Generalnie książek samopomocowych unikam jak ognia, wszystkie popłuczyny po Sekrecie i innych Wojowniczych Alchemików Światła za Piątą Górą odganiam od siebie patykiem. Ale książka „jak żyć” napisana przez chemika? No dobra, to może być ciekawe.
Jestem psychologiem, z gatunku cynicznych – wierzę, że ludziom można pomóc tylko wtedy, gdy sami tego chcą. Nie będę Was przekonywać, że ta książka zmieni Wasze życie, kiedy tylko weźmiecie ją do ręki. Nie zmieni go nawet wtedy, gdy ją przeczytacie. Aby to się stało, trzeba ruszyć szanowne cztery litery. Mam na myśli mózg, łobuzy.
Dobrze, ale wracamy do książki. Wszystko we mnie krzyczało, żeby podejść z przymrużeniem oka, najeżało się na myśl o kolejnych pustych frazesach, które tak często przepychają się na książkach samopomocowych. Pierwsze zaskoczenie – autor twardo stąpa po ziemi. Operuje konkretami, ale równocześnie wplata w nie kolorowe opisy. Tu i tam wskoczy wiersz, cytat, porównanie. Przypomina mi kolegę technika, który kiedyś się zachwycił wierszem i przez pół godziny próbował nam o tym opowiedzieć, z ostrożnością dobierając słów, które zardzewiały od nieużywania.
I przede wszystkim konkrety, przykłady jeden za drugim, osobiste, z nazwiskami, które wreszcie nam coś mówią, osobami, z którymi możemy się jakoś utożsamić. Proste równania, które w logiczny sposób prowadzą do szczęścia. Szczególnie szanuję autora za to, że nie narzuca swojej duchowości, a używa jej raczej jako dialogu z osobami, które tego typu rad potrzebują. Naprawdę się da przeskoczyć akapit, który budzi w nas dyskomfort i znaleźć za chwilę to samo, ale w języku przykładów z życia codziennego.
Jak pokonać lęk przed porażką? Strach przed sukcesem? W książce znajdziemy nawet porady, jak porządnie się odżywiać, aby nasz organizm lepiej sobie dawał radę ze stresem, mózg wydajniej pracował i lepiej wydatkował energię.
Znam całe stada ludzi, którzy poszli na studia i utknęli w pracy czy związku, które nie dają im satysfakcji. Naprawdę, wielu zdaje się nie wierzyć, że mają prawo wyboru, że ich los nie zależy od aprobaty drugiej osoby. Znam pary, które tkwią ze sobą tylko dlatego, że bardziej przeraża je perspektywa samotności niż znajome piekiełko. Autor spokojnie wyjaśnia: masz wybór. Zadziwiające, jak wielu ludzi czuje się niepewnie, gdy o tym pomyślą.
Książka jest gruba i wypełniona treścią aż po uszy. Niektóre rady wydawały mi się dziwne, ale skłoniły mnie do myślenia i w końcu musiałam przyznać autorowi rację. Nieco infantylne rysunki dodają jej uroku, ale mogą niestety sprawić, że ktoś odrzuci książkę jako poradnik dla prostaczków. A byłoby naprawdę szkoda.
Powiem tak – to bardzo pozytywna i sympatyczna książka, poparta przykładami z życia. Przyznam, że cały czas moja podejrzliwość czuwała w podświadomości, szukając czegoś, do czego można się przyczepić. I owszem, parę punktów mi „nie podeszło”, ale to akurat zapisuję na plus, bo gdyby wszytko było cacy i śliczniusie, to byłoby do niczego, prawda?
Jak się okazuje, chemik może być lepszym psychologiem niż niejeden absolwent tych studiów. Jeśli macie dość Paulów Kojelów samoakceptacji, sięgnijcie po Jerzego Kostowskiego – może nawet nie wiecie, że Wam to potrzebne?
Jerzy Kostowski, Przywilej wyboru. Jak żyć twórczo i szczęśliwie, wykorzystując swoje talenty
wyd. JEKOS
Chce koniecznie to przeczytać!:) Ja swoją droga uwielbiam – jak to nazwała Szyszka – „wszelkie samopomocowe” książki:)
o, jak teraz pomyślę, to faktycznie książka jest idealna dla Ciebie 🙂
Jak często na zdjęciach/okładkach towarzyszących takim publikacjom pojawiają się rozstaje i tylko dwie drogi do wyboru, podczas gdy w rzeczywistości na ogół jest ich o wiele więcej, i to z kolejnymi rozwidleniami. 😉 Jestem jedną z osób uciekających przed takimi książkami/artykułami, tym większą ciekawość więc wzbudziło we mnie twoje wyznanie „generalnie książek samopomocowych unikam jak ognia”. 😉
Ta akurat przypadła mi do gustu, bo autor jest konkretny, podaje przykłady sprawdzone na własnej skórze i w polskich realiach. No i nie wmawia, że wszyscy możemy być milionerami, raczej podkreśla rolę krytycznego zarządzania finansami i kalkulowanego ryzyka. Jak już pisałam, chętnie podyskutowałabym z autorem o tym i owym, ale bez chęci uduszenia go na miejscu, jak to miewam w 99% przypadków autorów książek samopomocowych 😛