Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008)

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego polski dystrybutor zdecydował się na tytuł będący hasłem reklamowym tego filmu. Ba, ciężko mi zrozumieć, dlaczego właśnie takie hasło reklamowe wybrano, mało tego, zupełnie nie pojmuję, dlaczego trailer ukazuje go jako komedię sytuacyjną… Witam w Brugii, miasteczka, które podobno dobrze jest zobaczyć przed śmiercią.

Filmik reklamowy daje nam wyraźnie do zrozumienia, że czeka nas ubaw po pachy z ciętym brytyjskim humorem w tle.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=KoE9edjEDCI]

Na szczęście niżej podpisana należy do niepoprawnych wielbicielek talentu reżysera (i scenarzysty zarazem), pana Martina McDonagh. Dlaczego? Cóż, mam szczęście mieszkać w mieście, które na deskach teatru wystawiło dwie jego sztuki, a trzecią przedstawiło w wersji czytanej. To wystarczyło, bym do filmu podeszła z nieufnością, bo  jego twórczość warstwę komediową ma, owszem, ale jest ona cieniutka jak warstwa lukru u skąpego cukiernika. Równie łatwo pęka i spada na podłogę.

Przede wszystkim „cięte riposty” w wykonaniu Farrela nie wynikają z jego nonszalanckiego podejścia do życia. Grany przez niego bohater, Ray, jest dobrym chłopakiem, choć trochę ograniczonym. Jest mordercą na zlecenie, bo… no, jest. Harry mu powiedział, że tak będzie najlepiej, a on Harremu ufa bezgranicznie. Właśnie spaprał robotę i zostaje razem z Kenem wysłany „na wakacje” do Brugii. O ile jednak Ken rozkoszuje się średniowiecznym urokiem miasteczka, tak młody chłopak wyraźnie się nudzi, przez co wdaje się w kolejne awantury.

Z kolei Ken, grany przez uroczego Brendana Gleesona (tak, to Szalonooki Moody z Harrego Pottera), jest już starym wyjadaczem w fachu „mokrej roboty”. Kiedy otrzymuje wiadomość, kto jest jego kolejnym celem, nadchodzi dla niego czas na podsumowanie dotychczasowego życia. Tak, słusznie się domyślacie, kolejną ofiarą jest Ray, który zdaje się kompletnie nie dostrzegać wiszących nad nim czarnych chmur.

McDonagh jest mistrzem zbiegów okoliczności i wyciągania drugiego dna. Jedną informacją potrafi całkowicie odwrócić wszystko, co wcześniej widzieliśmy, z zegarmistrzowską precyzją wprowadza elementy zaskoczenia i tworzy misterną opowieść o ludziach. To postacie są najważniejsze, nie fabuła. Między innymi dlatego, że kolejna informacja o bohaterze potrafi przewrócić fabułę do góry nogami i całkowicie inaczej poukładać wcześniejsze wydarzenia. Mówicie, że przesadzam? Może się tak wydawać, bo w tym filmie nie czuć tego aż tak bardzo, a ja jestem skrzywiona po „Królowej piękności z Leenane” i widzę wszystko trochę… bardziej”.

Niezwykły klimat filmu podkreślają średniowieczne uliczki Brugii, wypełnione dziwacznymi postaciami aktorów, którzy przyjechali kręcić film o obrazach Bruegela. Ray zaprzyjaźnia się szczególnie z karłem grającym jedną z głównych ról. Chłopak zafascynowany jest jego niskim wzrostem, przytacza przykłady innych filmowych karłów. Ray nie jest nieuprzejmy, jest tylko trochę powolny i bezpośredni. A my możemy tylko bezradnie patrzeć, jak umyka przed przeznaczeniem, klucząc ulicami przeklętej Brugii.

Film jest kawałkiem naprawdę dobrego, ambitnego kina, a elementy komediowe są jedynie dodatkiem do głębszej refleksji. Ukoronowaniem wszystkiego jest wbijające w podłogę zakończenie, tak charakterystyczne dla reżysera. Za to właśnie kocham go tak bardzo. Niestety, musicie sami do niego dotrwać. Uprzedzam, że będzie…hm… inaczej.

A na sam koniec dodam, że film zdobył Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny i szereg innych nagród. No i polecam „Sześciostrzałowiec”, tego samego pana. Ale o tym może kiedy indziej.

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (In Bruges), 2008
scenariusz i reżyseria: Martin McDonagh
wyst. Colin Farrel, Brendan Gleeson, Ralph Fiennes

9 Replies to “Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008)”

  1. „In Bruges” – „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” – na naszych tłumaczy tytułów zawsze można liczyć. xD

    Brzmi i wygląda zachęcająco, żebym ja jeszcze nie odczuwała takiej niechęci do Farrela… 🙁

    1. Ja go wręcz nienawidzę (wystarczył mi Sen Cassandry), generalnie nie mogę na faceta patrzeć, ale w tym filmie jest świetny. Taki autentycznie lekko upośledzony typ, dzięki temu jest łatwiej strawialny dla mnie 😀

  2. Ha, w tym filmie występuje Ralph Fiennes – żadnej więcej reklamy mi nie potrzeba! 😀

    1. No żesz Foko jedna, przecie Ci to już pokazywałam, zakręcona Foko 🙂

      i faktycznie nic wiecej nie trzeba mówić, bo jak on spojrzy…. mua!

  3. chyba sobie obejrzę… 🙂
    a z seriali, dziewczyny, w końcu obejrzałam pierwszy sezon The Wire.
    cholera, to jest dobra, mocna rzecz 🙂

    1. Ja próbowałam, ale był zbyt… normalny dla mnie. Lubię historie, przy których mogę powiedzieć „to tylko film” 😀 Mój mężczyzna natomiast chwali sobie go bardzo, zmęczył go troszkę dopiero ostatni sezon. Tak więc miłego oglądania!

  4. a dziękuję 🙂
    przyznam się, że obejrzałam cały sezon dopiero za trzecim podejściem. na początku też mnie męczyła ta jego normalność i jakaś taka beznadziejność tego świata. coś jak EZ street.

  5. […] lepszą oglądalnością. Cóż, mamy kolejny przykład złej reklamy (ostatnio wspominałam o tym tutaj, a Miranda tutaj), bo z zapowiedzi wynikało wyraźnie, że serial będzie stał humorem […]

  6. Bardzo dobry film, szczerze polecam każdemu, kto go jeszcze nie widział. No a poza tym, po obejrzeniu go Brugia stała się moim kolejnym celem (i marzeniem) podróżniczym.

Dodaj komentarz