadujemy się też, że pierwotną wersją wiadomości tekstowych były gołębie pocztowe. I że psy nie mają poczucia czasu, co jest oczywiste, inaczej nazywalibyśmy je zegarami. Tarzam się ze śmiechu jak zapowietrzona foka.

TAJEMIIIIIIICA

Autorka sili się jak może, żeby stworzyć atmosferę niepewności i zagrożenia, ale robi to z gracją labradora z metrowym patykiem w pysku. Jest strona 222. Jestem w stanie wskazać palcem, kto robi za Główną Mackę Głównego Złola w tym równaniu.

Diabelnie nie chce mi się czytać, an szczęście jest opis egzaminu i jak dotąd jest to jedyny naprawdę wciągający kawałek książki. Co prawda kończy się wszechobecnym fochem wszystkich na wszystkich, ale przynajmniej po raz kolejny możemy obserwować, jaką nieokiełznaną Szmoc ma bohaterka. W rezultacie jedyna osoba, która uczyła tę Szmoc opanowywać, dramatycznie wycofuje się z pomocy, Dla Dobra Bohateressy.

Jeszcze nie dotarliśmy do zapowiadanej z tyłu książki Niebezpiecznej Misji, która zmieni życie bohaterki. Mam tylko nadzieję, że zmieni je pozytywnie, bo na razie Teddy jest denną, egoistyczną kozą i ma zdecydowanie za wysokie mniemanie o sobie. Autorka niemrawo próbuje skleić jakiś sensowny ku temu powód, ale równie dobrze mogłaby dolewać oliwy do żwirku.

Dhramat, Thragedyja i Głembia

Niebezpieczna Misja pyknęła tak szybko, że nie zdążyłam zauważyć. Dobrze, że pojawił się Potencjalny Główny Złol i zaczął nadawać na Dumbledora. A ja sobie myślę, że jesteśmy teraz w trzeciej części Pottera i ten Złol to tak naprawdę Syriusz Black, wrobiony w morderstwo. Niestety, Teddy nie czytała Pottera, więc postanawia sprawdzić rewelacje Pseudo Syriusza. Robi to oczywiście w najbardziej sensowny sposób, udowadniając nam, że kisiel w majtach ma więcej rozumu niż mózg: idzie do łóżka z Bondem.

I nawet, cholera, nie ma Sceny. Jest odgarnięcie kosmyczka, buzi i lekkie miziando, a potem jest rano i Teddy ma moralniaka. Tylko przez chwilę, bo zajmuje ją ponownie udowodnienie, że Dumbledore jest sprzedajnym gliną i wrobił biednego Złola-Syriusza.

Teraz gwóźdź programu: bohateressa nie oganęła, kim jest Złol-Syriusz. Miała w ręce TYLKO zdjęcie typa stojacego obok Dumbledora i jej rodziców. Facet ma blinę przez pół ryja (na zdjęciu też). Ale nie, Teddy nie załapuje.

Proszę państwa, teraz następuje Wielki Finał. Jest to historia włamu do FBI.

Wielki Finał i Większy Banał

Zaczyna się od tego, że Dumbledore robi wreszcie to, na co czekałam od początku książki: opowiada bohaterce, jak to znał jej rodziców, historię śmierci taty, zniknięcie mamy i przejęcie małej Teddy w formie koszyczka z podrzutkiem. Bohateressa oczywiście strzela focha i utwierdza się w przekonaniu, że Dumbledore jest fu fu ble ble.

Przechodzimy do Planu Właściwego, który jest tak… żenująco głupi, że Gang Olsena wstaje i bije gorączkowo brawo zza krat. Generalnie chodzi o wyciągnięcie jakiegoś pliku z Głównego Komputera FBI, gdyż wg Autorki Dumbledore jest debilem i nie usunął dowodów na swoje machloje. Ale jak się do tego komputera dostać?

