Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz (2007) – Szajs Tygodnia)

Wszystkich, którzy po tym wpisie odsądzą mnie od czci i wiary, oskarżą o prymitywizm i brak wyczucia mówię od razu na wstępie: de gustibus i takie tam, to raz. Dwa – sama się zdziwiłam jak tak świetnie zagrany film może być tak koszmarnie jałowy i nudny… Trzy – zawsze możecie obejrzeć sami.

Mamy wszystko, co rasowy „autentyczny dramat kryminalny” posiadać powinien: eskalację przemocy, wielkie emocje, dramat przypadkowego człowieka i często pojawiający się biust , obowiązkowo zwisający i aerotyczny, bo wszystko ma być autentyczne i ludzkie. Mamy też nietypową formę przekazywania fabuły: skaczemy do tyłu, żeby zobaczyć, co doprowadziło do tragedii, patrzymy na każdego z bohaterów i poznajemy jego osobiste piekiełko.

„Najpierw trzęsienie ziemi, potem napiecie rośnie”, mówił Alfred Hitchcock, dlatego pokolenia młodych i ambitnych reżyserów z lepszym lub gorszym skutkiem popełniały zbrodnię na ciągłości czasu. Zabieg skoków fabularnych pojawia się  w rewelacyjnym „Memento”., „Rezerwowych psach”, „Pulp Fiction”, „Przekręcie” („Snatch”), stąd wiem, że można zrobić to dobrze, nie przeszkadza mi to i nawet darzę ten zabieg sympatią.  To, co jest schrzanione w tym filmie to „artystyczne” pójście krok dalej – nie tylko pokażemy retrospekcje które doprowadzą do tragedii, ale retrospekcje będą się pojawiać także w czasie PO tragedii. Powstaje pytanie: to co w końcu, do ciężkiej kiszki, było punktem kulminacyjnym filmu? Ostatnia scena? Czemu w takim razie nie zacząć od niej, jako punktu odniesienia, magicznego „tu i teraz”, nieuchronnego przeznaczenia?

Żeby zagrać nieerotyczny biust też trzeba mieć talent!

Widz zostaje oszukany. Myśli, że będzie oglądał film o tym, jak doszło do tego, że nie powiódł się napad na sklep jubilerski. Czeka, żeby zobaczyć, co doprowadziło dwójkę braci do tego desperackiego czynu. Na litość, w napadzie ponosi śmierć ich matka! Niestety zamiast bogatych portretów psychologicznych mamy bardzo mocno zarysowane jednoznaczne postaci – starszy brat to szuja uzależniona od kokainy, młodszy to słaba gnida. Aż dziw, że wcześniej na ten pomysł nie wpadli. Niesamowicie dobrze zagrane role tylko podkreślają ową jednoznaczność, jednak ciągle miałam wrażenie, że oglądam jednoaktówkę, gdzie od razu trzeba wyłożyć karty na stół, a nie dwugodzinny film.

Andy? Mamusia nie żyje! Pożyczysz mi stówę do pierwszego?

 Brat numer jeden, grany przez Ethana Hawke, ma wyraz twarzy wiecznego kretyna i nieudacznika – pracuje dla brata, jego była żona prezentuje postawę „mnie się należy”, podobną postawę ma jego córeczka. Z kolei brat numer dwa, grany przez P.S. Hoffmana, to świński cwaniaczek wykazujący się kreatywną księgowością, upodobaniem do białej sypkiej kreski i drogich gadżetów. Obaj korzystają z ciała żony drugiego, ślicznej Marisy Tomei, przy czym kobieta sama nie wie, czego chce (jest koszmarnie i żałośnie płytką postacią). Bracia postanawiają napaść na sklep jubilerski rodziców. Znaczy się – świnski braciszek postanawia, po czym wrabia w to młodszego, ten z kolei bierze kumpla i w rezultacie strzelanina, krew i posypane szkło. Za to starsza pani miała chyba największe cojones z całej bandy…

I wszystko było by dobrze, gdyby nie nieustanne „dwa dni wcześniej” czy „godzinę wcześniej”, praktycznie aż do ostatniej sceny filmu. No i totalny, absolutny brak napięcia między poszczególnymi „scenami z emocjami”. Postaci snują się po ulicy, coś tam robią, gdzieś tam dzwonią, a potem BACH i zaczynają na siebie na przykład wrzeszczeć. Jak w filmie o kręceniu filmu, kojarzycie? Aktorzy gadają, śmieją się, potem ktoś wrzeszczy „akcja!” i skaczą sobie do gardeł, ktoś krzyczy „ciecie!” i wracają do poprzedniej konwersacji jakby nigdy nic.

Więc ustaliliśmy, że jesteś kretynem, czy coś jeszcze? Krzyczę na ciebie, krzyczę!

A najgorsze było to, że mniej więcej po półgodzinie zaczęłam po prostu, ze szczerego serca życzyć wszystkim postaciom, żeby przejechał je walec drogowy. I to nawet nie ze złości na nich, ja kompletnie nic nie czułam, poza dojmującym brakiem czucia czegokolwiek! Kompletnie mnie nie obchodziły ich rozterki, nie czułam ani współczucia, ani nienawiści, byłam trochę zniesmaczona ogólnymi postawami. Dwie bite godziny obserwowania jak się jeden z drugim miotają, ciągle tacy sami, ten wrzeszczy, ten przeprasza…

Doszliśmy do sceny prawie-finałowej, zaczęło się wreszcie coś dziać. Ojej-ojej. Niby eskalacja przemocy, niby koszmar na kółkach, a ja się zastanawiam – czemu do cholery wcześniej tak nie zrobili? A kiedy nastąpił koniec, wielki i straszny, poczułam ulgę, że się to wszystko skończyło. I niesmak, że film de facto był… o niczym. O głupich ludziach robiących głupie rzeczy. Już nawet „Sen Kasandry” był pod tym względem lepszy, choć też mnie zmęczył niemożebnie.

Podsumowując – jeśli macie ochotę na jakieś „artystyczne” dramaty kryminalne z zacięciem do sztuki wysokiej – bierzcie w ciemno. Jeśli zaś macie ochotę obejrzeć film, który coś wniesie w wasze życie poza uczuciem, jacy jesteście wyjątkowi, bo oglądacie film „ambitny” – obejrzyjcie coś innego.

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz, 2007
reż. Sidney Lumet
wyst. Philip Seymour Hoffman, Marisa Tomei, Ethan Hawke, Albert Finney

One Reply to “Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz (2007) – Szajs Tygodnia)”

  1. Dzięki za recenzję (i czytam pozostałe :-)).
    Z serii „Naprawdę Bardzo Zły Film” polecam Your Highness z Natalie Portman. Nie rozumiem, czemu zdecydowała się zagrać w czymś tak płytkim, dennym i beznadziejnym. W całym filmie jest jedna (tak, jedna) zabawna scena, ale nie wyłapie jej ktoś, kto nie zna języka, bo polega na gierce słów. Polecam każdemu, kto chciałby trochę się zażenować, znudzić i zmęczyć 😉

Dodaj komentarz