Właściwie nie wiem, co napisać o tej książce. Przeczytałam ją w dwa dni, całe 656 stron. Dawno mi się tak szybko nie czytało książki. Może dlatego, że droga powrotna do domu zawsze szybciej mija, a koszmar rozgrywający się w Hotelu Panorama znam jak własne podwórko. Może dlatego, że dorosłam, tak, jak bohater Lśnienia. A może dlatego, że dokładnie takiej historii było mi trzeba.
Bądźmy szczerzy – to jest całkiem przeciętna książka, jak na Kinga i czytelnik może się czuć zawiedziony. Zarówno ten, który wielbi Lśnienie, jak i ten, który nie ma o nim zielonego pojęcia. Ale dla mnie kryje się pod nią coś więcej, niż próba odcięcia kuponów od dawnych sukcesów (o co niektórzy Kinga oskarżają). Podobnie jak w Joyland nie znajdziemy tu wiele strachu, a część rozwiązań może się wydać naiwna i naciągana. W moich oczach ta historia musiała być opowiedziana. I ja musiałam ją przeczytać właśnie teraz.
To, co naprawdę mnie przeraziło w Lśnieniu, nie miało gnijących członków, nie szczerzyło ząbków z żywopłotu, nie przemawiało głosem bliźniaczek. Ja najbardziej bałam się ojca Dana, alkoholika rozdartego między nałogiem a poczuciem winy, między ambicją i lękiem, że nie podoła. Nic mnie nie mroziło bardziej, niż jego żelazna, chora logika pijaka.
Za każdym razem, gdy czytałam Lśnienie, płakałam, bo choć nienawidziłam Jacka Torrence’a, choć się go bałam, równocześnie mu współczułam. Rozumiałam chłopca, który kochał go do szaleństwa i równocześnie modlił się, by ten umarł. Koniec Hotelu Panorama był wyzwoleniem… ale nigdy do końca. I tak jak dzieci wierzą w Mikołaja, tak ja wierzyłam w Dicka Hallorana (który zawsze będzie miał dla mnie wygląd i głos Morgana Freemana). Równocześnie wiedziałam, że żadne z nich tak naprawdę nie opuściło hotelu. Pytanie tylko, na ile pozwolili mu zatruć serca.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo potrzebowałam tego zakończenia, jak głęboko siedziało we mnie pragnienie spotkania jeszcze raz Dana. Był mi tak bliski, kiedy wkraczałam w wiek dorastania, był częścią moich emocji. Czy mu się udało? Wiecie, byłam pewna, że nie, że wystarczy, że zabraknie Dicka i Wendy, a Dan upadnie – taka jest już przewrotna logika pijaków, nawet tych niepijących. Wiedziałam o tym, bo zdaję sobie sprawę, że ja dałam sobie radę głównie dlatego, że byli przy mnie świetni ludzie. Czy Dan znalazł swoje miejsce na ziemi?
I oto spotykam się z nim, gdy leży zapijaczony obok dziewczyny, którą okradnie i zostawi. Nie czuję obrzydzenia, nie czuję się zawiedziona – po prostu tak musiało być. Hej, Dan, spieprzyłeś sobie życie. Rozumiem cię, stary. Miło było.
A potem Dan wsiada do kolejki i zaczyna proces odkupienia, który zaprowadzi go na Dach Świata i do łóżek umierających. I to jest sednem książki – opowieść o człowieku, który był na dnie i wylazł na brzeg. W przeciwieństwie do innych książek Kinga, gdzie dzieje się źle, źle i potem jeszcze gorzej, tu mamy tego „złego” tylko odrobinę. Więcej jest kopania tyłka tym złym, niż strachu. Nie ma tu dramatycznego pokonywania własnych lęków, nie ma tu poświęcenia ponad miarę – bo proces trzeźwienia to ciężka praca dzień po dniu.
Jak na Kinga to bardzo pozytywna książka – od pewnego momentu w ogóle nie boimy się o to, czy bohaterom nie stanie się krzywda. Ktoś może zarzucić Kingowi, że stworzył zbyt „wysiepaną” postać pozytywną (która w dodatku praktycznie nie ma wad). Może za mało koncentrował się na postaciach pobocznych, przez co wydały się nieco bardziej płaskie, niż w innych książkach. Ale to nie chodziło o nich. To jest książka o Danie i jego prywatnych demonach.
Nie wiem, czy kiedykolwiek wrócę do tej powieści. Dla mnie przeczytanie jej było upuszczeniem pary z kotła, która narastała przez wiele, wiele lat. Nadal czuję z Danem przedziwną więź, z jego historią, ale jest ona zakończona. Od tego momentu zaczniemy powoli oddalać się od siebie, jak osoby, które połączyła katastrofa, ale udało im się ułożyć sobie życie.
Wiem jedno – Dan będzie zawsze przy mnie, dopóki nie zasnę. Tak jak duchy z mojego własnego Hotelu Panorama. Na szczęście ja też mam w sobie tyle siły, by przeciąć każdy Prawdziwy Węzeł.