Tu następuje absolutny szczyt debilizmu całej książki, po prostu śmietana w śmietanie upośledzenia literackiego autoressy: Zbiegi Okoliczności Wyciągnięte z Dupy. Teddy wygrywa wycieczkę po siedzibie głównej FBI. Teddy traci resztki przyzwoitości i szantażuje koleżankę superhakerkę, by pomogła we Włamie. Teddy dostaje pendrive z wirusem, ma go po prostu wetknąć w komputer Bonda. Za każdym razem, kiedy Bond zaczyna coś podejrzewać, ktoś go woła do innego pokoju. Największym problemem jest to, że Gang Olśnienia nie dostał pokoju w hotelu koło siedziby FBI na najwyższym piętrze, więc wifi będzie za słabe na dokonanie Włamu.

Teddy obserwuje jak jej koledzy latają po dachu próbując złapać wifi, Bond daje się zbić z tropu pytaniem, które płoszy każdego stereotypowego nastolatka (uprawialiśmy seks, jak myślisz, dokąd zmierza nasz związek?). Koleżanka hakerka spada na mordę z dachu, ale na szczęście jeszcze zdążyła wysłać do bohateressy dowody obciążające Dumbledora. Autorka brnie przez fabułę jak żuczek na plecach, następuje alarm bombowy. Teddy łapie pendrive i ucieka z budynku zanim Bond ogarnie, że nie ma 16 lat, a Teddy 12, więc seks nie powinien być raczej problematyczny.

Spadniętą z dachu koleżankę ekipa zgarnia i zawozi do szkoły, bo przecież nie do szpitala. Szkolna higienistka gładko kupuje baję o spadnięciu ze skalnej ściany i o tym, że ekipa nie wezwała karetki, bo koleżanka nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Tymczasem Gang Olśnienia zostaje wezwany na dywanik do Dumbledora, który już wie o włamaniu. Skąd?

Bo żaden z jasnowidzów nie wpadł na to, że w kwaterze FBI są kamery.

W tym momencie następuje cud, bo ja nie umieram ze śmiechu.

Zamiast zamknąć całą ekipę w pierdlu, z obitymi za karę pośladami, słuchamy wyjaśnień jak to Dumbledore MUSIAŁ zamknąć Złola-Syriusza. Leci to mniej więcej tak: no wiecie, rozumiecie, nie mówiłem wam wszystkiego, czekałem z tym na tom drugi, ale skoro sprawa się rypła jak wasza koleżanka z dachu, to opowiem wam całą prawdę. Ten pan to jest Główny Złol, na pewno i ja to wiem, a teraz sio do pokojów i uczyć się do egzaminów końcowych.

Dumbledore też nie czytał Harrego Pottera.

Epilog bez polotu

Autorka zapomina, że powinna jeszcze przez chwilę utrzymywać w tajemnicy, kto jest Główną Macką Złola w tym roku szkolnym. Podsuwa nam podpowiedzi niczym betonowe koła ratunkowe, bo ważniejszy jest opis, jak to bohateressa uczy się za pomocą Szmocy odbijać kule z pistoletu. Wcale nie przeczuwam, że Finał Finałów będzie miał z tym coś wspólnego.

Złol-Syriusz daje nogę z rozprawy, która udowadnia jego niewinność. Przy czym Autorka od razu wyjaśnia, że on naprawdę nie tylko jest niewinny, ale też walczy z Głównym Złolem. Podkreślam: WYJAŚNIA. Zero niepewności, lecimy dalej.

Następuje epicka scena, w której bohaterka, jasnowidzka i telepatka na placu pełnym telepatów nie daje rady wezwać pomocy. Pada Strzał, oczywiście zostaje Dramatycznie Odbity Szmocą. Dowiadujemy się, że Główną Macką Głownego Złola jest jedyny mężczyzna, który nie powodował kisielu w majtach u bohateressy. Ja płaczę ze śmiechu i tarzam się na futonie.

Będzie tom drugi, trzeci i piąty, przepowiadam wam.

