Czas na mysz nie czeka – Michael Hoeye

Po wszystkich dość przygnębiających filmach związanych z cenzurą, przekrętami korporacyjnymi i władzą pora na coś przyjemnego, a nawet kilka rzeczy . Jestem myszofilką stosowaną, lubię gryzonie i jestem przekonana, że gdyby dać im wolną rękę, to z pewnością stworzyły by taki sam baśniowy świat, jak w książkach Hoeye. W ramach przywracania równowagi między lekkim i ciężkim: przygody mysza-zegarmistrza.

Hermuks Tantamoq jest spokojnym myszem, ma swój warsztat zegarmistrzowski, przyjaźni się z niewidomą starszą myszą, Mirrin, która niegdyś była malarką. Żyje sobie spokojnie, a z marazmu wyrywają go jedynie utarczki z Tucką, lokatorką tegoż samego domu, wielką potentatką przemysłu kosmetycznego. Któregoś dnia do małego warsztatu zawitała Linka, znana myszka-pilotka, poszukiwaczka przygód i prawdziwie dzielna mysz. Linka zostawiła zegarek, który uległ uszkodzeniu podczas burzy i choć bardzo nalegała na pośpiech, nie zjawiła się po jego odbiór. Nasz dzielny mysz postanawia ją odnaleźć i przypadkowo wplatuje się w morderczą intrygę szczurów pod przywództwem okrutnego kreta, a wszystko zdaje się krążyć wokół premiery najnowszej serii kosmetyków Tucki, „Wieczna Młodość”.

To, co czeka czytelnika to przede wszystkim urokliwy świat gryzoni z niezwykłą wręcz pieczołowitością ubarwiony ubrankami, od których oczy bolą (różowo-zielono-żółte zestawy to norma), mysimi zwyczajami i uprzedzeniami, bohaterami, których od razu da się polubić (lub znielubić, Tucka jest fenomenalna pod tym względem). W dodatku tajemnica zabierająca nas w tropikalną dżunglę, animozje między poszczególnymi gatunkami zwierzaków, a nawet odrobina kryminału (tak, tak, mysi trup pada i to nawet dość często) – to wszystko składa się na opowieść, którą przeczytałam z niekłamaną przyjemnością.

Może nie zegarmistrz, ale też urokliwy 🙂

Świat dopasowany jest do rzeczywistości gryzoni, więc wiele nazw będzie się z nimi kojarzyło, problematyka będzie dopasowana do ich świata (katastrofą będą na przykład opadające końcówki wąsików czy zmierzwione futerko), ale tak właściwie nie różni się on zbytnio od naszego, ludzkiego otoczenia. Intryganci, plotkarze i zazdrośnicy, ludzie (myszy), które po trupach dążą do sukcesu, smutny kult młodości i pięknego ciała – to wszystko możemy znaleźć za naszym własnym oknem. Jednak ten świat nie jest zły i nieczuły: jest w nim miejsce na przyjaźń, uczciwość, poświęcenie i przygodę, która może zwykłą mysz zaprowadzić w najbardziej niezwykłe miejsca.

Co mnie ujęło, to brak infantylności, który sprawi, że książkę może spokojnie przeczytać nawet starszy czytelnik (taki, jak ja, chociażby) i niezwykle przyjemnie spędzić popołudnie. Intryga może jest prosta, ale nieprzewidywalna, a bajeczne opisy rozpędzają i karmią wyobraźnię. Oswojona biedronka, latająca wiewiórka-plotkara (będąca przy okazji listonoszem), niezwykłe menu myszy, okrzyk „Dobre Zboże!”, zamiast głów i rąk są zawsze łebki i łapki, coś cudnego.Przy okazji delikatny, subtelny humor i zabawa konwencją wywołają ciepły uśmiech na Waszej twarzy – gwarantuję.

Z braku ilustracji dostaniecie po prostu szczury.

„Czas na mysz nie czeka” to pierwsza z serii książek o Hermuksie. Można powiedzieć, że jest lekko nieśmiała w stosunku do kolejnych części, gdzie mysi świat nabiera rozmachu, a bohaterowie żywotności. I choć właściwie czytanie niechronologiczne nie przeszkadza za bardzo (ja zaczęłam od części drugiej), to jednak warto zacząć od początku. Czytelnicy, którzy najpierw przeczytali Trylogię Tolkiena, a potem Hobbita wiedzą, o czym mówię. I ci, którzy najpierw czytali inną niż pierwsza część Harrego Pottera i potem wrócili do początku historii.

Nie oczekujcie cudów fabularnych, głębi która zmieni Wasze życie – przygotujcie się raczej na podróż powrotną do czasów, kiedy zaczarowany koralik Karolci i Mary Poppins były bardziej niż prawdziwe. Książka zabierze Was tam i nawet nie będziecie wiedzieć, kiedy. I nawet nie będziecie musieli za bardzo rezygnować ze swojej dorosłości. Takie podróże są potrzebne bardziej, niż myślicie. Moje miłujące gryzonie serce było aż nadto usatysfakcjonowane. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba tak samo, jak mnie.

Kolejna część nosi tytuł „Piaski czasu” i zabiera nas do mitycznej krainy… kotów.

Michael Hoyeye, Czas na mysz nie czeka
wyd. Albatros, 2007

2 Replies to “Czas na mysz nie czeka – Michael Hoeye”

  1. I ja Cię teraz lubię jeszcze bardziej, albowiem każdy miłośnik szczurów jest bliski mojemu sercu 🙂 Opis książki brzmi bardzo apetycznie. Przeczytam z pewnością.

Dodaj komentarz