Powiedzieć, że lektura „Galerii” była ciekawa, to tak, jakby po wyjściu z Luwru powiedzieć „ładne było”. Do tej recenzji zabierałam się z dziesięć razy i to nie dlatego, że nie wiedziałam, co napisać. Wręcz przeciwnie, miałam ochotę napisać tak dużo, że trudno było wybrać to najważniejsze. Zdecydowałam się na formę bardzo „dokresową”, czyli list – a znając niechęć autora do medium internetowego, mogę zaszaleć.
Szanowny Panie F.W.K.!
Zaraz na wstępie muszę dygnąć wzorem grzecznej pensjonarki przed szanowanym psorem, gdyż nic tak nie onieśmiela młodego pisarza jak spotkanie z piórem lżejszym i zgrabniejszym niż jego własne. Spotkanie to zachwyciło mnie niezmiernie, ja tak lubię kiedy autor zakłada, że czytelnik posiada mózg i potrafi z niego dobrze korzystać.
Rzadko kiedy zdarza sie taka książka, której co lepsze fragmenty czyta sie na głos drugiej osobie, przy „Galerii” aż dwóch czytelników „pobocznych” uraczyło mnie cytatami, ja sama też nie stroniłam od atakowania osób postronnych. Zgrabne to, ironiczne, a przy tym przenikliwe i mądre, w dodatku w taki sposób, że aż się człowiek polemizować boi. Z resztą, po co polemizować, skoro z większością rzeczy się zgadzam, a te parę innych z łatwością mogę odpuścić, bo świat, gdzie wszyscy byli by zgodni, niewątpliwie byłby koszmarnie nudny. I pewnie Ty, szanowny Autorze, stanąłbyś wtedy po przeciwnej stronie barykady z czystej przekory… czy po prostu dla rozrywki.
Również odczuwam mdłości napotykając „bezpłciowych długouchych dryblasów” w towarzystwie „krępych kurdupli”, nie lubię „ironizowania” co akapit, rzucam gromy na bezmózgie pipcie parzące sobie pipcie kawą przytrzymywaną między udami. Zgadzam się, że palacze mają swoje prawa, ale oczy wydrapię kretynowi, który dmucha na mnie na przystanku autobusowym. Patrzę na scenę polityczną i jestem coraz bardziej za tym, żeby przedstawiać dowód na to, że się jakieś uczucia religijne posiada, a wszystkim wojującym katolikom obowiązkowo kazałabym wymieniać imiona apostołów i przykazania kościelne. A jeśli to za mało, to tajemnice różańca, wszystkie cztery grupy.
Traktowanie Pańskiej książki jako poradnika pisarskiego jest grubym błędem – młodemu pisarzowi radziłabym raczej sięgnąć po wspomnianego Kinga – niemniej nauczono mnie na studiach, że równie istotna jak instrukcja jest obserwacja eksperta przy pracy. W dodatku eksperta, który równocześnie mówi, co wie. Dobre, wartkie zdania, jasność wypowiedzi, umiejętność utrzymania czytelnika przy książce bez fabuły (myśl przewodnią felietonu trudno uznać za fabułę) – to jest sztuka. W dodatku, kurcze, wysokopoziomowa sztuka. Czytelnik z wyżej wspomnianą umiejętnością korzystania ze zwojów mózgowych nauczy się tutaj więcej niż z utworu „Pisanie dla żółtodziobów”. A taki, który nie widzi, na czym polega różnica między zdaniami dobrymi i złymi, niech po prostu przestanie pisać.
Ma Pan w nosie moje zdanie i dobrze, w końcu zdrowa ocena swoich umiejętności jest najważniejsza. Niemniej nie chcę być niewyżytym grafomanem, który sam nie potrafi pisać, więc krytykuje*. Może mi daleko do książki, ale opowiadanie całkiem dobre na swym koncie mam, opublikowane nawet (a co, też się pochwalę!), więc prawo do szpileczki posiadam. Cóż z tego, kiedy naprawdę nie znajduję miejsca, w które mogłabym ją wsadzić? Może tylko do fragmentów o wojnie, bo jak żyję, to mnie mechanika konstruowania takowej kompletnie nie interesuje, choc i tam znalazłam fragmenty, które mnie zainteresowały, rozbawiły i zaintrygowały. Aż rozstawiłam te cholerne pudełka zapałek na podłodze… No i zdecydowanie chciałabym wiedzieć, co z kotkiem.
Cieszę się, SZ. P. F. W. K., że mam w łapach ten zbiorek. Dał mi on klasycznego kopa w d…, sprawił, że zrozumiałam tę najważniejszą chyba lekcję, która z niego płynie: zanim cokolwiek zrobisz – pomyśl chwilę, a reszta sama przyjdzie. Nad językiem można pracować, gramatykę opanować, ale głupota… nie do przeskoczenia. Wiem jedno: chcę pisać. Tak długo i tak wytrwale, aż będę czuła się godna usiąść z Panem i stworzyć scenariusz ze srajgruchą w roli głównej. Przepadło – stał się Pan jedna z dwóch osób w Polsce, z którymi chciałabym wyżłopać piwo jak równy z… no, godny z równym (z trzecią już wypiłam, a Grzędowicz niech zaczyna się już bać).