Podsumowanie

Książka jest wtórna jak treść żołądkowa krowy, nielogiczna i żenująca. Bohaterowie są pozbawieni głębi i treści: autoressa nie tylko wycina ich według jednego szablonu, ale i koloruje trzema kredkami na zmianę. Wszystko jest żenująco naiwne, klejone na kolanie, a Wielki Finał jest prostszy niż fabuła Boba Budowniczego.

Dialogi prowadzone są tak, żeby broń Boże nie było za bardzo logicznego ciągu między kolejnymi wypowiedziami. I to nie jest wina tłumacza czy redaktora – to jest tak napisane. Istnieje ograniczona ilość sensu, którą się da wyciągnąć z konwersacji, która mniej więcej brzmi:

„Strażnik przed opancerzonym wejściem na teren szkoły:
– Dowodzik proszę.
– Właśnie się zastanawiałam jak dojść do domków plażowych.
– Proszę o podpis”.

Albo przy opisach typu:

„Miała blond włosy sięgające do pasa i falujące, jakby dla podkreślenia każdego słowa. W połączeniu z grzywką i bransoletami sprawiło to, że Teddy zaczęła się zastanawiać, czy kobieta nie pomyliła drogi.”

Podejrzewam, że autoressa napisała książkę będąc w liceum: inaczej nie można wytłumaczyć tego, że dorośli ludzie zachowują się jak rozwydrzona młodzież z dobrych domów między lekcją matmy i wuefu. Istnieje też gorsze wyjaśnienie: autoressa zatrzymała się mentalnie na tym poziomie. Patrząc na pełne zachwytu piania w recenzjach dookoła, to choroba większości jej czytelników.

Ponadto nie mogę wyjść z podziwu, że nie było w powieści nic więcej ponad opis z tyłu okładki.

A teraz najśmieszniejsza rzecz:

Aneta Jadowska na tej samej okładce przekonuje, że Instytut Whitfielda to nie kolejny Hogwart…

Oczywiście, że nie jest. Chciałby być. Jak trzynożna koza, która chce być mistrzynią krawiectwa. Albo gołąb, który chce być smsem.

Niestety, pies nie może być zegarkiem.

Spodobał Ci się ten wpis? Poślij go dalej!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

12
Dodaj komentarz

avatar
7 Comment threads
5 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
8 Comment authors
SzyszkaCharlie BibliotekarzGosiaZbyszekJaga Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
piotr (zacofany.w.lekturze)
Gość

Proszę nie obrażać Boba Budowniczego!

Chomik
Gość
Chomik

O matko i córko!!!! Co to było?!

Mania Slivinska
Gość

… ta książka brzmi jak dzieło kogoś z ciemnej strony mocy. Post prześmieszny <3

Jaga
Gość

Wow… Dlatego nie ufam polecajkom od autorów, nawet ulubionych. Gusta są różne, nawet do polecajek Gaimana podchodzę jak kot do jeża. Do dziś pamiętam jak próbowałam przeczytać Zenith, bo Sarah J. Maas poleciła.

Zbyszek
Gość

To chyba nawet szajs roku, mam przekonanie graniczące z pewnością. Można się pośmiać, a nawet doznać szoku, wyłącznie dla ludzi o mocnych nerwach.

Gosia
Gość

nie znam książki i raczej już nie przeczytam, Ale twoją recenzję przeczytałam z przyjemnością, piszesz pięknie,

Charlie Bibliotekarz
Gość

Przecudowny wpis. Uśmiałem się jak norka albo fretka. Sam nie wiem co się bardziej śmieje. Zwłaszcza, że sam dosłownie kilka godzin temu skończyłem czytać bardzo złą książkę. Też teoretycznie w tematyce młodzieżowej i w tematyce mojej ulubionej science and fiction. Jedno wiem na pewno – tak pięknie o „Nowym świecie” Ałbeny Grabowskiej jak Ty o „Instytucie” nie napiszę, ale coś tam może się skrobnie.