No i co z tym cholernym kotkiem?!?!
*choć jeśli chodzi o mnie, to nie muszę być kucharzem, żeby wiedzieć, że coś mi nie smakuje, tak samo nie muszę umieć grać na skrzypcach, żeby wiedzieć, że ktoś fałszuje… tak samo nie muszę umieć pisać, żeby wiedzieć, że coś mi się źle czyta. Sęk w tym, żeby nie wciskać swoich frustracji w ocenę, ale to się tyczy każdej dziedziny życia.
Feliks W. Kres, Galeria dla dorosłych
wyd. Fabryka Słów, Lublin 2010
Cudowne porównanie, jak wyjść z Luwru i powiedzieć „ładnie było”. Pamiętam, że jak wyszłam stamtąd zaraz dzwoniła do mnie mama i pytała i co i jak i co widziałaś to nie wiedziałam od czego mam zacząć, co powiedzieć, jak to ogarnąć 🙂
A listowa recenzja jest po prostu PRZE EXTRA:D Bo znowu nie wiedziałam jak to ująć 😀
Chciałabym mieś tę książkę i na pewno prędzej czy później sobie ją kupię. „Galerię złamanych piór” Kresa czytałam i podobała mi się tak bardzo, że nawet gdyby to było tylko nowe jej wydanie, to też bym chciała mieć tę książkę… A ta recenzja jeszcze mnie do tego dodatkowo przekonuje.
Jak dobrze pójdzie, to kupię ją sobie już w tym tygodniu na Avangardzie w Warszawie. Tam też wybieram się na spotkanie z Feliksem W. Kresem, jeśli uda mi się dotrzeć już w czwartek. Lubię Kresa. 🙂
Pozdrawiam serdecznie.
😀 „Kawa z Cynamonem” niedługo będzie słynna z nietypowych, pomysłowych form recenzji – a to list do autora, a to „dramat” (dialog i didaskalia przy okazji „Rhezusa”), a to…
A ja z takim pytaniem: „Galeria dla dorosłych” jest całkiem nowym tworem Kresa czy też kompilacją Kącików, Galerii i felietonów wcześniejszych?
Tak czy siak, Kres jest git. 😉
Odliczałam dni do wydania tej książki. Kiedy dostałam ją wreszcie w swoje łapki to po prostu skakałam z radości. Jak na skrzydłach przeleciałam z Empiku prosto do domu i rzuciłam się do czytania. I tak lecę sobie przez strony. Jest super. Wiadomo przecież to Kres, „Galeria złamanych piór” i tak dalej. Aż tu nagle w połowie książki bombardują mnie papierosy, zdrowa dieta, feministki, Papież, Michael Jackson i religia. Dobra, spokojnie. Można znieść jeden taki felieton, ale potem ja się pytam „Co z fantastyką?” „Pieprzę fantastykę” – odpowiada szanowny pan Kres. „Jego matkę i babkę też!” – dodaje dobitnie. Ja wiem, że forma felietonów daje sporą swobodę, ale do cholery wystarczy chyba spojrzeć na okładkę książki. „Ostre spojrzenie na początkujących polskich twórców” i „Abecadło każdego szanującego się debiutanta”. Szanuję zdanie autora na różne tematy i lubię jego felietony, ale nie z myślą o „kalafiorze na parze” kupiłam książkę. Chciałam czytać o literaturze, a konkretnie o fantasy. Lekki zawód mnie spotkał niestety i czuję się troszkę oszukana. Mimo wszystko wielki szacunek dla autora. To co było o fantastyce było na bardzo dobrym poziomie i z tego jestem zadowolona. Ogólne wrażenia pozytywne.
Interesujący pomysł.
Mam już! Przywieźliśmy z Avangardy.
Jak Mąż skończy, to się spokojnie za niego wezmę… 🙂
Rzeczywiście, ciekawa forma recenzji. ;P Dawno nie kupiłam żadnej książki FS, być może najwyższa pora to zmienić. D;a Kresa wszystko. :))
„Może mi daleko do książki, ale opowiadanie całkiem dobre na swym koncie mam, opublikowane nawet (a co, też się pochwalę!)”
To gratuluję, byle na jednym nie poprzestawać, a i książka w końcu będzie. 😉
Pozdrawiam
Antonina
[…] oto jest! Obiecany konkurs! Do wygrania jest Galeria dla dorosłych Feliksa W. Kresa (Szyszka mówi, że waaaarto). Więc śmiało, ludziska drogie, zapraszamy do […]